Nowy numer 37/2021 Archiwum

Słowo Boże jak tabletka

– Bóg nauczył mnie innego treningu. Już nie bałam się zostać sam na sam ze sobą i swoimi myślami przez długie godziny – mówi Ola Tołomanow.

Chyba każdy katolik z czasów dzieciństwa pamięta jak mantrę powtarzane przed wakacjami zdanie księży: „Wakacje nie są odpoczynkiem od Boga”. Z pewnością każdy sam musiałby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście tak było. Na szczęście jest wiele sposobów, by połączyć rekreację wakacyjną z rozwojem duchowym. Aleksandra Tołomanow, do niedawna członkini kadry narodowej Polskiego Związku Kolarstwa, mówi, że Bóg nauczył ją treningu duchowego podczas jazdy rowerem. Zapewnia, że każda chwila wysiłku fizycznego może być wykorzystana na budowanie relacji z Najwyższym.

Złoto bez wysiłku

Sport uprawiała od najmłodszych lat. Akrobatyka, taniec, siatkówka – ruch był dla niej chlebem powszednim. Gdy miała 14 lat, jej tata, trener kolarstwa, namówił ją do wystartowania w mistrzostwach Polski juniorek. – Wsiadłam na rower bez przygotowania i od razu zdobyłam złoty medal. To skłoniło mnie do zaangażowania się w tę dziedzinę sportu – wspomina kolarka, która w tym czasie rozpoczęła naukę w żyrardowskim Liceum Mistrzostwa Sportowego w Kolarstwie. Pierwszy okres nauki był dla nastolatki trudny. – Wstąpiłam do szkoły z przekonaniem, że nie potrzebuję treningów. Dopiero gdy pojechałam na mistrzostwa Europy juniorek, zobaczyłam, z jakim poziomem się mierzę. Polało się wtedy wiele łez, które w następnych latach przekułam w motywację do pracy – opowiada. I rzeczywiście, z kolejnych mistrzostw Aleksandra wróciła już ze srebrnym medalem.

I choć jej plany na przyszłość wciąż nie były jasno sprecyzowane, stypendium z Ministerstwa Sportu postanowiła wykorzystać na ciężką pracę. Ta, niestety, nie przynosiła oczekiwanych wyników międzynarodowych, dlatego też młoda kolarka postanowiła zmienić dyscyplinę ze sprinterskiej na wytrzymałościową. – Narzuciłam sobie presję wyników, drakońską dietę i ciężkie treningi. Po jakimś czasie nabawiłam się problemów zdrowotnych. Schudłam tak bardzo, że mój układ hormonalny całkowicie się zaburzył. Jednak najtrudniejsze było to, że pojawiły się pierwsze oznaki depresji – wspomina Aleksandra. – Miałam wrażenie, że muszę komuś coś udowodnić, izolowałam się od ludzi, zaniedbywałam przyjaźnie, a każda rozmowa sprawiała mi trudność. W pewnym momencie nie miałam siły wstać z łóżka, a myśl o treningu wywoływała we mnie płacz.

Nowy start

Psychiatra, do którego po jakimś czasie udała się młoda kolarka, zapisał jej leki. – One w jakimś sensie mi pomogły, czułam się lepiej, nie wpadałam w ataki histerii, ale nie byłam szczęśliwa. Całkowicie zaniedbałam relację z Bogiem, nie chodziłam do kościoła. Jednak pewnego dnia z głębi serca zawołałam do Niego: „Panie, ja się tak źle czuję, pomóż mi!”. To był punkt zwrotny. Następnego dnia obudziłam się o 6.00 rano, choć przyjmując leki, przesypiałam po 14 godzin na dobę. Przyszła mi myśl, by pojechać do Częstochowy – opowiada Ola i dodaje, że to miejsce zawsze było ważne dla niej i jej rodziny.

Gdy dotarła na Jasną Górę, postanowiła pójść do spowiedzi. Jednak im bliżej konfesjonału była, tym bardziej wmawiała sobie, że nie dostanie rozgrzeszenia. – Nie byłam u spowiedzi 2 lata. Kiedy powiedziałam najtrudniejsze dla mnie grzechy, przerwałam i powiedziałam: „Nie zasługuję na przebaczenie, nie powinnam tu być”. Kapłan mówił o miłości Boga do mnie, o Jego przebaczeniu i radości z tego, że tu jestem. Każde słowo trafiało do mojego serca. Płakałam jak bóbr. Zaraz po odejściu od konfesjonału kupiłam Biblię i zaczęłam ją czytać. Chłonęłam każde słowo. I czułam ogromny pokój w sercu, jak nigdy! – wspomina.

Po powrocie z Częstochowy Aleksandra wróciła do życia, w tym do treningów. I choć ćwiczyła z większym zapałem, po czasie nabrała pewności, że Bóg szykuje ją do czegoś innego. – Nie znając przyszłości, chciałam wykorzystać moje „teraz” w najlepszy sposób. Każdy trening stał się treningiem duchowym. Wyjeżdżając na kilka godzin rowerem, słuchałam konferencji, rekolekcji, słowa Bożego, pieśni uwielbienia. Rozmawiałam z Bogiem. Nagle dostrzegłam, jak piękny jest świat – rozkwitająca przyroda, śpiewające ptaki, ogrzewające mnie słońce. Ale – co najważniejsze – nie bałam się już zostać sama ze sobą, ze swoimi myślami – opowiada. W tym czasie kolarka wstąpiła do wspólnoty i zaczęła praktykować codzienną modlitwę Pismem Świętym.

Mówi, że budzi się w niej także potrzeba ewangelizacji. – Tak jak w czasie choroby brałam codziennie tabletkę, która mi pomagała, tak dziś muszę codziennie karmić się słowem Bożym. Ono mnie trzyma przy życiu. Wiem, że Bóg mnie uzdrowił i jest jedynym ratunkiem. Stawia też na mojej drodze ludzi, którym mogę opowiedzieć o Jego miłości. To sprawia, że chodzę po świecie znacznie uważniej – uśmiecha się. Na początku wakacji Aleksandra wystąpiła z kadry narodowej. Wciąż nie ma sprecyzowanych planów na przyszłość, jednak ma w sercu pokój, który każe jej wierzyć, że Bóg już przygotował dla niej najlepszy plan.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama