Piszę o Bogu dobrym

Agnieszka Napiórkowska

|

Gość Łowicki 29/2018

dodane 19.07.2018 00:00

– Ikona jest dla mnie czymś bardzo ważnym, bo to coś, co wyraża świętość, coś, co mogę adorować. A gdy jeszcze wyszła spod ręki mojej żony... Kiedy się przy niej modlę, wiem, że Pan Bóg tu jest – mówi Paweł Bursztynowicz.

Ostatni powstał mandylion. Ostatni powstał mandylion.
Agnieszka Napiórkowska /Foto Gość

Pokora wobec własnych ograniczeń, posłuszeństwo zasadom i regułom, a także cierpliwość, dokładność połączone z potrzebą i pragnieniem modlitwy i kontemplacji – to wielkie dary, których doświadczają ikonopisarze. Pisząc o Bogu, Maryi, świętych, łączą ich życie ze swoim. Wyuczone zasady stają się zaproszeniem do nawiązywania relacji. Wielogodzinne wpatrywanie się w oczy Jezusa i dotykanie pędzlem Jego ciała wymagają niezwykłej wrażliwości, ale i odwagi. W każdej z nich zawarta jest czyjaś wrażliwość, doświadczenia życiowe, godziny spędzone przed i z Bogiem. Bez względu na liczbę ukończonych kursów pierwszym nauczycielem pozostaje Duch Święty.

Mąż wskazał kierunek

Ikonografia odzyskuje miejsce, które zajmowała przed wiekami. W kulturze Zachodu i Polski przeżywa wielki renesans. W wielu miejscach organizowane są różnego rodzaju kursy i warsztaty, które uczą zachowania zasad malarskich i tradycji, niezmiennej od wielu wieków. Prowadzący podkreślają, że ikonograf nie maluje dla swojej sławy, lecz dla chwały Bożej. W diecezji łowickiej nie brakuje osób, dla których sztuka ta jest sposobem kontemplacji i modlitwy. W Rawie Mazowieckiej ikony pisze Sławomira Bursztynowicz. Do pisania zachęcił ją mąż Paweł. – Wiedziałem, że Sławka ma talent malarski. Miałem przekonanie, że powinna pójść w tę stronę. Zasugerowałem jej to, a ona pomysł podchwyciła. Po drugim kursie dostałem od żony ikonę napisaną specjalnie dla mnie. Jest to Matka Boża Nieustającej Pomocy. Piękna, moja – mówi pan Paweł. – Mąż nie wiedział, jaką ikonę otrzyma. Ale on jest zakochany w Maryi. Kiedyś, gdy wielu rzeczy nie rozumiałam, byłam zazdrosna o męża, o jego wiarę, relację z Maryją. Dla niego to jest pierwszeństwo. Może zaniedbać rzeczy ziemskie, ale nie duchowe – dodaje Sławomira.

Ikonograf nie ukrywa, że kiedyś ikony jej się nie podobały. Jak mówi, były mało naturalne, święci w sztucznych pozach, o dziwnych twarzach. Odbiegały od jej kanonu piękna. Zmieniło się to po pierwszym kursie. – Ćwiczyłam jak się maluje nos, jak się maluje oko, tu się domyka, tu się nie domyka, źrenica tak, układ dłoni taki. Gdy to wszystko poznałam, bałam się rysować i pisać, bo nagle zrobiła się z tego „taka świętość”. Byłam mocno przejęta. Potem bardzo uważnie przyglądałam się ikonom i zaczęły mi się podobać. Dziś mam swoje ulubione. Gdy się je pisze, kiedy się w nie wpatruje, żeby powtórzyć kolor, uśmiech, zamyślenie, gest, chce się je przeniknąć. Prosi się wtedy: „Panie Jezu, to jest Twoje oblicze, pomóż mi, bym mogła je napisać, przedstawić”. I wtedy zaczyna się wewnętrzny dialog, który za pomocą pędzla staje się modlitwą, zgłębianiem Jego świętości, mocy, miłosierdzia. Dlatego gdy jestem zła, nie mogę zasiadać do pracy nad ikonami. Kiedy jestem zdenerwowana czy bardzo zmęczona, też nie. Przed malowaniem staram się zawsze rozważyć słowo Boże, wyciszyć się. Malowanie z marszu nie idzie. Jest wiele modlitw, które należy odmawiać przy poszczególnych etapach pisania – przed nałożeniem gruntu, przed wykonaniem barwników, przed złoceniem. Pisząc, chcę pokazywać Boga kochającego, który dotyka, uzdrawia, Matkę Bożą, która przytula i podnosi – tłumaczy S. Bursztynowicz.

Jezus z zezem

Ostatnią ikoną, która wyszła spod ręki rawianki, był mandylion. Przedstawia on oblicze Chrystusa wpisane w nimb krzyżowy, ukazane na białej chuście zawieszonej za dwa górne rogi. Centralnym elementem kompozycji jest zamyślone, nieco surowe, ale przede wszystkim nieskończenie miłosierne oblicze Zbawiciela. Ta twarz – jak się uważa nie ręką ludzką uczyniona – Sławomirze zawsze bardzo się podobała. Z powstaniem pierwszego mandylionu związana jest legenda o królu Abgarze, który – chorując na trąd – poprosił swojego wysłannika, aby w przypadku, gdyby Chrystus nie mógł przybyć, sporządził Jego portret. W Jerozolimie okazało się, że posłaniec nie jest w stanie namalować oblicza Zbawiciela. Wówczas Chrystus przyłożył chustę do swojej twarzy i w ten sposób powstał portret, którego kontemplacja uzdrowiła króla.

– Pierwszym wizerunkiem, który namalowałam podczas warsztatów w Wadowicach, był Jezus Pantokrator. Wszystko dobrze szło, dopóki nie zabrałam się za przedstawienie twarzy Pana Jezusa. Właściwie to ją namalowałam, ale okazało się, że zrobiłam Jezusowi zeza i nierówne oczy. Krzysztof Cudo, prowadzący warsztaty, powiedział, że muszę to poprawić. Gdy próbowałam, stwierdziłam, że nie umiem tego zrobić. Wychodziło coraz gorzej. Byłam zrozpaczona. Z pomocą przyszła Basia, żona Krzysztofa, która pomogła mi skończyć twarz. Inaczej bym się zapłakała – opowiada. Jak podkreśla rawianka, każda ikona zawiera bardzo dużo wiadomości. Dlatego człowiek boi się, żeby czegoś nie zafałszować, nie umniejszyć. A to potrafi przyprawić o drżenie rąk. – Po napisaniu wizerunku Pantokratora byłam bardzo szczęśliwa. Przy następnych ikonach zrobiłam wszystkie możliwe błędy, nawet takie, o których nikt nie słyszał. Kiedyś namalowałam Maryję z Dzieciątkiem. Ikona jeszcze całkowicie nie wyschła, a ja zobaczyłam, że złoto jest źle położone, bo wyszły plamy. Kładąc drugą warstwę złota na postać, nie położyłam papieru. I drugie złoto przykleiło mi się do tej postaci. Ponad miesiąc ją pisałam. Płakałam jak bóbr. Dzięki takim wpadkom nauczyłam się pokory. Przeszłam też przez etap nieskromności, a może i pychy, kiedy byłam dumna, że coś namalowałam. Patrząc na swoje dzieło, myślałam: „Jest piękna, ludzie będą podziwiać”. To był bardzo niebezpieczny moment. Dziś jestem przekonana, że wszystkie upadki przy pisaniu ikon były ważne, potrzebne. Za łaskę poczytuję sobie, że mogę to robić, że zdrowie i rodzina mi na to pozwalają – mówi.

Nie na stragan

Pisanie i przebywanie z Bogiem jest dla Sławki czasem niezwykłym. Z namaszczeniem pokazuje płatki złota, delikatne i cieniutkie. – Jest metal sztuczny i prawdziwe, sprasowane złoto – tłumaczy. Jej królestwo mieści się w kuchennej szafce. Na dwóch półkach ma magazyn farb. Przechowuje w nim: pędzle, pigmenty, które rozrabia się żółtkiem z winem, lakiery, żywice uzyskane z kości. – Ja się nie znam aż tak bardzo, ciągle się uczę, szkolę, doczytuję. Jestem cierpliwa. Podobnie jak mój mąż, który zajmuje się przygotowaniem płócien. On jest w tym bardzo staranny. Teraz jest moda na pisanie ikon. Cieszę się, że ludzie chcą się tym zajmować, zgłębiać tę sztukę, ale jeśli zakładają, że ma to być ich sposób na łatwy zarobek, jeśli nastawiają się nie na spotkanie, kontemplację, to jestem przeciw. Ja nie umiałabym postawić ikon z Jezusem, Matką Bożą na straganie i krzykiem zachęcać przechodniów: „Chodźcie, chodźcie i kupujcie!”. Zazwyczaj maluję dla kogoś, na zamówienie, na prezent albo dla siebie. Paweł, gdy skończę pisanie, zawsze pyta: „Czy musisz ją oddawać?”. Zdarza się, że ikony wędrują jak posłańcy. Kiedyś poznałam pewne małżeństwo, które miało kryzys. Napisałam więc ikonę Świętej Rodziny i im ją podarowałam, by się przy niej modlili. Wiem, że nadal są razem. To wystarcza, by wielbić Boga – opowiada Sławka.

Czekając na urlop, rawianka tęskni za kolejnymi kursami, zwłaszcza w Wadowicach, gdzie każdego dnia jest Msza św. i adoracja Najświętszego Sakramentu. Ikonopisarka mówi, że od kilku lat stara się żyć tak, aby dostać się do nieba. A że jest impulsywna, ciągle musi się z sobą mierzyć. Jeżdżąc do pracy, słucha św. Faustyny i chciałaby – tak, jak ona – mówić o niebie i o światłości zmiennej i niezmiennej. – Przez lata miałam kłopot z Jezusem. Uważałam Go za postać historyczną. Tylko Maryja zawsze była mi bliska. Za to mój mąż był zawsze silny w wierze. Moja wiara jest wydrapana, nauczona, wycierpiana. Krok po kroku zaczęłam się uczyć wszystkiego na nowo. I wiara zrobiła się fascynująca. Zakochałam się w Piśmie Świętym. Wiem, że to jest łaska – opowiada. – Na początku roku miałam poważny wypadek, z którego wyszłam bez szwanku, mimo że dachowałam. Wierzę, że Jezus i Maryja mnie ocalili. Jadąc, odmawiałam Różaniec. Od tamtego czasu czuję, że Matka Boża wzięła moje życie w swoje ręce. Powierzyłam się Jej i oddałam w niewolę. Teraz Ona prowadzi. Myślę, że wiele osób nie wie, jak potężna, czuła i cudowna jest to Pani. I o tym też chcę opowiadać, pisząc ikony i malując obrazy.•