Nowy numer 30/2021 Archiwum

Potrzeba rzeczy prostych

O „robieniu tego, co do mnie należy”, pokorze i wielkości św. Józefa, a także o odrębności i autonomii dzieci opowiada Piotr Grzejszczak, mąż Ani, tata Oli i Karola.

Monika Augustyniak: Czy Rok św. Józefa, ustanowiony przez papieża Franciszka, sprawił, że bardziej skupiłeś swoją uwagę na tym świętym?

Piotr Grzejszczak: Raczej nie. Myślę, że człowiek wierzący nie potrzebuje szczególnego roku, by znać wartości, jakie niesie ze sobą św. Józef. Nie mogę też powiedzieć, by był on dla mnie szczególnym albo najważniejszym świętym. Ale jest tym, do którego się kieruję, gdy stają przede mną poważne rodzinne wyzwania. Jest on dla mnie bohaterem szczególnie pod względem relacji małżeńskiej, ale też widzę jego wielkość w byciu ojcem. Choć myślę, że chyba łatwo było opiekować się Jezusem, ponieważ był On pewnie bardzo grzecznym synem, chętnie pomagał, a na pewno nie był łobuziakiem. Z drugiej zaś strony przeczuwam, że zarówno Jezus, jak i Maryja mogli przerastać tego prostego cieślę. Cała ich sytuacja rodzinna nie była standardowa, taka, jak u sąsiadów. Być może Józef stawiał sobie pytania: „Co zrobić z bóstwem Jezusa i wyjątkowością Maryi? Jak tego nie zepsuć? Jak chronić skarb, który mam w domu? Jak przeżywać codzienność?”. Pewnie odczuwał jakąś presję. I jego życie daje odpowiedź także na dzisiaj zadawane pytania – nawet jeśli czegoś nie rozumiem i przerasta mnie to, co mi powierzono, robię swoje. Jestem ojcem i robię, co do mnie należy. Najlepiej, jak potrafię. Dla mnie to recepta na kryzys ojcostwa, o którym dużo się mówi. Czasem szuka się cudów i niezwykłości, by budować relację z dziećmi, a potrzeba rzeczy prostych – obecności, akceptacji, rozmowy, zainteresowania. Kolejna myśl dotycząca Józefa to jego pokora. Gdy w wyobraźni przenoszę go do naszych czasów, myślę, że część ludzi, będąc na jego miejscu, mogłaby chcieć wypłynąć na sławie Jezusa, mieć swoje pięć minut. Święty Józef poszedł w drugą stronę – schował się za Jezusem. I ta jego cichość i cichość o nim trwała całe wieki. A tymczasem mijają 2 tysiące lat i papież ustanawia rok poświęcony jego postaci. To niesamowite!

Czy właśnie tymi wartościami kierujesz się w swoim ojcostwie? Robieniem, co do Ciebie należy i pokorą?

To, co dziś liczy się dla mnie najbardziej, to towarzyszenie dzieciom. Moja córka ma 21 lat, syn – 10, więc ojcostwa uczę się od lat i na przestrzeni czasu zmieniały się moje priorytety. Kiedyś myślałem, że rolą ojca jest wprowadzenie dziecka w świat, niejako prowadzenie go w jakimś kierunku. Córka, która ma bardzo silne poczucie niezależności, pokazywała mi, że nie tędy droga. Było to źródłem wielu poważnych rozmów i powoli skłaniało mnie do refleksji, że ważniejsze od wywierania wpływu na dziecko jest po prostu towarzyszenie mu w jego drodze. Wiem, że to umiem, więc robię to. Dlatego tym, co wydaje mi się dziś najważniejsze, jest wspólnie spędzany czas. Z niego zawsze może wyjść coś dobrego.

Jak lubisz spędzać czas z dziećmi? Czy to zależne od płci?

Na pewno, ale są też takie czynności, które sprawdziły się i w przypadku córki, i syna. Na przykład czytanie im przed snem w wieku dziecięcym. To był rytuał. Co wieczór czekali na to. Cieszyłem się, że poznajemy ciekawe historie, tematy, o których możemy potem rozmawiać, mamy czas na wyciszenie się przed snem. Dbam też o wyjątkowy czas z dziećmi. Karol lubi coś znajdować. Zaproponował, żebyśmy pojechali szukać bursztynów. W styczniu jest najwięcej sztormów, więc wsiedliśmy w nocy do auta i od świtu zbieraliśmy nasze skarby. Uzbieraliśmy słoiczek bursztynów. Atrakcją było to, że mieliśmy spać w samochodzie i jeść to, co sobie sami przygotujemy. To była fajna przygoda. Z córką jest inna historia, bo czujemy, że ona już wychodzi z domu. Na szczęście znaleźliśmy wspólną płaszczyznę. Razem z Olą pakujemy plecaki i wędrujemy po górach, od schroniska do schroniska. W ten sposób schodziliśmy polskie i słowackie Tatry. Córka ma teraz apetyt na wyższe góry. W wędrowaniu odwracają się role. Ola wręcz biega po skałach, jest na szlaku szybsza ode mnie, musi na mnie czekać. To niesamowity czas, bo kiedy wędrujemy we dwoje kilkanaście godzin dziennie, a potem śpimy w trudnych warunkach, relacja buduje się na zupełnie innej płaszczyźnie.

Z tego, co opowiadasz, wnioskuję, że lubisz spędzać czas ze swoimi dziećmi?

Lubię. Cenię moje dzieci za błyskotliwość, inteligencję. Zapisujemy z żoną ich riposty, śmieszne powiedzenia, spostrzeżenia. Ale dzieci konfrontują mnie też ze sobą samym i zmuszają do pracy nad sobą. Zawsze uważałem, że są pewne przekonania, prawdy, które są uniwersalne i dla wszystkich dobre. Wydawało mi się, że tak jest dobrze i już. A potem okazywało się, że dzieci chcą coś zrobić w inny sposób. Choćby dlatego, by siebie sprawdzić, uzyskać inny efekt czy coś zamanifestować. Mówiły: „Tato, ja to zrobię inaczej, bo...” i tu podawały swoją motywację. Z początku wydawało mi się, że nie jestem dla nich wystarczającym autorytetem, skoro podejmują inne decyzje niż ja. Dopiero po czasie zrozumiałem, że to zupełnie odrębni ludzie, którzy mają prawo do własnych decyzji, poglądów, wyborów. Chcę to uszanować i im towarzyszyć. Będę ojcem do końca i do końca chcę być obecny. Wiem, że jesteśmy w drodze i zamierzam być cały czas twórczy w budowaniu tych relacji

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama