Miejsce mojego wzrastania

Gość Łowicki 5/2019

dodane 31.01.2019 00:00

O życiowym przewrocie kopernikańskim, Ruchu, który jest rzeką, i w którym wszystko, co najlepsze, się zdarza, oraz o spotkaniach z ludźmi na kształt lectio divina mówi ks. Grzegorz Gołąb, wieloletni diecezjalny moderator oazy.

Miejsce mojego wzrastania Kapłan od lat związany jest z Ruchem Światło-Życie Archiwum Ks. G. Gołebia

Agnieszka Napiórkowska: Przez 21 lat posługiwał Ksiądz jako moderator Ruchu Światło–Życie, a w ostatnich tygodniach przekazał tę funkcję swojemu następcy. To chyba dobry czas na podsumowanie.

Ks. Grzegorz Gołąb: Uwielbiam o tym mówić. Ruch Światło–Życie jest najważniejszą rzeczą, która wydarzyła się w moim życiu, i wyznaczyła to życie. Jest on dla mnie niesamowicie inspirującą rzeczywistością. To, co daje Pan Bóg, najbardziej współgra z naszym wnętrzem, najbardziej nas rozwija, ponieważ Bóg nas wymyślił, ma plan wobec naszego życia, radzi sobie z naszymi słabościami, a my mamy Go przyjąć jako swojego Pana i Zbawiciela. Tego doświadczyłem właśnie w Ruchu Światło–Życie.

Proszę opowiedzieć o początkach. W jaki sposób rozpoczęła się Księdza przygoda z Ruchem?

Było to w 1983 roku w parafii Niepokalanego Serca NMP w Śródborowie. Przyjechała tam grupa oazowa z Otwocka, która prowadziła rekolekcje. Słowa księdza i świadectwa młodych ludzi były dla mnie otwarciem nowej przestrzeni w Kościele. Wówczas zobaczyłem, że Kościół związany jest nie tylko z liturgią, sakramentami, z posługą księdza, ale także z posługą świeckich. Poszedłem na pierwsze spotkanie, ale na nim nie zostałem, bo okazało się, że byłem jedynym chłopakiem. Za drugim razem znów były same dziewczyny. Wychodząc, w drzwiach spotkałem ks. Zbigniewa Wojtasia, który powiedział do mnie: „Zostań, będzie nas dwóch”. I tak się wszystko zaczęło. Do dziś pamiętam smak tamtych spotkań. Kościół, adoracja, młodzi ludzie, gitara, przygaszone światła i bardzo świeży kontakt z Bogiem, który Jest. Znałem Go z różnych opowiadań, z Ewangelii, z katechezy, z przekazu domowego, ale nie traktowałem Go do końca jako osoby, a już na pewno nie jak kogoś, z kim mogę mieć relację, związek. Pamiętam też spotkania pod sosną, gdzie czytaliśmy i rozważaliśmy Pismo Święte. Było w tym misterium. Już wtedy wiedziałem, że uczestniczę w czymś wielkim.

Oaza to nie tylko spotkania, ale także rekolekcje. W ilu Ksiądz uczestniczył, pewnie trudno zliczyć. Czy pamięta Ksiądz te pierwsze?

Oczywiście. Były w Czarnej Górze. Księża Henryk Bartuszek i Zbigniew Wojtaś wprowadzali mnie w Ruch. To był przewrót kopernikański w moim życiu. Tam znalazłem żywy Kościół, żywego Boga i swoje miejsce przy Nim. Do dziś mam relacje z osobami z pierwszej oazy. To, co mnie pociągało w Ruchu, to osobista więź z Bogiem i jak już wspomniałem, doświadczenie, że uczestniczę w rzeczach wielkich. Po powrocie z rekolekcji nosiłem na szyi duży krzyż. Historii uczył nas zastępca sekretarza partii. Zawsze odnosił się do mnie z wielkim szacunkiem, ale gdy na lekcji rozmawiałem, jako jedynemu kazał mi zbierać porozrzucane na boisku papiery. Zapytałem go kiedyś, czemu tylko mnie tak traktuje. Odpowiedział: Ty nosisz krzyż, a ten krzyż do czegoś zobowiązuje. Było to dla mnie wyznanie człowieka z drugiej strony barykady.

Zapamiętałem rekolekcje, na które przyjeżdżali „smutni panowie” i pilnowali w sklepie, żeby nikt nie kupił więcej chleba. Leżeliśmy w rowie, czekając, aż panowie odjadą, a jak cały czas stali, to ludzie kupowali po dwa bochenki, niby dla siebie, i jeden bochenek kładli nam w tym rowie. Pamiętam górali, których aresztowano, bo przyjmowali nas w domach. Takie były czasy. To podnosiło wagę tego, w czym uczestniczymy. Oaza była i jest szkołą życia. Pamiętam dni wspólnoty w Pęcicach, tam czuło się ducha ks. Franciszka Blachnickiego, ducha uwielbienia.

Czy w oazie znalazł Ksiądz swoje powołanie, czy ono tam się rozwinęło?

Bardzo ważnym przeżyciem rekolekcji pierwszego stopnia jest czwarty dzień, w którym uczestnicy przyjmują Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Przeżyłem go w 1983 roku w Czarnej Górze.

Od siódmej klasy szkoły podstawowej modliłem się o dobrą żonę. Kiedy wyjeżdżałem na oazy, byłem przekonany, że moim powołaniem jest życie małżeńskie. Powołanie kapłańskie przyszło trochę znienacka. Choć, jak potem zauważyłem, można je było wcześniej odczytać, bo Bóg dawał znaki, ale ja wtedy tak tego nie widziałem. Miałem nawet dziewczynę i plany... Kiedy wróciłem z drugiego stopnia rekolekcji, zacząłem zastanawiać się, co chcę naprawdę robić. I wtedy przyszła myśl o kapłaństwie. Wcześniej nie zastanawiałem się, skąd się biorą księża. Oczywistym było, że są. Ksiądz wikariusz opowiedział mi o seminarium. Przez trzy dni załatwiałem wszystkie formalności. Pieczęcią było spotkanie z księdzem proboszczem. Kiedy powiedziałem mu o chęci wstąpienia do seminarium i poprosiłem, by przygotował mi opinię, zabrał mnie do kancelarii i z szuflady wyjął gotowy tekst, który napisał kilka miesięcy wcześniej. Było to dla mnie ważne potwierdzenie.

Potem niezwykłym doświadczeniem okazały się wyjazdy na oazę, gdzie jako kleryk słuchałem osób świeckich. Wpłynęło to bardzo na moją przyszłość kapłańską, bo każdy człowiek był dla mnie bratem i siostrą, dopiero potem świeckim, duchownym. W Ruchu uczyłem się Kościoła i służby. Pierwsze Msze św. prymicyjne w większości skierowane były do Ruchu. Z tym doświadczeniem szedłem do kapłaństwa. W pierwszej parafii, w Kozłowie Biskupim, założyłem grupę oazową. Byłem bardzo gorliwy, ledwo to znieśli, ale wspólnota przetrwała, wspieramy się.

Czy założenia ks. Blachnickiego miały wpływ na Księdza życie i styl uprawiania duszpasterstwa?

O ks. Blachnickim dużo wiedziałem, ale na początku jego posługę odczytywałem przez oazę, rekolekcje. Ten styl najbardziej mi odpowiadał. Nie znałem go z nauczania, ale z praktyki duszpasterskiej. On otworzył mi tę przestrzeń Kościoła, niesamowicie pociągającą. Do dziś mam to ciągle w sercu. To, co ks. Blachnicki uczynił, jak sam mówił, za wylaniem Ducha Świętego, było niesamowitym obszarem realizacji sakramentu kapłaństwa i zachęciło mnie do poznawania go. Kiedy w 1997 roku zostałem moderatorem i pojechałem na podsumowanie oazy do Krościenka, doświadczyłem powszechności Kościoła. To bardzo poszerzyło moje serce. Wróciłem z ogromnym skarbem − świadectwem o Kościele powszechnym. Spotkanie z moderatorami z całej Polski i innych państw było czymś niesamowitym. To kolejny dar od ks. Blachnickiego. Do dziś te spotkania są dla mnie bardzo ważne.

Co na przestrzeni tych 21 lat było dla Księdza najbardziej zaskakujące, za co chciałby Ksiądz powiedzieć Bogu i ludziom: dziękuję?

By odpowiedzieć na to pytanie, również posłużę się zdaniem z testamentu ks. Blachnickiego. Otóż ks. Franciszek napisał: „Ile ja przez tę wspólnotę otrzymywałem łask, pomocy, wsparcia, pociechy i radości”. Można to zdanie potraktować jako klucz do całości posługi w ruchu. Do posługi, która się nie skończyła. Ona dalej trwa. Ruch, to taka główna rzeka mojego życia, gdzie wszystko, co najlepsze, się zdarza; ta rzeka ma bardzo wiele odpływów i bardzo wiele dopływów. Wprowadza mnie na zupełnie nowe przestrzenie. Te 21 lat to przede wszystkim ogrom spotkań z ludźmi. Jeżeli potraktujemy drugiego człowieka jako fragment Ewangelii, którą Bóg przysyła do nas, to każde spotkanie jest jak lectio divina. Zawsze fascynowały mnie spotkania, kiedy mogłem poznać część historii życia innych osób. Ta „Biblia w obrazach życia” jest dla mnie najcenniejsza. Oaza dawała i daje tę przestrzeń bliskości. W latach 90. Ruch tworzyła przede wszystkim młodzież, później akcent zaczął przesuwać się na rodzinę. Na początku, kiedy zostałem moderatorem w diecezji, czułem napięcie podczas spotkań z rodzinami, a teraz, po kilkunastu latach, Domowy Kościół to główne miejsce posługi.

Można zatem powiedzieć, że zaczynając posługę z młodymi, wszedł Ksiądz z nimi do Domowego Kościoła, tym samym robiąc miejsce młodszym kapłanom, by teraz oni towarzyszyli młodym.

I to jest właśnie to. To było i jest kroczenie z innymi. I − co warto podkreślić − Ruch był i jest miejscem mojego wzrastania. Nie było tak, że działałem na jego rzecz, a moje życie płynęło jakimś innym torem. Nasze oazy, zwane gołębnikiem, były miejscem wzrostu nas wszystkich. Relacje oparte na Kościele, Biblii, sakramentach okazały się bardzo mocne. Dowodem na to może być jubileusz 25-lecia moich święceń, na który zaprosiłem około 300 osób. Kluczem doboru gości poza rodziną był Ruch Światło–Życie. W nim znalazłem wszystko i on mnie syci. Przez cały czas starałem się być sługą. Moderator to ktoś, kto łączy Ruch Światło–Życie. To posługa jedności, która bywa czasochłonna. Wiąże się z nawiedzaniem różnych wspólnot parafialnych. Od oazy dzieci, młodzieży po Domowy Kościół. Ojciec Blachnicki nie dał recepty na jakiś okres wieku, ale na całe życie. W Ruchu widział narzędzie odnowy wspólnoty parafialnej. Uważał, że jeżeli zostanie ona odnowiona, Ruch Światło–Życie będzie automatycznie zanikał. Ruch nie jest obok parafii, ale służy jej „obudzeniu”.

W życiu jest taki moment, zakręt, w którym to, co się robiło, trzeba oddać innym. Wiele osób nie potrafi się tym pogodzić. Z tego co wiem, Ksiądz nie miał z tym problemu. Księdza miejsce zajął ks. Sylwester Bernat. Czy to znaczy, że dla Księdza przygoda z Ruchem się kończy?

– Ostatnio na rozdaniu nagród z ekonomii pewien mniej więcej pięćdziesięcioletni pan powiedział, że w jego wieku nie chodzi już tylko o sukcesy, a o sukcesję. To zdanie odbiło się we mnie szerokim echem. Owa sukcesja jest bardzo istotną rzeczą. O to też pytał ks. Blachnicki: czy znajdzie się ktoś, kto będzie mógł przejąć opiekę nad całym Ruchem. Cieszę się, że przez lata byłem jego twarzą. Oddając posługę, mam świadomość swoich braków, słabości, za które przepraszam, ale mam też olbrzymie pokłady wdzięczności, radości i uwielbienia Pana Boga za ten ruch. Cieszę się, że teraz ks. Sylwek rozpocznie posługiwanie. I wiem, ze zrobi to w sposób odpowiedzialny. Przed przyjęciem posługi pojechał do Krościenka, by na grobie ks. Blachnickiego zapytać Pana Boga, czy ma przyjąć tę posługę. Mam w sercu pewność, że to godny następca.

A gdy chodzi o mnie, to wciąż jestem w Ruchu, nadal będę moderatorem w parafii, będę jeździł na rekolekcje, asystował w kręgach, współprowadził dzieci i młodzież. Ruch pogłębia relację z Bogiem, ale i z sobą samym. Przyszedł teraz w moim życiu czas większego zaangażowania na rzecz siebie. To nie tak, ze robiłem wiele kosztem siebie, ale doświadczam również tego, że jestem dziełem Boga; Pan Bóg dał mi siebie jako znak swojej dobroci, miłości i – jak ufam – mądrości. Od czterech i pół roku uczestniczę w warsztatach rozwoju duchowego „Wreszcie żyć”. Można powiedzieć, że teraz rzeka oazy, która płynie przez moje życie, kieruje się w stronę tych warsztatów, które odbywają się też w mojej parafii. Bardzo chciałbym, by jak najwięcej osób mogło z nich skorzystać. Ruch pozwolił mi na odkrycie życia, a w warsztatach odnajduję narzędzia ku pełni życia. • agnieszka.napiorkowska@gosc.pl