Nowy numer 23/2021 Archiwum

Są sprawy, o których rozmawia się najpierw z ojcem

O trudnościach rozwiązywanych ze św. Józefem, o rozwijaniu w dzieciach pasji, a także o odpowiedzialności, jaka spada na głowę rodziny, opowiada Grzegorz Jurczak, mąż Agnieszki, tata Krzysztofa, Michała i Magdy.

Monika Augustyniak: Panie Grzegorzu, w Roku św. Józefa pytamy mężczyzn o ich relację z mężem Maryi. Czy może Pan opowiedzieć o swoim stosunku do niego?

Grzegorz Jurczak: Święty Józef pojawiał się w moim życiu w momentach, gdy podejmowałem najważniejsze decyzje związane z naszą rodziną. Jego obecność pamiętam szczególnie podczas budowy domu. To był dla mnie trudny i wymagający czas. Miałem czasem wrażenie, że nie mam znikąd pomocy. Ale były takie dni, gdy siedziałem sam na budowie i wtedy św. Józef był drogowskazem – wiedziałem, że muszę tak jak on zbudować dom dla rodziny i zatroszczyć się o nią. Zresztą budowa była też mocno związana z datą 19 marca, kiedy obchodzimy wspomnienie męża Maryi. Tego dnia sprzedaliśmy mieszkanie i mieliśmy pewność, że możemy zacząć budować dom.

Tego dnia również bank wypłacił nam pierwszą transzę kredytu. Święty Józef był też przy mnie, gdy podejmowałem decyzję związaną z pracą. Byłem wtedy w sytuacji, która wydawała się nie do rozwiązania. Pewnego dnia kolega wspomniał mi o nowych ogłoszeniach o pracy i wiedziałem, że to będzie dobro. Dostałem światło na jeden krok do przodu. Tak jak św. Józef, gdy we śnie usłyszał, że ma zabierać Jezusa i Jego Matkę, i uchodzić do Egiptu. Był też taki moment, że w tygodniu mieszkałem w wynajmowanym mieszkaniu w Warszawie, a tylko na weekendy wracałem do domu. I wtedy również miałem pewność, że opiekun Świętej Rodziny pomógł mi podjąć decyzję o tym, że kosztem swojego snu i czasu wolnego wracam do domu, bo chcę być blisko rodziny. Wstawałem o 3.00–4.00 nad ranem, by dojechać do pracy, ale byliśmy razem.

Czy dziś, po wielu latach, docenia Pan tę decyzję? Warto było niedosypiać?

Zdecydowanie tak. Zawsze zależało mi na tym, by wychowywać dzieci nie przez mówienie im, jak mają żyć, ale pokazywanie im tego własnym przykładem. Mogłem to zrobić, tylko będąc na co dzień w domu. Nie należę do mężów polegujących na kanapie, zawsze znajdę jakąś pracę do wykonania. A jeśli nie, szukam możliwości pomocy. Nie wyobrażam sobie tego, że odpoczywam, gdy ktoś z moich bliskich ma jeszcze jakąś pracę do wykonania. Chcę pomóc, zanim zostanę poproszony o wsparcie. Myślę, że moje dzieci miałyby mniejszą szansę na nauczenie się tej postawy, gdyby nie widziały jej w domu rodzinnym.

Czym kierował się Pan, wychowując dzieci? Co było dla Pana najważniejsze?

Odpowiadając, muszę wrócić do obrazu, jaki pozostawił we mnie mój ojciec – tata klęczący wieczorem podczas modlitwy. Do dziś, będąc u rodziców, wiem, że wieczorem tata odejdzie od nas na modlitwę. I o ile pacierza uczyły mnie mama i babcia, o tyle wzorem modlitwy był tata. Jesteśmy z żoną w Domowym Kościele, więc modlimy się z dziećmi, a także w małżeństwie. Cieszę się, że dzieci to widzą. Dodatkowo modlę się osobno za każde dziecko. Wiele lat temu postanowiłem sobie także, że każde z nich będzie miało osobny czas ze mną. To była dobra decyzja. Wielokrotnie chłopcy w wieku dorastania przychodzili do mnie w środku nocy, żeby o czymś pogadać. Zdarzało nam się zarwać nocki, ale wierzę, że te rozmowy nie pozostaną bezowocne. Wiem, że są takie sprawy, o których najpierw mówi się ojcu. Potem wspólnie decydujemy, czy zaprzątać mamie głowę tymi sprawami. (śmiech) Myślę też, że moją rolą jest wyprowadzanie dzieci w świat. O ile relacja z mamą jest zawsze bardzo czuła i zapewnia dziecku bliskość i przytulenie, o tyle tata powinien pomóc wejść w świat. I rzeczywiście zawsze wspierałem synów w decyzjach, które wiązały się z opuszczeniem gniazda rodzinnego – czy to dotyczących podjęcia nauki z dala od domu, czy też wyprawy do dziewczyny, którą należy przeprosić. Ostatnio odwoziłem syna na maturę.

Wiem, że każde z Waszych dzieci znalazło swoją życiową pasję. Czy kładliście nacisk na to, by pomóc im odnaleźć swoją drogę?

Tak, mocno na sercu leżało nam to, by dzieci znalazły coś, co kochają robić i by nie bały się podejmować o to walki. Najstarszy syn chodził do szkoły muzycznej i choć w wieku gimnazjalnym miał pewne zawirowania, dziś kończy studia kompozytorskie. Założył swój zespół uwielbieniowy i tworzy utwory wychwalające Pana Boga. Średni syn odnalazł się w sporcie. Od lat gra w piłkę nożną, aktualnie ukończył liceum sportowe we Włocławku. Swoją przyszłość wiąże właśnie z tą dziedziną. Magda ma dopiero 12 lat, więc nie wiemy jeszcze, co wybierze. Gra na skrzypcach, ale też świetnie radzi sobie w sporcie, więc za jakiś czas będzie mogła wybrać to, co bardziej ją pociąga. Chciałbym dodać, że jestem niezwykle dumny ze swoich dzieci i bardzo chętnie o nich opowiadam.

Jest pewnie spora różnica między wychowaniem synów a córki?

Tak, to zupełnie inna historia. Synom chciałem przekazać to, jak być mężczyzną, mężem i ojcem. Chciałem, by wiedzieli, że są w pełni odpowiedzialni za wszelkie decyzje, jakie podejmą oni lub ich rodzina. Zależało mi na tym, by uczyli się tego, jak być głową rodziny, czyli tym, na którego spada odpowiedzialność. Córce zaś chcę pokazać, jak bardzo jest ważna i na jak wielki szacunek zasługuje.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama