Nowy numer 42/2020 Archiwum

To jedna z najcięższych misji, na jakich byłam

– Kiedy usłyszałam, że brakuje osób do opieki nad chorymi na COVID-19, poczułam, że jest to miejsce dla mnie. Myśl, by się zgłosić, przyszła mi do głowy w Wielkanoc, więc miałam poczucie, że Pan Jezus w tych osobach cierpiących mnie potrzebuje – opowiada Joanna Piątkowska.

Pojawienie się koronawirusa wywołało nie tylko lęk i obawy. Wiele osób w miarę swoich możliwości niemal natychmiast włączyło się w akcje szycia maseczek, organizowania posiłków dla medyków czy zakupów dla seniorów. Nie zabrakło też osób, które zdecydowały się na walkę z wirusem na pierwszej linii: w szpitalach, Domach Pomocy Społecznej, w Zakładach Opieki Leczniczej. Wśród nich jest Joanna Piątkowska, młoda skierniewiczanka, dyplomowana położna, wolontariuszka misyjna.

Całkiem nowa ekipa

O misyjnych wyjazdach Joasi do Gruzji czy Zambii pisaliśmy nieraz na naszych łamach. Tym razem terenem misyjnym stały się nie odległe kraje, ale stolica Polski. W Warszawie od trzech tygodni posługuje osobom chorym, starszym, wśród których były także cztery pacjentki zarażone koronawirusem. Jak się tam znalazła? Jak zwykle posłuchała wezwania Jezusa. – W święta w jednym z programów telewizyjnych usłyszałam o dramatycznej sytuacji w DPS w Bochni. To poruszyło moje serce. Postanowiłam pójść do takiego miejsca, gdzie potrzeba pomocy – mówi Joasia.

– Najpierw zgłosiłam się do jednego z DPS, ale z dnia na dzień musiano go zamknąć. Później napisałam e-maila do warszawskiego ZOL Caritas na Krakowskim Przedmieściu. Nazajutrz ksiądz dyrektor do mnie oddzwonił. Ucieszył się, że mogę i chcę przyjechać. Podjęłam pracę 22 kwietnia. Mimo że jestem położną, pracuję jako opiekun osób starszych. Zajmuję się karmieniem, zmianą pampersów, kąpaniem, myciem przebywających tam kobiet. W wolnej chwili staram się z nimi pobyć, porozmawiać, pocieszyć – opowiada Asia.

Razem ze skierniewiczanką w placówce Caritas pracuje około 15 opiekunów. Są wśród nich osoby z całej Polski: siostry zakonne z różnych zgromadzeń, brat bonifrater, osoby świeckie. Musiano stworzyć całkiem nową ekipę. Poprzednia została skierowana na kwarantannę. Część musiała odejść, bo pracowała jeszcze w innym miejscu.

– Jesteśmy zgraną paczką, która świetnie się dogaduje. Wszyscy, którzy się zgłosiliśmy, staramy się dbać nie tylko o ciało, ale i o ducha podopiecznych. W miarę możliwości, po wykonaniu wszystkich czynności pielęgnacyjnych, każdą wolną chwilę staramy się spędzać z pacjentkami. Siadamy przy ich łóżkach, by choć przez chwilę potrzymać je za rękę. Jedna z sióstr zadeklarowała, że może poobcinać paniom włosy, bo ma w tym doświadczenie. Robimy, co możemy. Jesteśmy też w chwilach, gdy odchodzą. Wtedy zawsze przy zapalonej gromnicy odmawiamy Różaniec bądź Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Moja mama bała się, że będę miała kontakt ze śmiercią. Bała się, czy sobie poradzę psychicznie. Skończyłam studia położnicze i miałam na świecie witać nowe życie, a tutaj poszłam do miejsca, gdzie czasem trzeba to życie żegnać. To nowe doświadczenie, w którym czuję, że Bóg jest blisko mnie, że daje mi pokój serca i mnie prowadzi – opowiada J. Piątkowska.

Goręcej niż w Zambii

Joanna została zakwaterowana w hostelu 10 minut od placówki. Wszystko po to, by pracując z osobami zakażonymi, nie stwarzać zagrożenia i ewentualnie wirusa nie przenosić do rodzin czy miejsc, gdzie jest dużo osób. Będąc w hostelu, Joanna czas spędza w swoim pokoju. O odwiedzinach nie ma mowy. Nie ukrywa, że izolacja bywa trudna. Na szczęście, jak podkreśla, nie ma za dużo wolnego czasu.

– Ostatnio pomyślałam, że jest to największa i jedna z najcięższych misji, na jakiej byłam. Muszę przyznać, że zwłaszcza pierwsze dni były bardzo trudne. Na dyżurach było tylko pięć osób. Przy 30 pacjentkach miałyśmy pełne ręce roboty. Nogi puchły, brakowało sił. Do tego te kombinezony... Jest w nich okropnie gorąco, gorzej niż w Zambii. Teraz, gdy nie mamy już osób zakażonych, nosimy tylko kombinezon, maseczki i przyłbice. Wcześniej nakładałyśmy jeszcze drugi fartuch. Przez te dni już się przyzwyczaiłam do tego, że cały czas jestem mokra. Muszę tylko pamiętać, by dużo pić – przyznaje J. Piątkowska. Asia nie ukrywa, że tym, co najbardziej porusza wszystkich pracowników, jest liczba osób, które ich wspierają.

– Codziennie dostajemy obiady od różnych osób, instytucji. Mamy ekipę prywatnych ludzi, którzy się skrzyknęli i gotują dla nas posiłki. Nie brakuje osób, które robią zakupy. Dostałyśmy płyny nawadniające, kremy do rąk. To wszystko jest niesamowite. Tu Ewangelia dzieje się na naszych oczach. Muszę przyznać, że mimo ciężkiej pracy, psychicznie tu odpoczywam. Będąc w domu, słuchając newsów, bardzo się stresowałam. Tu, na oddziale, jestem jakby obok. Gdyby nie kombinezony, zapomniałabym o wirusie. Można powiedzieć, że żyję pracą i służbą – opowiada, nie kryjąc wzruszenia, skierniewiczanka.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama