Tego nikt im nie ukradnie

Marcin Kowalik

|

Gość Łowicki 12/2016

publikacja 17.03.2016 00:00

Róża Kutno. – Swoim współbraciom często przypominam, że jesteśmy na ziemi, którą błogosławiony przekazał do pracy z młodzieżą. To jest ta idea, którą staramy się realizować – mówi ks. Henryk Chibowski SDB.

Drużyna dziewcząt Róży Kutno z trenerem Tomaszem Kabą Drużyna dziewcząt Róży Kutno z trenerem Tomaszem Kabą
Marcin Kowalik /Foto Gość

Salezjanie przybyli na przedmieścia Kutna w 1938 roku. Sprowadził ich przedwojenny proboszcz i dziekan kutnowski ks. Michał Woźniak. Zaprosił ich do pracy duszpastersko-wychowawczej z opuszczoną i zaniedbaną młodzieżą. Przekazał swoje oszczędności. Salezjanie kupili za nie 7 ha gruntu z budynkami mieszkalnymi i gospodarczymi. Przerobili je na kaplicę i na potrzeby przyszłej szkoły zawodowej. Te plany zniweczyła wojna. Po jej zakończeniu salezjanie powrócili w to miejsce, które po latach nazwano Woźniakowem od nazwiska ofiarodawcy. Są tu do dziś. Prowadzą parafię i oratorium.

Wygrana ks. Bosko

Ks. Woźniak nie doczekał czasów pokoju. Został zamordowany w niemieckim obozie Dachau. Papież Jan Paweł II beatyfikował go w gronie 108 polskich męczenników. – Myślę, że gdyby ks. Woźniak nie zetknął się z duchowością ks. Bosko, nie przeznaczyłby swoich oszczędności na zakup tego majątku – mówi ks. Chibowski, posługujący w parafii św. Michała Archanioła w Kutnie- -Woźniakowie. Błogosławiony kapłan męczennik swego czasu studiował we Włoszech. Tam poznał dzieło św. Jana Bosko, które polega na integralnym wychowaniu człowieka. Oprócz sfery duchowej ważna jest fizyczność. – Ks. Bosko w tej integralności wygrał, bo postawił na człowieka. Nie ma wychowania salezjańskiego bez sportu, bez boiska, zabawy, ruchu czy radości. To wszystko jest potrzebne młodym ludziom – dodaje ks. Chibowski, od zeszłego roku prezes Stowarzyszenia Lokalnego Salezjańskiej Organizacji Sportowej działającego przy parafii – w skrócie: SL SALOS. Ale już niebawem w nazwie pojawi się jeszcze człon: Róża Kutno. Stanie się tak po zatwierdzeniu zmian w statucie stowarzyszenia, które rozszerza swoją działalność w zgodzie z nowymi przepisami. Impulsem był pomysł na przygarnięcie pod swoje skrzydła sekcji piłki nożnej. Grupa trenerów i rodziców zwróciła się do salezjanów o uruchomienie klubu w ramach stowarzyszenia. Pierwsze zajęcia odbyły się latem zeszłego roku. Po wakacjach sekcja ruszyła na całego. Są już efekty.

Pierwsze sukcesy

W lutym odbyły się XX Ogólnopolskie Igrzyska Młodzieży Salezjańskiej w Futsalu w Lubinie. Kutnowski SALOS reprezentowały cztery drużyny Róży Kutno – trzy chłopców w różnych kategoriach wiekowych i jedna dziewcząt. Młode zawodniczki zdobyły złote medale, dwa męskie zespoły wywalczyły srebro. – Byłem z nimi w Lubinie. Obserwowałem z bliska ich relacje. Widziałem, jak są zżyci, że trenerzy mają autorytet. Nie krzyczą na dzieci, spokojnie tłumaczą. Jestem tym zachwycony – mówi ks. Henryk. To daje nadzieję, że wysiłek organizacyjny, jaki poniósł sztab ludzi, nie pójdzie na marne, bo początki klubu do łatwych nie należą. Przez całą jesień nie dostali ani jednej złotówki dotacji. Wyjątkiem było prowadzenie orlikowej szkółki piłkarskiej dofinansowanej przez Urząd Miasta. – Przetrzymaliśmy ten okres, choć trzeba było znaleźć ponad 40 tys. zł na utrzymanie. Ale to była inwestycja w człowieka. Z drugiej strony cieszymy się ze współpracy z rodzicami. Na spotkanie organizacyjne przyszło ponad 100 osób. Przekazaliśmy im ideę SALOS-u, na czym to wszystko polega i... zrobiliśmy sobie „problem”. Z drugiego kutnowskiego klubu rodzice chcą przenieść do nas całą grupę chłopców. Ze względu na przepisy nie jest to teraz możliwe. Rodzice docenili atmosferę i podejście do treningów – dodaje.

Wartościowi trenerzy

Większość trenerów to nauczyciele wf. Wszyscy mają odpowiednie uprawnienia. – Są to ludzie wartościowi w pełnym tego słowa znaczeniu. Profesjonalnie podchodzą do zajęć. To nie są ludzie, którzy stronią od Kościoła. Założyli rodziny, mają po dwoje, troje dzieci. Swoje życie oparli o konkretne wartości – mówi prezes SALOS-u. Drużynę dziewcząt trenuje Tomasz Kaba. Najmłodszymi chłopcami z roczników 2008 i wyższych zajmuje się Przemysław Kaba. Grupę chłopców urodzonych w latach 2006 i 2007 prowadzi Marcin Stępniak. Roczniki 2003 i 2004 – Robert Marzec, a 2001 i 2002 – Jacek Czekalski. Najstarszą grupę chłopców z klas III i II gimnazjum niedawno objął Radosław Saganiak.

– Minął dopiero miesiąc odkąd razem trenujemy. Jest wśród chłopaków grupa bardziej zaawansowana, ale i tacy, których trzeba uczyć podstaw. Jednak lepiej, że tu przychodzą i sprawia im to radość, niż żeby przesiadywali przed laptopem. Cieszy mnie to bardzo. Poza tym tego, co wypracują na treningach – kondycji i poprawy zdrowia – nikt im nie ukradnie. Zależy mi na tym, żeby była dobra atmosfera na treningach. Czasami trzeba reagować. Wiadomo, okres młodzieńczy to burza hormonów. Szybciej coś zrobią niż pomyślą. Ze swojej strony staram się zachęcać innych, żeby przychodzili na treningi. Pamiętam zdziwienie: „Ale co to za klub ta Róża?”. Teraz już wiedzą, że jest drugi klub piłkarski w Kutnie. Zdziwiony był też kolega, trener koszykówki. Usłyszałem: „To ich tu tylu przychodzi?”. Zobaczymy, jak to będzie w przyszłości. Czy się wykruszą. Na jednym z treningów było ich 24, na kolejnym – kilku mniej. Mają przecież też swoje obowiązki i inne zainteresowania – mówi R. Saganiak.

Wygląd jest ważny

W powstaniu klubu Róża Kutno swój udział miał Tomasz Kaba, trener i nauczyciel wf. – Chcieliśmy stworzyć dzieciom i młodzieży jak najlepsze warunki do trenowania. Dlatego zdecydowaliśmy się wejść w strukturę stowarzyszenia. Sam zresztą swoją karierę trenerską zaczynałem od SALOS-u. Odnośnie do nazwy klubu mieliśmy kilka pomysłów. Postanowiliśmy na różę, która kojarzy się z Kutnem. Chyba nie ma w Polsce klubu o takiej nazwie – mówi T. Kaba, który zaproponował, żeby włączyć do klubu drużynę dziewcząt. Uczy w Gimnazjum nr 3. To tam są korzenie kobiecej piłki na ziemi kutnowskiej. Grupa uczennic zgłosiła się do niego z prośbą o prowadzenie treningów. I tak już zostało. Z czasem doszły dziewczęta z innych szkół. Teraz występują w III lidze. Brak doświadczenia nadrabiają ambicją. Przy sumiennym trenowaniu mają szansę dorównać najlepszym w tej lidze. Na to jednak trzeba jeszcze poczekać. Dla kobiet ważny jest wygląd. Za własne pieniądze kupiły więc do treningów zielone koszulki. Komplet meczowy kupił klub. Ale to dziewczęta decydowały o kolorze koszulek. Wybrały... różowy. – Dostały je przed meczem z Kolejarzem Łódź. To drużyna złożona z doświadczonych, ogranych zawodniczek. Nie wiem, czy to wpływ tych różowych strojów, ale moje dziewczęta tak walczyły, tak „gryzły” trawę, że byłem w szoku. O mało co nie wygraliśmy – mówi T. Kaba.

Wysiłek rodziców

Kutnowski SALOS to nie tylko piłka nożna. Są też zespoły siatkówki. Od lat dziewczęta trenuje Robert Kozik. Zespół chłopców prowadzi Joanna Falczewska, członek nowego Zarządu SALOS-u. – Sport jest mi bardzo bliski. Przez znajomość z ks. Chibowskim zainteresowałam się SALOS-em i chętnie podjęłam współpracę. Jestem parafianką i nauczycielem wf. w szkole specjalnej. Na treningi przychodzą chłopcy ze zwykłego gimnazjum i liceum, ale i z ośrodka specjalnego. Są wspólne zajęcia. Nie ma z tym problemów. Jednym i drugim to służy – mówi pani Joanna. Prowadzenie klubu to duża odpowiedzialność. Jest kosztowne, wymaga dobrego zorganizowania i współpracy z rodzicami. – My nie generujemy z tego zysku. Nam, salezjanom, chodzi przede wszystkim o dzieci i młodzież. To widać też w podejściu rodziców – są zainteresowani, przywożą dzieci na treningi. To jest potężny wysiłek dla tych rodzin – mówi ks. Chibowski. Stanisława Bobrzak przywozi na treningi swojego wnuka Miłosza. Nieraz zmarzła na orliku, czekając na zakończenie treningu. Po kilku miesiącach dostrzega efekty. Porównuje to z pierwszym meczem drużyny 10-latków. – Stali tacy sztywni, sparaliżowani. Teraz to co innego. Postęp jest widoczny. Ruchliwi są, nawet za bardzo. Miłosz, który nie lubił tańczyć, teraz się odblokował. Podryguje w takt muzyki – śmieje sie pani Stanisława. – Mój Mikołaj to czekał aż piłka sama do niego przyjdzie. Teraz kopie wszystko, co ma okrągły kształt. Nic, tylko piłka i piłka. Wszystko temu podporządkował. Nawet odrabianie lekcji. Po przyjściu ze szkoły od razu się za nie bierze. Gdy skończy, słyszę: „A teraz, mamo, zawieź mnie na trening” – dodaje Kamila Kopczyńska, mama chłopca.•