Ile potrzeba, żeby zasłużyć?

ks. Rafal Woronowski

Zdarza się podczas seansu filmowego, że bardzo wczujemy się w fabułę. Dobra gra aktorska i świetny scenariusz sprawiają, że z napięciem czekamy na kolejne sceny, które poprowadzą nas w niesamowitą przygodę lub pozwolą odkryć rozwiązanie zawiłej zagadki. W tym kontekście przyjrzyjmy się bohaterom dzisiejszej Ewangelii.

Ile potrzeba, żeby zasłużyć?

Z Ewangelii wg św. Łukasza (Łk 3, 15-16.21-22)

Gdy lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w swych sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: "Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On będzie was chrzcił Duchem Świętym i ogniem". Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił nad Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: "Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie mam upodobanie".

Jak wielkie napięcie musiał wywołać Jan Chrzciciel w swoich słuchaczach, że tak usilnie zaczęli wyglądać Mesjasza? Zupełnie jakby miał przyjść za chwilę. I właściwie tak się stało. Dlaczego zatem przyjście Jezusa nie wzbudziło już tak wielu emocji? Dlaczego ludzie, którzy chętnie słuchali Jana i nawet "podejrzewali go" o bycie Mesjaszem, nie ruszyli od razu ochoczo za Jezusem?

Warto zwrócić uwagę na pewną symbolikę dzisiejszej Ewangelii. Jan posługuje się wodą, udziela chrztu, obmywa. Jest to pewien gest, symbol oznaczający oczyszczenie, obmycie, odnowę. Stosunkowo łatwo przyjąć chrzest z wody. Wystarczy przyjść i się obmyć. Być może pewna prostota tego gestu przemawiała do ludzi tamtych czasów i dlatego chętnie z niego korzystali.

Dziś zresztą także nie brakuje ludzi poszukujących "zbawienia" w praktykach, które często stoją na pograniczu pobożności i swego rodzaju magiczności. Nieraz słyszymy o absurdalnej liczbie modlitw, których nie sposób odmówić w ciągu jednej doby, czy też praktyk lub przedmiotów pobożnych, którymi koniecznie powinniśmy się otaczać, żeby zyskać przychylność Boga. To wydaje się prostsze. Dziesięć różańców i pięć koronek... Siedem litanii i litr wody święconej... Cztery obrazki i trzy medaliki... Na szczęście wiara to nie aukcja na Allegro i nie chodzi o to, kto da więcej.

Nie twierdzę, rzecz jasna, że praktykowanie pobożności jest niekonieczne. Zastanawiam się jedynie nad tym, czy nie popadamy nieraz w jakiś rodzaj duchowej nerwicy, która każe nam żyć w ciągłym lęku, że cały czas jesteśmy nie tacy jak trzeba, że ciągle musimy coś robić, bo inaczej Bóg o nas zapomni i przestanie kochać. A przecież nie sposób zasłużyć na Jego miłość. Bo ile modlitw potrzeba, żeby zasłużyć? Ile pobożnych praktyk? Ile świętych obrazów?

Dlatego też Jezus pogłębia gest chrztu z wody, który zainicjował Jan Chrzciciel. On jest tym, który ma chrzcić Duchem Świętym i ogniem. To już nie jest tylko woda. To już nie jest wyłącznie obmycie, ale odrodzenie. Bo Duch i ogień sięgają do głębi człowieka, żeby wypalić w nim to, co stare i grzeszne, a stworzyć nowe i święte. Dzieje się to w pierwszej kolejności przy pomocy łaski, a nie w wyniku naszych usilnych starań. Przyjąć taki chrzest jest już trudniej, bo to nie są tylko zewnętrzne znaki, ale głęboka, wewnętrzna przemiana.

Wspomnijmy dzisiaj własny chrzest, naszych rodziców, chrzestnych, szafarza chrztu. Podziękujmy za nich Bogu i prośmy o to, żeby łaska chrztu owocowała w nas i uzdalniała w życiu dorosłym do dobrowolnego podejmowania naszego osobistego powołania do wiary i do świętości. Prośmy o to, żebyśmy i my mogli kiedyś usłyszeć od Boga: "To jest moje umiłowane dziecko".