Maryjo, sąsiadko... módl się za nami

Agnieszka Napiórkowska

|

Gość Łowicki 20/2013

publikacja 16.05.2013 00:00

Przydrożne kapliczki. – Kiedy przyjechałem po raz pierwszy do Polski, postanowiłem, jadąc ze Skierniewic do Szczecina, zatrzymywać się na jedną „zdrowaśkę” przy każdej kapliczce. Kiedy miałem już zmówiony 8 razy cały Różaniec, odpuściłem – wspomina Sten, Anglik polskiego pochodzenia.

 Przed kapliczką w Woli Makowskiej przez cały miesiąc śpiewane są majówki Przed kapliczką w Woli Makowskiej przez cały miesiąc śpiewane są majówki
Agnieszka Napiórkowska

Przemierzając wsie i miasta diecezji, trudno znaleźć miejsce, w którym nie byłoby choć jednej kapliczki dedykowanej Matce Bożej. Niektóre z nich stoją na rozstajach dróg, inne w przydomowych ogródkach lub w szczerym polu. Historię większości z nich mało kto zna. Wszystkie mają wspólny mianownik – są dowodem wdzięczności Matce Bożej za okazaną pomoc, ocalenie, opiekę czy zatrzymanie zarazy. Przystrojone kolorowymi wstążkami, firankami i kwiatami przypominają o tym, do Kogo należy się uciekać w chwilach trudu, choroby, bólu i niepowodzeń.

Upomnienie w gminie

W podskierniewickiej wsi Maków-Kolonia na skrzyżowaniu od końca lat 50. ub. wieku stoi murowana kapliczka z figurą Matki Bożej. Poniżej znajduje się napis: „Królowo Różańca Świętego, błogosław nam”. – Historia powstania tej kapliczki związana jest z moim ojcem i wujkiem – mówi Joanna Sokołowska. – Wcześniej w tym miejscu przez lata stał krzyż. Kiedy ze starości się przewrócił, mój tata poszedł do ks. proboszcza, by zapytać, co z nim zrobić. Tamten kazał go porąbać i spalić. Po jakimś czasie ojciec, który był listonoszem, przyjechał do domu i powiedział, że widział piękną kapliczkę i bardzo chciałby, by podobna stanęła na tym placu. W tym samym dniu przyszedł do nas wujek Franciszek Wojciechowski i mówi do taty: „Stachu, widziałem dziś piękną kapliczkę. Podobną powinniśmy postawić w miejsce krzyża”. Okazało się, że tego dnia obaj natknęli się na tę samą kapliczkę i obaj zapragnęli podobną mieć u siebie – wspomina pani Joanna. Warto przypomnieć, że wystawienie w tamtych czasach choćby małego domku dla Matki Bożej groziło poważnymi konsekwencjami. Władza ludowa wrogo patrzyła na takie inicjatywy. Przed rozpoczęciem budowy Stanisław Kuś o swoich zamiarach poinformował ówczesnego proboszcza ks. Henryka Kliznera. Ten ostrzegł go, że za takie działanie może zostać wyrzucony z pracy. – Jak mówił później ks. proboszcz, na tacie nie zrobiło to wrażenia. Powiedział tylko: „Proszę księdza, dawniej ludzie za wiarę życie oddawali, a ja się mam bać, bo mogą mnie z pracy wyrzucić?”. Po tych słowach ks. Klizner obiecał swoją pomoc. Razem z moją mamą i naszą sąsiadką pojechał do Warszawy po figurkę. Tata z wujkiem, przy pomocy sąsiadów, wymurowali kapliczkę. Jak myśmy się z niej cieszyli! Mieliśmy miejsce, gdzie można było śpiewać majówki i się spotykać. Tatę – jak można było się spodziewać – wezwano do gminy, ale poza upomnieniem nic mu nie zrobiono – podkreśla J. Sokołowska.

Kwiaciarka Pani Częstochowskiej

Od momentu poświęcenia makowskiej kapliczki „etat kwiaciarki i sprzątaczki” wzięła na siebie pani Joanna. – Dbałam o to miejsce jak o własny dom. Sprzątałam je i co tydzień zmieniałam kwiaty. W tamtym czasie nasza Matka Boża z kapliczki nieraz mi się śniła. Jej zawdzięczam też mały cud. Byłam kiedyś bardzo chora na żółtaczkę. Nie mogłam do siebie dojść. Mimo to wstałam z łóżka i poszłam do sąsiada po kwiaty dla Matki Bożej. Gdy mnie zobaczył, natychmiast kazał mi wracać do łóżka. Obiecałam, że wrócę tam, jak tylko posprzątam Panience. Po sprzątnięciu kapliczki i udekorowaniu jej kwiatami już się nie położyłam. W jednej chwili wstąpiły we mnie siły. Nie mam wątpliwości, że było to słowo „Dziękuję” od Maryi, którą kocham jak swoją matkę. Od lat za wstawiennictwem Pani Różańcowej modlę się i każdego dnia z Nią rozmawiam. Ona pomogła mi ponieść wiele krzyży. Nigdy nie dopuściła do tego, bym zwątpiła. A w chwilach, gdy nie miałam już sił, natychmiast interweniowała. Gdy przychodziły ciężkie doświadczenia, nigdy Jej się nie skarżyłam. Nawet nie pytałam, dlaczego – wyznaje pani Joanna, która każdego dnia znajduje czas na Różaniec i rozmowę z Maryją.

Gościnna nauczycielka

Parafią, w której Sten mógłby odmówić wszystkie tajemnice Różańca, są Wysokienice. Tam kapliczek postawionych Matce Bożej można spotkać po kilka w jednej wsi. Jedną z najstarszych jest pochodząca z 1866 r. kapliczka w Michowicach. Na jaką okoliczność została wzniesiona, dziś już nikt nie pamięta. Wiadomo natomiast, że od zawsze była ona ulubionym miejscem modlitwy dla okolicznych mieszkańców. Niektórzy z nich, jak choćby Marianna Grala, Irka Rochalska czy Stefania Kacprzyk, mają do mieszkającej tu Matki Bożej Częstochowskiej szczególne nabożeństwo. – Traktuję Ją jak najlepszą sąsiadkę – mówi M. Grala. – Każdego dnia zaglądam do Niej na chwilę modlitwy i rozmowy. Stawiam Jej kwiatki i palę znicze. Z tego, co wiem, poprzednią kapliczkę, którą po śmierci Jana Pawła II rozebraliśmy i w jej miejsce postawiliśmy nową, wybudował mój pradziadek sołtys. Kiedyś nasza Matka Boża w swoim domku miała nawet elektryczność. Kiedy Żydzi ciągnęli linię, doprowadzili ją także do kapliczki. Potem, przy wymianie linii, odcięto jej prąd. Mimo to nigdy nie ma ciemno. Przez cały czas świeci się u Niej lampka i palą się znicze – zapewnia pani Marianna.

Wielkim szacunkiem i miłością sąsiadkę Maryję darzy także pani Irka, która obecnie przebywa w szpitalu po przebytym udarze. – Kiedyś, kiedy była panienką, podczas żniw jeden z koszących zboże przejechał jej po nogach kosą. Mocno krwawiąc, obiecała Maryi, że jeśli ją ocali, do końca życie będzie Ją odwiedzać w kapliczce. Do udaru przez kilkadziesiąt lat nie wiedziała, co to choroba. Przez te wszystkie lata wywiązywała się ze złożonej obietnicy. W ostatnich latach, gdy podupadła na zdrowiu, ja przejęłam troskę o to miejsce. Każdego dnia opiekowałam się też panią Rochalską. Takiej sąsiedzkiej troski nauczyłam się od Matki Bożej, mieszkającej ode mnie o kilkanaście metrów – opowiada M. Gral. Przy kapliczce od wiosny do jesieni w pierwszą niedzielę miesiąca Różaniec odmawia kółko Stefanii Kacprzyk. – Wszyscy lubimy tu się modlić. Idąc do tego miejsca, czujemy, jakbyśmy szły w gościnę do Matki naszego Pana – wyznaje pani Stefania.

Niezwykłe interwencje

Na terenie wspomnianej parafii pomiędzy Wysokienicami a Złotą, kilka metrów od drogi, stoi lekko przygarbiona, dedykowana Matce Bożej, kapliczka. Jak opowiadają mieszkańcy, powstanie jej związane było z pewną mroczną historią. Podobno wiele lat temu miało tam miejsce morderstwo. Ludzie opowiadali, że po zmroku nikt nie mógł tamtędy przejść, bo coś straszyło. Pewnego razu jedna z mieszkanek Złotej, nie mając wyboru, musiała jednak tamtędy iść. Ze strachu i z pobożności przez całą drogę gorąco modliła się o spokój duszy przestępcy i ofiary, wzywając wstawiennictwa Maryi. W pewnym momencie usłyszała czyjś głos mówiący: „Dziękuję, że mnie wybawiłaś”. Od tego czasu w miejscu tym przestało straszyć. Mieszkańcy na pamiątkę tego zdarzenia postawili na skraju pola figurkę z Maryją, pod opiekę której oddali okoliczny teren. Podobnych legend o miejscach, w których dziś stoją stare kapliczki na terenie diecezji, jest więcej. W wielu z nich o powodach stawiania kapliczek świadczyć mogą daty i podpisy, a także wezwania – „Matko Strapionych, Uzdrowienie Chorych”. Tak jest choćby w Żelaznej, gdzie w niedalekim sąsiedztwie kościoła znajdują się dwie figury Matki Bożej. Jedna duża, kamienna, z 1908 r., która najprawdopodobniej została ustawiona po ustaniu epidemii cholery, jaka szalała w Dębowej Górze. Druga, której podczas wojny Niemcy utrącili ręce, na wyspie. Obie, zwłaszcza dla starszych mieszkańców, są jak ktoś najbliższy z rodziny. – Bardzo boli mnie, że przy żadnej z nich już nikt nie śpiewa. Gdy byłam małą dziewczynką, śpiewałam tu majówki – wspomina Marianna Kroc. – Dziś, kiedy wychodzę z domu, odwiedzam jedną i drugą. Na tę przy ulicy można popatrzeć. Ta na wyspie jest daleko za wodą i płotem. Mimo to często o niej myślę. Nie przeszkadza mi, że nie ma rąk. Taka okaleczona jest mi bliższa. Zerkając w jej stronę, proszę o nawrócenie grzeszników – mówi 85-letnia pani Marianna. O swojej Maryi godzinami mogłyby opowiadać także kobiety śpiewające każdego dnia majówki przy kapliczce w Woli Makowskiej. – Od dziecka tu przychodzimy. Wiele lat temu przed majem wiłyśmy Maryi jeszcze wianki z sosny, które paliłyśmy w wigilię św. Jana. Ależ było przy tym roboty i śmiechu! – wspomina Halina Stań, która nie ma wątpliwości, że Maryja otacza ich opieką i troską. – Gdy człowiek ma kłopoty, do kogo ma pójść? Tylko do Matki – wtrąca Zofia Tomaszewska. – Ona nas nie zawodzi, dlatego tak chętnie tu przychodzimy. Prosimy Ją o zdrowie, opiekę i by chroniła nas od pożarów, które gaszą nasi mężowie. Dzięki Niej nasze chłopy mają mniej roboty – zauważa pani Zofia.