Nowy numer 39/2022 Archiwum

Trudne misje

Aby dobrze zrozumieć dzisiejszą Ewangelię, spróbujmy zgłębiać ją, mając na myśli obraz pracy misjonarzy, zwłaszcza na terenach dzikich, zupełnie pozbawionych kontaktu ze współczesnym światem i cywilizacją.

Z Ewangelii wg św. Łukasza (Łk 16,1-13)

Jezus powiedział do swoich uczniów: "Pewien bogaty człowiek miał rządcę, którego oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go do siebie i rzekł mu: »Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego zarządu, bo już nie będziesz mógł być rządcą«. Na to rządca rzekł sam do siebie: »Co ja pocznę, skoro mój pan pozbawia mię zarządu? Kopać nie mogę, żebrać się wstydzę. Wiem, co uczynię, żeby mię ludzie przyjęli do swoich domów, gdy będę usunięty z zarządu«. Przywołał więc do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: »Ile jesteś winien mojemu panu?«. Ten odpowiedział: »Sto beczek oliwy«. On mu rzekł: »Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz: pięćdziesiąt«. Następnie pytał drugiego: »A ty, ile jesteś winien?«. Ten odrzekł: »Sto korcy pszenicy«. Mówi mu: »Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt«. Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił. Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światła. Ja także wam powiadam: »Zyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze? Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie«".

Dlaczego po przeczytaniu tego fragmentu Ewangelii przychodzi mi na myśl obraz misjonarzy? Otóż, wyobrażam sobie, że w tak trudnych warunkach misyjnych, przede wszystkim w miejscach, które wcześniej nie zostały dotknięte przez cywilizację, a kontakt ze światem zewnętrznym ograniczony był do niezbędnego minimum, niezwykle trudno głosić Ewangelię i opowiadać o Bogu. Jak myślimy o misjach? Być może mamy w głowie obraz kapłana idącego w szatach liturgicznych, z krzyżem w jednym ręku i egzemplarzem Pisma Świętego w drugim. Być może widzimy tłum ludzi zebrany wokół misjonarza i przysłuchujący się naukom płynącym z jego ust. Jednak nie do końca jestem w stanie przyjąć taki obraz. Z różnych opowiadań misjonarzy sam obraz misji w takich miejscach częściej kojarzy mi się z handlem wymiennym lub nawet wprost z próbą przekupstwa. Otóż, misjonarz bardzo często, zanim zacznie mówić o Bogu, musi wkupić się w łaski lokalnej społeczności. Musi zachwalić to, z czym przychodzi. Dlatego najpierw obdarowuje tubylców drobnymi przedmiotami, najczęściej bardzo zwykłymi rzeczami codziennego użytku, które są im nieznane i wzbudzają ciekawość. Dopiero od tego uczucia zaciekawienia, poprzez budowanie szacunku i zaufania misjonarz może próbować nawiązać jakiś rodzaj dialogu z miejscowymi. Najczęściej jest to pomoc humanitarna lub medyczna. Wówczas powoli i bardzo ostrożnie można zacząć wprowadzać elementy duchowe. Trzeba jednak uważać, aby z jednej strony nie zrównać z ziemią lokalnej kultury i tradycji przodków, a z drugiej być stanowczym wobec prawd wiary, których nie można naginać wedle woli. To bardzo grząski grunt, a stąpanie po nim wymaga wiele ostrożności.

Piszę o tym, ponieważ Jezus w dzisiejszej Ewangelii zdaje się mówić właśnie o takim rodzaju roztropności, jakim kierują się wspomniani misjonarze. Jak bardzo potrzeba, byśmy potrafili w każdych okolicznościach i na różne sposoby dawać ludziom świadectwo o Bogu. Wydaje się, że bardzo łatwo (po wstępnym przełamaniu tremy) wyjść do ludzi, nawet obcych, i bez specjalnego kontekstu zacząć opowiadać im o działaniu Boga w świecie. Stosunkowo łatwo powiedzieć wnukowi: "Musisz chodzić do Kościoła", dziecku: "Masz się pomodlić", a mężowi czy żonie: "Już chyba czas na spowiedź". Pytanie tylko, czy takie stwierdzenia to rzeczywiście dobry przykład ewangelizacji czy katechizacji. Może dotarliśmy do takiego punktu w dziejach ludzkości, w którym należy pogodzić się z prawdą o tym, że nie każdy z założenia jest wierzący, a nawet więcej - że nie każdy z założenia rozumie pojęcia religijne, które nam wydają się oczywiste.

Być może dzisiaj potrzeba, byśmy w rozmowie, nawet z naszymi najbliższymi, potrafili posługiwać się "niegodziwą mamoną", to znaczy starać się rozumieć ich punkt widzenia, patrzeć na ich życie nie tylko własnymi oczyma, ale próbować także postawić się na ich miejscu, okazać nieco empatii, współczucia? Tu nie chodzi o jakieś uproszczenie wiary, o degradację wartości czy ustępstwa, zwłaszcza w rzeczach istotnych. Nie zmienia to jednak faktu, że rzeczywistość wokół nas jest niezwykle dynamiczna - z całą pewnością bardziej, niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Warto więc, byśmy próbowali w naszych relacjach wejść w życie drugiego człowieka nie jako intruz, który będzie ustawiał cudze życie według własnej definicji poprawności, ale jako bliski, któremu można zaufać, powierzyć, a może w ostateczności także uwierzyć.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy