Nowy numer 20/2022 Archiwum

100-letnia s. Walentyna

W Mocarzewie w Zgromadzeniu Sióstr Zmartwychwstania Pańskiego jedna z zakonnic obchodziła setne urodziny. Narodziny i okrągły jubileusz miały miejsce dokładnie w dzień Zmartwychwstania Chrystusa.

Posługa apostolska przysporzyła kłopotów siostrze jeszcze za czasów świeckich. Dwa razy była w sądzie oskarżona o edukowanie kobiet w zakresie planowania rodziny. Z każdej wizyty na policji wychodziła spokojna, a oskarżyciele dokładnie mieli wyjaśnione, na czym polega planowanie rodziny i co ma na celu. – Ducha Świętego prosiłam o mądrość, Matkę Bożą – o opiekę, bo odwagi mi nie brakowało. Zawsze wychodziłam zwycięsko. I z sądu, i z wojny, bo przez tyle lat nawet raz mnie nie aresztowano – wspomina.

Po wojnie zakonnica prosiła różnych kapłanów o pomoc w dostaniu się do klasztoru. Za każdym razem słyszała, że bardziej przysłuży się jako świecka niż jako zakonnica, bo one w tamtych czasach – tak, jak kapłani – były aresztowane i prześladowane. Lata uciekały. – Przestałam próbować. Byłam zadowolona ze swojego życia, spełniałam się jako sanitariuszka, towarzyszyłam w ratowaniu życia, ale szczęściem nie mogłam tego nazwać – opowiada.

Jej przygoda ze Zgromadzeniem Sióstr Zmartwychwstania Pańskiego zaczęła się już w szpitalu w Gostyninie, gdy siostry z Mocarzewa przychodziły odwiedzać pacjentów, rozmawiały z nimi i ich rodzinami. Już wtedy Walentyna darzyła je ogromnym szacunkiem i podziwem. Bliżej poznała zakon podczas wakacji. – Wyjechałam na wypoczynek w góry. Trafiłam na rekolekcje w Kętach, o których nikomu ze znajomych nie powiedziałam. Myśleli, że chodzę po górach, a ja poznawałam wtedy zgromadzenie. Myślałam, że jestem już za stara na zakon, bo miałam ponad 40 lat, a tam zobaczyłam taką nie najmłodszą siostrę w białym welonie. Wtedy jedna z zakonnic wyjaśniła mi, że przyjmują i starsze, ale trzeba mieć dyspensę – opowiada.

U Pana Boga nie ma przypadków. W tym czasie w Kętach obecna była matka generalna i przełożona zakonu. – Gdy zapoznała się z moją historią, dostałam dyspensę i przyjęto mnie. Wtedy byłam prawdziwie szczęśliwa – mówi z uśmiechem s. Walentyna.

Momentów, w którym Chrystus Zmartwychwstały chronił siostrę, wspomagał ją, było o wiele więcej. Niezliczone wędrówki do rodziny, podczas których piechotą przemierzała ponad 50 km, noclegi u nieznanych ludzi, wojenne historie czy troska o jej życie w czasie, kiedy podupadła na zdrowiu... W każdej z sytuacji s. Walentyna odczytuje działanie Zmartwychwstałego i przenosi je na wydarzenia w Piśmie Świętym. – On jest żywy, prawdziwy, obecny. Nie zapomnę, gdy pękły mi żylaki, których nabawiłam się przez lata pracy na stojąco. Wtedy siostry obmywały moje rany, pielęgnowały. Chrystus to samo czynił z apostołami przed ostatnią wieczerzą. A ja nie czułam się godna, jak św. Piotr. Dziś, gdyby tylko pozwoliły, całowałabym je po rękach za to, co robią dla mnie, dla podopiecznych. Jeśli człowiek uwierzy w zmartwychwstanie, w nieskończoną dobroć Chrystusa, będzie szczęśliwy, jak ja – podsumowuje s. Walentyna.

 

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama