GN 3/2021 Archiwum

Śniadanie z Normanem Daviesem

Ci, którzy kolarstwem zajmują się zawodowo, mówili: „To się nie może udać!”. A jednak…

Bez specjalistycznego sprzętu, bez długotrwałych treningów, ze wstępnie ustaloną trasą, za to z wielkimi intencjami i silną wolą. Pielgrzymki rowerowe do Rzymu stają się coraz bardziej popularne. Tym razem na tak ekstremalną podróż zdecydował się ks. mjr Paweł Piontek, proboszcz wojskowej parafii Wniebowzięcia NMP w Skierniewicach. Wraz z zaprzyjaźnionym płk. Jarosławem Zdunem pokonali 1500 km na dwóch kółkach, by u grobu Jana Pawła II prosić o potrzebne łaski.

Bez konkretnych planów

– Rok temu przygotowałem książeczki na pieczątki z podróży dla Jarka i jego syna, którzy razem planowali pokonać drogę do Rzymu – wspomina ks. Paweł. – Dzień przed wyjazdem okazało się, że podróż jest niemożliwa. Kiedy na początku tego roku temat powrócił i dostałem propozycję wspólnego pielgrzymowania, nie wahałem się nawet przez chwilę – opowiada. Decyzja wielu osobom mogła wydawać się szalona. Ze zwykłym turystycznym sprzętem, bez większych przygotowań i... po trzech operacjach kolana. Jednak motywacja i pragnienie przygody okazały się silniejsze. – Moją główną intencją było dziękczynienie za 13 lat kapłaństwa. Kolejna była czysto błagalna. Jesienią w naszym kościele przeprowadzimy gruntowny remont. Przebudowa prezbiterium, wymiana posadzki, instalacji elektrycznej, ogrzewania, ławek. Planujemy zamknąć się w miesiącu. Zdaję sobie sprawę z ogromu pracy, nakładów pieniężnych i małej ilości czasu, dlatego wiedziałem, że podróż do Rzymu nie będzie łatwa – śmieje się ks. proboszcz. Na podróż wykorzystał niemal cały urlop. 3-tygodniowy wyjazd do samego końca nie był dokładnie zaplanowany. – Ponieważ przez całą podróż towarzyszył nam samochód, wiedzieliśmy, że możemy modyfikować swoje plany. Tak też robiliśmy. Dopiero kiedy po trzech dniach dotarliśmy do granicy Polski, podjęliśmy ostateczną decyzję o tym, co robimy dalej.

Damy radę!

Pielgrzymi doszli do wniosku, że ta podróż to także wspaniała okazja, by przeżyć przygodę życia. Zdecydowali, że podczas jazdy nie tylko zmierzą się ze swoimi siłami, zmęczeniem, a często i bólem, ale też odwiedzą wszystkie możliwe sanktuaria, a także 4 cmentarze wojenne we Włoszech. – W tym roku mija 70. rocznica wyzwolenia Bolonii. Miałem zaszczyt przewodniczyć Mszy św. podczas głównych uroczystości i razem z moim kompanem doszliśmy do wniosku, że jako wojskowi nie możemy odmówić sobie takiej przyjemności – tłumaczy ks. Piontek. Dlatego też spod granicy Polski przetransportowali się autem do północnych Włoch, by tam nawiedzić interesujące ich miejsca. – Chcieliśmy przeżyć te 3 tygodnie tak, by każdy dzień był wyjątkowy. Oczywista była codzienna Msza św., nie tylko na nawiedzanych cmentarzach, ale też na kempingach i w innych miejscach noclegowych. Właśnie w jednym z takich miejsc na składanym stoliku odprawiłem swoją Mszę rocznicową – śmieje się kapłan. Bolonia, Loreto, Casamassima, Monte Cassino – w tych miejscach leżą zmarli żołnierze z II Korpusu gen. Andersa. Tam pielgrzymi modlili się o spokój dla ich dusz. Pompeje, Lanciano, San Giovanni Rotondo, Monte Sant’Angelo i inne miejsca święte pozwalały zatrzymać się blisko Boga. – Włochy są niezwykłym państwem. Niemal każda wioska ma swoją historię i niepowtarzalny charakter. Dlatego też obmyślając trasę, wybieraliśmy drogi przez wszystkie możliwe miejscowości. Tego nie da się obejrzeć z autokaru – mówi ks. Paweł. Największe wrażenie zrobiła na nim trasa z Castellabate przez Salerno do Sorrento, która była też najtrudniejszą częścią podróży. – Trzeba przyznać, że taka droga pozwala skonfrontować się ze swoimi reakcjami na trudne warunki. Bywały dni, że jechaliśmy w ciągłym deszczu lub pod wiatr. Czasem wydawało się, że przemierzamy pustynie, bo na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów nie zobaczyliśmy żadnego śladu człowieka. Wtedy przypominałem sobie cel naszej podróży. Nie ukrywam też, że sam nie dałbym rady pokonać tej trasy. Przekonałem się, że zarówno podczas podróży, jak i w życiu nieodzowny jest drugi człowiek. Motywując się wzajemnie, można dokonać niemożliwego! – przekonuje ks. proboszcz. O swoich przygodach, zmaganiach i niespodziankach (jak choćby o śniadaniu z Normanem Daviesem, który obiecał napisać o nich w przygotowywanej przez siebie książce) ks. Paweł może opowiadać wiele. Na pytanie, czy wybrałby się po raz kolejny, bez wahania odpowiada: „Tak! Ale tym razem bez auta”. Dodaje też, że rok 2015 jest czasem podejmowania wyjątkowych wyzwań. – Zaczęło się od Ekstremalnej Drogi Krzyżowej w naszej parafii. Teraz była ekstremalna pielgrzymka, w lipcu skaczę ze spadochronem, a na jesień czeka nas ekstremalny remont – śmieje się. Tłumaczy, że będąc kapelanem żołnierzy, na co dzień podejmujących ogromne ryzyko, chce zobaczyć, jakie to uczucie, by móc lepiej towarzyszyć powierzonym sobie wiernym. Zaś na pytanie, czy Bóg przyjął jego ofiarę i pomoże w ekstremalnym remoncie, opowiada: – Trudno w to nie wierzyć, skoro sami parafianie przychodzą i dodają otuchy, mówiąc: „Księże, damy radę!”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama