Nowy numer 27/2020 Archiwum

Protest oczami nauczycieli

Zapytaliśmy nauczycieli w różnych miastach diecezji, jaka jest ich opinia na temat strajku.

Zdania są podzielone.

 

Krzysztof Stasiak: Jestem nauczycielem religii w liceum i historii w szkole podstawowej. Nie strajkuję, bo jestem zadowolony ze swoich zarobków. Odbieram prawie 5000 zł netto wypłaty, więc w kraju, w którym połowa mieszkańców dostaje mniej niż 2500 zł miesięcznie do ręki nie wypada mi narzekać. Oczywiście nie jest to wypłata za nauczycielski etat 18 godzin tygodniowo. Pracuję w dwóch szkołach i mam tygodniowo 31 lekcji. Rozumiem moich kolegów, którzy twierdzą, że pensja nauczyciela jest niska, bo mają goły etat.

W 1997 roku zrezygnowałem z pracy nauczyciela, bo nie byłem w stanie utrzymać godnie rodziny. Przez 5 lat pracy w korporacji zarobiłem na wygodne mieszkanie, przyzwoity samochód, a żona mogła skorzystać z urlopu wychowawczego i zająć się naszymi dziećmi. Ale po 5 latach wróciłem do mojego ulubionego zajęcia - pracy w szkole. Od tamtej pory powtarzam, że problemem nie jest to, że nam mało płacą. Problemem jest to, jak mało mamy godzin w etacie.

System zatrudnienia nauczycieli zabetonowany od 1982 roku kartą nauczyciela powoduje, że dostajemy stałe wynagrodzenie bez względu na nauczany przedmiot, wiek uczniów czy wyniki nauczania. Pomysł obecnego strajku zmusił mnie do przemyślenia tego, co sądzę o naszym wynagrodzeniu ponownie. 30 minut szukania informacji w portalach internetowych pokazało mi, że polski nauczyciel zarabia 77 proc. średniej krajowej (po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej dla danego kraju) a w krajach OECD to średnio 84 proc. Dalej wystarczy proste równanie i wychodzi, że jak nam podniosą pensum do 24 godzin (czyli średniej w Europie) to mamy 102 proc. średniej krajowej jako pensję i należymy do najlepiej opłacanych nauczycieli w Europie. Więc nie narzekam i nie strajkuję. Choć rozumiem skrajne emocje moich kolegów. Większość z nich nie ma wielu nadgodzin, ci w likwidowanych gimnazjach boją się czy w ogóle znajdą pracę. Nie wierzę że nie będzie zwolnień nauczycieli.

Jesteśmy starzejącym się społeczeństwem, mamy coraz mniej dzieci, więc potrzebujemy coraz mniej nauczycieli. Już dziś na jednego nauczyciela przypada w Polsce dziewięciu uczniów, najmniej w Europie (średnia to 12). Rezerw nie widzę i nawet zmiana całego systemu oświaty nie uchroni nas nauczycieli od ryzyka utraty pracy. Sam nie wiem czy dopracuję do emerytury w zawodzie, więc nie osądzam nikogo z kolegów, kto zdecydował się na strajk. Nie mają zwykle tyle godzin co ja, nie mają często doświadczenie w innej pracy czy nie prowadzili przez kilkanaście lat własnej działalności gospodarczej jak ja, a podobnie jak i ja mają rodziny na utrzymaniu i boją się o własną przyszłość.

Nie dołączę do strajku, bo nie wierzę, że podwyżka pensji rozwiąże problemy polskiej oświaty i nauczycieli. Mam jeszcze swój prywatny powód. Kiedy stanę po tamtej stronie życia i spotkam panią Kaźmierczak, moją pierwszą wychowawczynię sprzed 44 lat, to chciałbym jej spojrzeć w oczy. A ona nie zostawiła swoich uczniów nawet podczas okupacji kiedy zamiast pensji mogła liczyć na obóz koncentracyjny za tajne komplety. A ja miałbym ich zostawić w przeddzień ważnych dla nich egzaminów, bo zarabiam tylko 80 proc. średniej krajowej? Nie, stanowczo to nie jest mój strajk.

Aleksandra Głuszcz: Jestem nauczycielem od 15 lat. W tym czasie miałam dwa lata przerwy, prowadziłam prywatną firmę, gdzie zarabiałam dużo więcej. W pewnym momencie złapałam się na tym, że kontrahentom, którzy przychodzą kupić opony samochodowe, robiłam wykłady z historii. Tęsknota za nauczaniem była duża. Mimo zarobków powróciłam do zawodu. Strajkuję, bo mam dwoje dzieci i męża, który też jest nauczycielem.

Bardziej niż niepewność finansowa, przeraża mnie przyszłość moich dzieci. Są dopiero w pierwszych klasach szkoły podstawowej. Nie chcę, by byli uczeni przez zmęczonych, źle opłacanych, niedocenianych nauczycieli. Trudno znaleźć nauczycieli przedmiotów ścisłych: fizyki czy matematyki. Przez 11 lat pracowałam w technikum. Teraz nauczycieli zawodu praktycznie nie ma. Walczę o lepszą szkołę dla moich dzieci i moich uczniów. Wielu bardzo dobrych nauczycieli odchodzi od zawodu, średnia wieku nauczycieli rośnie, nie ma młodych, którzy chcą wykonywać ten piękny zawód.

Decyzja odejścia od tablicy i rozpoczęcia strajku była jedną najtrudniejszych i najsmutniejszych w moim życiu. Nie wiem czy w tym zawodzie będę pracować do emerytury. Jest mi coraz trudniej wraz z mężem utrzymać dwójkę dzieci. Kocham ten zawód, ale jestem przede wszystkim mamą. Wiem, że dużo kontrowersji wzbudza czas pracy nauczycieli. Naprawdę nauczyciel wykonuje bardzo dużo pracy w domu, w weekendy itd. Bardzo często przynosi problemy uczniów do domu. Nie pamiętam nazwisk głównych kontrahentów swojej firmy, a własnych uczniów pamiętam wszystkich. Ich sukcesy i porażki. Zaangażowanie emocjonalne, gdy uczy się dzieci czy młodzież jest ogromne i nie da się go zmierzyć czy odliczyć godzinowo.

Justyna Kulig, anglistka w jednej z skierniewickich szkół: Nie wyobrażam sobie, że mogłabym tego nie zrobić. W pełni solidaryzuję się ze wszystkimi nauczycielami. Uważam, że jest to taka sytuacja, tak wyjątkowa, że wszyscy nauczyciele, dla których ważne jest dobro i dzieci, i nas samych, powinni przystąpić do strajku.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama