Nowy numer 37/2021 Archiwum

Gdy to przeczytałem, zadrżałem

– Święty Józef nigdy nie był wielomówny, więc i do mnie nie mówił. Za to działał. Wchodziłem w sytuacje, które były mi pomocne. Wiem, że to jego zasługa – mówi Tomasz Głowienka.

Rok św. Józefa, ustanowiony przez papieża Franciszka, dla jednych jest czasem odkrywania oblubieńca Maryi i budowania z nim relacji od początku, dla innych to tylko utwierdzenie, jak wielką postacią był ten małomówny święty. W nieco innej sytuacji są stolarze. Każdego dnia wykonują oni pracę, która pozwalała św. Józefowi utrzymać rodzinę. Mówią, że czują się wyróżnieni i wspierani przez cieślę z Nazaretu.

Praca z tatą i św. Józefem

Tomasz Głowienka, stolarz z Kutna, od najmłodszych lat przyglądał się tacie, który w warsztacie wykonywał meble, drzwi i inne zamówienia stolarskie. Mówi, że od zawsze fascynował go proces tworzenia pojedynczych elementów i składania ich w taki sposób, by wszystko działało jak trzeba. Jednocześnie mały Tomek każdego dnia przyglądał się obrazowi wiszącemu w stolarni – św. Józefowi pracującemu przy swoim warsztacie, mówiącemu coś do małego Jezusa stojącego w drzwiach. – Zastanawiałem się często, czemu Bóg wybrał sobie tak prostą rodzinę. Jako mężczyzna dotarłem do interpretacji tłumaczącej, że w przeszłości stolarze traktowani byli także jako doradcy, gdyż byli ludźmi, którzy potrafią zgłębić problem, zrozumieć, rozłożyć na czynniki pierwsze i poskładać w odpowiedni sposób. I są w tym konsekwentni. Ta świadomość pozwoliła mi jeszcze bardziej docenić to, co otrzymałem. Nie ukrywam też, że św. Józef był bardzo żywy w mojej relacji z Bogiem i chętnie się do niego uciekałem w trudnych chwilach – wspomina stolarz.

Pan Tomasz przez lata pracował w prywatnym zakładzie. Sytuacja zmieniła się jednak na początku epidemii, kiedy niemal z dnia na dzień stracił pracę. Na kilka dni przed tą sytuacją, wracając z pracy, pan Tomasz odkrył kapliczkę św. Józefa, której do tej pory nie zauważał. – Podszedłem do niej, stanąłem przed figurką i powiedziałem: „Święty Józefie, tu mnie znalazłeś, na tej drodze”. Do tej samej kapliczki podszedłem w dniu, w którym spakowałem z zakładu wszystkie narzędzia i opuściłem go po raz ostatni. Powiedziałem wtedy: „Święty Józefie, coś się wydarzyło. Ja tego nie rozumiem, ale wiem, że ty już wszystko wiesz i stanąłeś na tej drodze, na mojej drodze do pracy, by mnie przeprowadzić przez tę sytuację. Tobie wierzę”. Od tego momentu zwracałem się do oblubieńca Maryi, by pomógł mi znaleźć drogę zgodną z wolą Bożą. Jak można się domyślić, nie zawiodłem się.

Na swoje

Przez pierwsze dni mężczyzna, główny żywiciel 6-osobowej rodziny, rozważał wraz z żoną sytuację, w której się znalazł. – Wtedy z pomocą przyszła mi nasza jedność małżeńska. Moja żona zawsze jest blisko, wspiera mnie, ale w tym trudnym czasie szczególnie poczułem, że jesteśmy w tej sytuacji razem i możemy na sobie polegać. Beata przypominała mi, że nie było w naszym życiu takiej sytuacji, kiedy Bóg nas zostawił bez pomocy, więc i tym razem przyjdzie z najlepszym rozwiązaniem. To dawało mi siłę i nadzieję – wspomina.

Po kilku dniach małżonkowie doszli do wniosku, że skoro w okolicy nie ma zakładów, które zatrudniają stolarzy, a sytuacja pandemiczna sprzyja raczej zwolnieniom niż zatrudnianiu, trzeba myśleć o samozatrudnieniu. Tak też zrobili. – Wiem, że św. Józef nigdy nie był wielomówny, więc i do mnie nie mówił. Za to działał. Wchodziłem w sytuacje, które były mi pomocne. Od spotkań w urzędach, które pomogły mi sprawnie zarejestrować działalność, przez rozwiązania związane z księgowością, aż po narzędzia stolarskie, których nie miałem zbyt wiele, a które zostały mi podarowane – opowiada pan Tomasz. – Spotkałem człowieka, który – nosząc w sobie pragnienie pomagania innym – kupił potrzebne mi narzędzia. Ten mężczyzna jest wojownikiem Maryi, widzę więc, że św. Józef wciąż jest w jedności z Matką Bożą – uśmiecha się mężczyzna.

O tym, że decyzja założenia własnej działalności jest słuszna, pan Tomasz przekonał się, gdy podczas modlitwy otworzył fragment Ewangelii opisujący rozmnożenie chleba. – Jezus, zapytany przez uczniów, kto ma nakarmić słuchający Go tłum, odpowiedział, by to oni dali ludziom jeść. Kazał przynieść wszystko, co mają, a sam rozmnożył tę niewielką ilość jedzenia tak, że gdy wszyscy najedli się do syta, zostały nawet resztki. Zadrżałem. Byłem już pewien, że droga, którą idę, jest słuszna. Przyniosłem Jezusowi, co mam – umiejętności, zapał i część narzędzi. Prosiłem o błogosławieństwo i je otrzymałem – zapewnia przedsiębiorca. Kolejnym miłym zaskoczeniem był fakt, że o ile w czasie pracy w zakładzie do pana Tomka nie zadzwonił żaden klient, o tyle już w trakcie rejestrowania działalności telefony się rozdzwoniły. Dzwonili klienci sprzed lat, ale też i zupełnie nowi. Dziś, po ponad roku pracy we własnym zakładzie, stolarz widzi same zalety. – Ta sytuacja niezwykle wpłynęła na mnie, na moją wiarę. Jestem jak niewierny Tomasz, który wciąż musi sobie przypominać, Kto jest dawcą wszystkiego, co dobre – mówi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama