By Miłość była kochana

Agnieszka Napiórkowska

|

Gość Łowicki 10/2013

publikacja 07.03.2013 00:00

O łzach dziadka, poszukiwaniu drogi, świętych patronach i domu w Asyżu z siostrą Jadwigą Kowalczyk ze Zgromadzenia Sióstr Opieki Społecznej pod wezwaniem. św. Antoniego rozmawia Agnieszka Napiórkowska.

 Siostra Jadwiga Kowalczyk nie wyobraża sobie życia w innym miejscu niż klasztor Siostra Jadwiga Kowalczyk nie wyobraża sobie życia w innym miejscu niż klasztor
Agnieszka Napiórkowska

Agnieszka Napiórkowska: Słuchając Siostry, odnoszę wrażenie, że jest Siostra osobą bardzo radosną i szczęśliwą. Nie mylę się, prawda?

s. Jadwiga Kowalczyk: – Tak. Jestem nawet bardzo szczęśliwa. Idę za Jezusem, więc nie może być inaczej. Jego miłość jest uszczęśliwiająca. Od kiedy wstąpiłam do zakonu, nie miałam wątpliwości, że jest to moje powołanie i moje miejsce. Czasem myślę, że mogłam to zrobić wcześniej, a nie dopiero mając 19 lat (śmiech).

Proszę opowiedzieć o swojej drodze powołania. Od dziecka chciała Siostra zostać zakonnicą?

– Skądże. Przez długi czas po głowie chodziło mi małżeństwo. Miałam fajnego chłopaka, z którym planowałam założyć rodzinę. Wątpliwości pojawiły się niedługo po osiemnastce. Razem z bratem i siostrą szłam na dyskotekę. Przechodząc obok kościoła, spojrzałam na oświetlony krzyż. Coś mnie ścisnęło. Na zabawie nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Mimo próśb rodzeństwa, wyszłam. Po drodze zatrzymałam się pod tym krzyżem i mówię: „Panie Jezu, to nie jest moja droga. Nie dla mnie jest ten świat i małżeństwo”. Od tego momentu zaczęła się moja walka duchowa. Wahałam się i dopytywałam Boga o swoje powołanie. Codziennie chodziłam na Mszę św., wybrałam się też o chlebie i wodzie na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Potem z parafianami i ks. proboszczem jeszcze raz pojechałam na Jasną Górę. Tam po raz pierwszy zetknęłam się z antoninkami. Jedna z sióstr zapraszała nas na film o powołaniu. Poszłam. Po filmie dostałam ulotkę o rekolekcjach powołaniowych.

Odebrała to Siostra jako znak, a może przez grzeczność nie wypadało odmówić?

– Na początku nie potraktowałam tego poważnie. Potem w parafii były rekolekcje, które głosił ojciec kapucyn z Nowego Miasta. Kiedy powiedział, że będąc w zakonie, pozostał otwarty na ludzi, pomyślałam, że może i ja mogłabym tak żyć. Wtedy napisałam do sióstr antoninek. Co jakiś czas miałam też kontakt z sercankami z Nowego Miasta. Ale nie chciałam do nich wstąpić, bo były zbyt blisko domu. Obawiałam się, że ciągle będzie odwiedzać mnie rodzina. Kiedy dostałam zaproszenie na rekolekcje od sióstr antoninek, mama nie chciała mnie puścić, bo trzeba było zbierać truskawki. Dzień przed wyjazdem zebrałyśmy z siostrą wszystkie owoce. No i pojechałam. Po powrocie wiedziałam, że do nich dołączę. Przez jakiś czas nikomu o tym nie mówiłam. Zrobiłam to dopiero po pielgrzymce z Rzeczycy do Studziannej. Pierwszą osobą, której opowiedziałam o moich planach, był dziadek.

Dziadek? Czy to znaczy, że on był dla Siostry przewodnikiem na drogach wiary?

– Tak. On był bardzo pobożnym człowiekiem. Jego słowa nieraz były dla mnie światłem. Niektóre z nich zapadły mi głęboko w serce. Kiedy byłam małą dziewczynką, zmarł mi tata. Dziadek powiedział wtedy, że tata nas opuścił, ale Pan Bóg będzie zawsze z nami. Obiecał też być dla nas jak ojciec. I słowa dotrzymał. Pomagał nam, interesował się tym, co robimy. Każdego dnia wspólnie klękaliśmy do modlitwy. Nieraz widziałam, jak na niej płakał. Spytałam kiedyś o te łzy. Odpowiedział, że płacze na myśl o tym, jak Jezus wiele wycierpiał, przez ludzi i przez niego. Zawsze chętnie opowiadał o Jezusie. Mówił też, jak wielkim darem jest powołanie, ale nigdy niczego nie narzucał. W pamięci przechowuję jeszcze jedno ważne wspomnienie. Kiedy zmarła babcia, była straszna śnieżyca. Potem na czas pogrzebu wszystko ustało i było bardzo ciepło. Jak wróciliśmy do domu, znów zaczęła się zamieć. Dziadek, jak to zobaczył, upadł na kolana i powiedział: „Panie Jezu, to niemożliwe, że mnie, grzesznika, wysłuchałeś”. Mając pewność, że chcę wstąpić do klasztoru, najpierw powiedziałam o tym dziadkowi. Zapytał wtedy, jakiego patrona sobie wybrałam. Jak usłyszał, że św. Antoniego, płakał ze szczęścia, bo to był jego patron. Potem modlił się i prosił, bym pościła. Mówił, że taką decyzję można podjąć jedynie na klęczkach. Mamę o zamiarze wstąpienia do zakonu poinformowałam miesiąc później.

Nie było jej żal, że zamiast ślubu będzie klasztor?

– Na początku tak. Z czasem pogodziła się z tym faktem. Dla wielu osób, które mnie znały, było zaskoczeniem, że wybieram taką drogę. Byłam bardzo ruchliwa, pracowita, zaradna, wszędzie było mnie pełno. Wielu ludziom klasztor kojarzył się jedynie z modlitwą i odosobnieniem.

Zarówno w Polsce, jak i w Asyżu, gdzie pracuje Siostra już 22 lata, wiem, że nie szuka Siostra wymówki od pracy, służby i modlitwy.

– Lubię pracować. Przed ślubami wieczystymi byłam kierowcą matki generalnej, malowałam pokoje, szyłam kołdry. Po przeniesieniu do Asyżu, bez względu na pełnione funkcje, nie unikałam pracy. Chętnie angażuję się w poradnictwo, które tu nie należy do łatwych, bo ludzie są bardzo poranieni. Odrobina uwagi, otwartości potrafi ich otwierać, zmieniać. Nieraz widziałam tu wielkie nawrócenia. Chętnie włączam się także w prace fizyczne, których nie brakuje przy domu pielgrzyma, który prowadzimy. Jako przełożona staram się rozumieć moje siostry. Traktuję je i kocham jak córki. Za najlepsze upomnienie uważam własny przykład. Jeśli sama nie będę uczciwa, rozmodlona, otwarta, nie mam co liczyć, że one takie będą. Dla mnie najlepszym nauczycielem jest Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie. Tam ładuję baterie. Reszta należy do Ducha Świętego. Wzorami są też św. Franciszek, Antoni, Klara. Ich ślady są wyraźne, dlatego spokojnie można po nich iść.

Nie tylko w Roku Wiary, ale nawet wtedy, gdy trzęsie się ziemia.

– Nawet wtedy. Po trzęsieniu ziemi pobiegłam do kaplicy. Popatrzyłam na Pana Jezusa i Mu powiedziałam: Bądź wola Twoja!. Po tym nic nie było już straszne. A mówiąc o Roku Wiary, odebrałam go jako zaproszenie do wiary głębokiej. Trzeba się nawracać dzień i noc. Odświeżać bez przerwy myśli. Mieszkając w Asyżu, czując ducha św. Franciszka, czasem, tak jak on, mam ochotę rozpłakać się, bo Miłość jest niekochana. Ale zamiast siedzieć i płakać, uczę się Ją kochać.