Na ulicy leży szczęście

Agnieszka Napiórkowska

|

Gość Łowicki 40/2012

publikacja 04.10.2012 00:00

Kolekcjoner. Jan Kopka w swoim prywatnym muzeum ma prawie 9 tys. eksponatów. Wśród nich są... obrazki prymicyjne, dzięki którym ma szansę trafić do Księgi Rekordów Guinnessa.

 Jan Kopka w pomieszczeniach gospodarczych urządził prywatne muzeum. Kolekcja liczy prawie 9 tys. eksponatów Jan Kopka w pomieszczeniach gospodarczych urządził prywatne muzeum. Kolekcja liczy prawie 9 tys. eksponatów
Agnieszka Napiórkowska

Osiemdziesięcioletni Jan Kopka, emerytowany strażak, pszczelarz, gawędziarz, swat, a przede wszystkim kolekcjoner, od lat mieszka w Chorkach w gminie Grabów. W pomieszczeniach gospodarczych obok domu stworzył prywatne muzeum. Gromadzi w nim m.in. przedmioty związane z ochotniczą strażą pożarną, gospodarstwem domowym, pszczelarstwem.

Jak sam mówi, zbiera niemal wszystko. Nie bierze tylko „mokrego i kradzionego”.

Spacerkiem po przeszłości

Gdy się ogląda zgromadzone aparaty telefoniczne, obrazy, rzeźby, zegarki, proporczyki, maszyny do szycia i pisania, a także kalendarze, hełmy i żelazka, uwagę przykuwają nie tylko te najstarsze, ale także te, które wiele osób pamięta ze swojego dzieciństwa i młodości. Biorąc do ręki stare słoneczne okulary, nietrudno przenieść się do lat 60. XX w. i wyobrazić sobie nadmorskie molo, po którym spacerują panie w kaszmirowych sukienkach i dużych okularach. Robiąc krok dalej, jest się już na oficjalnych uroczystościach zakładowych, na których na stole prezydialnym wystawiono okolicznościowe proporczyki. Z zakładu do domu można przejechać taksówką, w której montowane były tachografy z jasno wyświetlonym napisem „Wolny” (jeden z nich jest własnością pana Jana). Jak przystało na dawnego krawca, w jego zbiorach znajduje się także 16 tys. guzików i 720 kolorowych zamków błyskawicznych. Większość eksponatów jest policzona, dzięki czemu wiadomo, że w muzeum pana Kopki jest także 870 proporczyków i ponad 2 tysiące obrazków prymicyjnych księży. – Dzięki nim podobno mam trafić do Księgi Rekordów Guinnessa. Na razie z tego samego powodu zostałem opisany w książce „Polskie rekordy i osobliwości” – mówi Jan Kopka. – W zbieraniu obrazków prymicyjnych i tych związanych z rocznicami święceń kapłańskich specjalizuję się od 1987 roku. Wcześniej zbierałem obrazki bożonarodzeniowe. Całą kolekcję podzieliłem na 4 wnucząt, dając im po 300 sztuk. Wnuczka Kasia postanowiła dalej ją powiększać. Dziś ma już 1453 obrazki bożonarodzeniowe. Mam nadzieję, że kiedyś przejmie także wszystkie moje zbiory – mówi pan Jan, którego do Księgi Guinnessa zgłosił pewien ksiądz z Lichenia. – Musiał mnie chyba widzieć w telewizji. Nie dość, że przysłał mi 60 obrazków, to jeszcze pokierował, jak i gdzie zgłosić swoją kolekcję, do której pierwszy obrazek (wydany na 45-lecie kapłaństwa) dostałem od ks. Zygmunta Frykowskiego z Topoli Królewskiej. Dziś w swoich zbiorach mam obrazki od abp. Władysława Ziółka i bp. Andrzeja F. Dziuby oraz wielu księży z kraju i ze świata. Najstarszy jest ks. Andrzeja Taczkowskiego z Lublina, który pierwszą Mszę św. odprawił w 1912 r. – opowiada kolekcjoner. Warto wspomnieć, że w przypadku wielu obrazków poszukiwania pana Jana nie ograniczają się tylko do zdobycia prymicyjnej pamiątki. O wszystkich kapłanach kolekcjoner pamięta w swoich modlitwach. W wielu przypadkach losy niektórych z nich są mu dobrze znane. Tak jest choćby z ks. Kowalczykiem, który w 1930 r. mówił kazanie na Mszy św. prymicyjnej ks. Jaworskiego, zamordowanego w Dachau.

Start od podkowy

Początki niecodziennej pasji pana Jana sięgają IV klasy szkoły podstawowej, do której uczęszczał w Dzierzbiętowie. – Jedna z naszych nauczycielek zachęcała nas, byśmy zbierali znaczki, guziki, kamienie, pocztówki. Jak mi coś wpadło do ręki, pamiętając jej słowa, odkładałem to do pudełka. Poważnym kolekcjonowaniem zająłem się w 1960 roku. Jechałem razem z żoną samochodem i na drodze zobaczyłem leżącą podkowę. Zatrzymałem się na środku drogi i – nie wysiadając z auta – podniosłem ją, mówiąc: „Zobacz, na ulicy leży szczęście”. Podkowa stała się jednym z eksponatów i tak to się zaczęło. Zbierałem wszystko, co wpadało mi w rękę i oko. Kiedyś, w latach 60. XX wieku, będąc w Nagórkach, przypadkiem zobaczyłem, jak starsza pani łupała węgiel oficerskim toporkiem strażackim.

Podszedłem do niej i zapytałem, czy mi go odda, jeśli w zamian kupię jej siekierkę. Bez problemu się zgodziła. Jeszcze tego samego dnia toporek był już mój. Przez 40 lat pracy w straży udało mi się także uzbierać wiele przedmiotów strażackich. Niektóre z nich mam u siebie w muzeum. Sporą część przekazałem franciszkanom z Niepokalanowa do ich Muzeum Straży Pożarnej. Podobnie było z książkami. Z 10 tys. pozycji, które były w domu, większość trafiła do biblioteki w Grabowie. Wiele cennych pamiątek, dokumentów przekazałem także kurii wrocławskiej – opowiada pan Jan. Z bogatej kolekcji zgromadzonej w Chorkach, a także wiedzy pana Kopki korzysta wiele instytucji i osób prywatnych. – Kiedyś pojechałem do nowo otwartego skansenu w naszej okolicy. Oprowadzające mnie panie, znając moją pasję, zapytały, czy w urządzonej izbie jest wszystko, co być powinno. Rozejrzałem się i powiedziałem: „Nie wszystko. Nie ma kropielnicy i haczyka przy drzwiach, który rodzice zawsze zamykali, kiedy kładli się do łóżka” – uśmiecha się J. Kopka.

Róże, drzwi i żywa koza

Zamiłowanie do kolekcjonowania, a także talent do opowiadania gawęd 80-letni Jan Kopka zawdzięcza także swojemu ojcu, który był rzeźbiarzem, i żonie, która nie przeszkadzała mu w rozwijaniu pasji. – To rzeczywiście dwie ważne osoby. Bez zrozumienia żony pewnie nie miałbym tyle zapału. Ona była wyjątkową i mądrą kobietą. Trzeba przyznać, że dobrze nas wyswatali. Na nasze 25-lecie małżeństwa kupiłem 25 sztucznych czerwonych róż. Potem oboje co roku dokładaliśmy kolejną. Od 11 lat, od śmierci mojej żony, robię to nadal, z tą tylko różnicą, że kwiat jest ciemny – mówi wzruszony. Życiorys ojca pana Jana doczekał się książkowego wydania. – Wiele rzeźb, które są w moim muzeum, to prace mojego ojca. Jedna z jego figurek została podarowana Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II w czasie wizyty w Łodzi. Poza rzeźbiarstwem przez wiele lat zajmował się także weterynarią, choć bez papierów. Kiedy trudna sytuacja życiowa rzuciła go pod Poznań, zatrzymał się przy szkole weterynarii. Tam od studentów nauczył się podstaw tego zawodu, a od dyrektora dostał fachową książkę. Dzięki niej leczył zwierzęta, a nawet odbierał porody. Jednego razu został wezwany do gospodarza, któremu zachorowały dwie krowy. Po zbadaniu powiedział, jaki lek trzeba kupić. Chłop nie mógł zapamiętać jego nazwy, więc ojciec napisał ją kredą na drzwiach obory. Chłop pojechał do apteki. Na pytanie, czy ma receptę, odpowiedział, że tak, na wozie. Zdziwiona farmaceutka wyszła przed aptekę. Na wozie leżały drzwi z obory. Potem, dzięki takim opowieściom ż życia wziętym, udawało mi się wygrywać konkursy gawędziarzy. Nigdy nie wymyślałem tekstów, tylko przypominałem sobie te zasłyszane od ojca i ludzi, z którymi się spotykałem. Na jednym z konkursów otrzymałem nawet wyróżnienie – niespodziankę. Myślałem, że to będzie jakaś panienka, z którą będę musiał zatańczyć. Nic podobnego. Prezentem była żywa koza – śmieje się Jan Kopka. Poczucie humoru, wiedza, a także wiele kontaktów sprawiają, że pan Jan uznawany jest także za zawodowego swata. I – co ważne – wiele par, które udało mu się połączyć, wzięło śluby i żyje długo i szczęśliwie...•