Nowy numer 30/2021 Archiwum

Poczułam, że to, co robimy, to nie praca, a misja

O nierównej walce z COVID-19, rozmowach, po których trudno było powstrzymać łzy, i kwiatach wdzięczności opowiada Justyna Łukasik, inspektor sanitarny w Skierniewicach.

Agnieszka Napiórkowska: Mimo że spadła liczba zachorowań nie możemy powiedzieć, że wygraliśmy walkę z pandemią. Przez wiele miesięcy byłaś w miejscu dość trudnym, bo to Ty wysyłałaś ludzi na kwarantannę. Można powiedzieć, że byłaś wykonawcą lockdownu.

Justyna Łukasik: Zostaliśmy postawieni w sytuacji, w jakiej nie sądziliśmy, że się znajdziemy. Trzeba jasno powiedzieć, że wszyscy byliśmy totalnie nieprzygotowani psychicznie na to, co się stało. Na początku nawet nie sądziliśmy, że będzie kwarantanna, zamykanie ludzi. Od początku przyświecał nam jeden cel – czuwanie nad tym, by ludzie byli bezpieczni. Zawsze podkreślałam, także przed pandemią, że na pierwszym miejscu zawsze ma być człowiek. W momencie, kiedy nakładaliśmy na ludzi kwarantannę, nieustannie myśleliśmy o tym, by byli bezpieczni, by im się nic nie stało, by mogli przechorować COVID-19 i wyjść z tego cało. Początki były bardzo trudne. Nagle świat stanął w miejscu. Nasza dotychczasowa praca zeszła na drugi plan. Epidemia zdominowała wszystko. W 2019 r. przeżywaliśmy 100. rocznicę powstania inspekcji. Mniej więcej tyle samo lat minęło od ostatniej epidemii. Nie przypuszczałam, że po 100 latach znów trzeba będzie się z nią zmagać, a ja będę wtedy przewodziła sanepidowi. Podjęliśmy wyzwanie. Byliśmy na pierwszym froncie, ale na tym niewidzialnym. Widzialni byli medycy, bo to oni każdego dnia podejmowali trud ratowania życia ludzkiego. A my często byliśmy pierwszymi osobami, które wykonywały telefon do osób, które były „dodatnie”. Kiedy dzwoniliśmy, po drugiej stronie najczęściej zapadała cisza. Nikt nie chciał usłyszeć tej złej wiadomości. Reakcje były bardzo różnie. Jedni byli wściekli na nas, inni płakali. Zawsze staraliśmy się rozmawiać z ludźmi tak, by nikt nie odczuł, że po drugiej stronie słuchawki jest urzędnik. Chcieliśmy, aby każdy rozumiał, że ten trudny telefon wykonuje człowiek, który również odczuwa, który chce wesprzeć, dać nadzieję.

Był taki moment, w którym zdawało się, że niemal wszyscy znaleźliśmy się na kwarantannie. Jak Wy sobie z tym radziliście i czy to doświadczenie zmieniło Wasz zespół?

W tamtym czasie poczułam się jak przewodnik. Czułam, że jak nigdy jestem odpowiedzialna za zespół. Pracowaliśmy wszyscy razem, obok siebie. Do pierwszych pacjentów „plusowych” dzwoniłam osobiście, żeby pokazać pracownikom, w jaki sposób przeprowadzać te rozmowy. Dziś mogę się przyznać: w pierwszych dniach byłam przerażona, podobnie jak moja kadra. Ludzie do nas wydzwaniali, bo taki był też przekaz: masz temperaturę, dzwoń do sanepidu. I dzwonili wszyscy – seniorzy, matki, których dzieci miały stan podgorączkowy, osoby, które nie wiedziały, czy jechać do pracy czy zostać w domu. Staraliśmy się odbierać wszystkie telefony. Średnio każdego dnia miałam ok. 100 połączeń. By to wytrzymać, ciągle się spotykaliśmy, pracowaliśmy w grupie, dawaliśmy sobie wsparcie. Jedni padali, spali na biurkach, inni mieli w sobie ogromną siłę, która motywowała pozostałych. Wiem, że w tym czasie popełniłam pewnie sporo błędów. Jednym z nich było to, że na początku do tych działań zaangażowałam jedynie sekcję epidemiologii, zamiast od razu rozłożyć pracę na wszystkich. Po pewnym czasie zorientowałam się, że tak się nie da. Byliśmy wykończeni. W pracy byłam od 7.00 do 23.00. Moimi dziećmi opiekowali się rodzice. Bez nich i bez męża było mi bardzo ciężko. Pewnego dnia ok. godz. 20 zadzwoniła do mnie jedna ze starszych pracownic. W słuchawce usłyszałam: „Pani dyrektor, proszę nam otworzyć sanepid. Jesteśmy tu, czekamy, chcemy wam pomóc”. To było coś niesamowitego. Taki miód na serce. Pracownicy sami zauważyli, że trzeba nas wesprzeć. To było wielkie świadectwo. Ludzie zauważyli, że jest wyższy cel, że to nie jest tylko ich praca. Wtedy poczułam, że to, co robimy, to nie praca, a misja. Później to doświadczenie pomagało nam w chwilach największego szczytu. Duże wsparcie otrzymaliśmy także z centrali i z miasta. Prezydent interesował się nami. Dostarczał nam obiady. Po pierwszym szoku wsparciem były dla nas także osoby, do których dzwoniliśmy. Zdarzało się, że ktoś dziękował za to, że jesteśmy. Dostawaliśmy esemesy i maile z podziękowaniami. Zdarzyło się nawet, że ktoś przesłał nam ogromny bukiet róż. Takie gesty dawały siłę. Sama też systematycznie pisałam i nadal piszę wiadomości do pracowników, w których dziękuję im za ciężką pracę. Kolejną cegiełką dającą siłę była współpraca z innymi służbami – z lekarzami, z pielęgniarkami czy z MOPR. To wszystko pozwoliło przetrwać nam ten czas.

Po wybuchu pandemii zdaje się, że wiele osób dowiedziało się, co robicie i za co jesteście odpowiedzialni...

Tak. Wcześniej ludzie kojarzyli nas głównie z badaniami wody, z kontrolami w gastronomi i usługach, i... badaniami kału. Pandemia obok ogromu zła ma też drugą odsłonę. Ludzie dowiedzieli się, że stoimy na straży bezpieczeństwa publicznego, że kontrolujemy żywność, wodę, higienę pracy, że sprawdzamy, czy to wszystko działa tak, jak powinno. Do naszych zadań należy także opiniowanie budynków użyteczności publicznej.


Cała rozmowa w 29. papierowym wydaniu "Gościa Łowickiego" na 25 lipca.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama