• facebook
  • rss
  • Nie gaszą tylko... zapału

    Marcin Kowalik

    |

    Gość Łowicki 40/2012

    dodane 04.10.2012 00:00

    Jubileusz OSP. Na ich pomoc można liczyć nie tylko, gdy płoną domy i stodoły, ale także, gdy trzeba rozkręcić dobrą zabawę. Choć niektórzy z nich mają po 100 lat, świetnie sobie radzą na drabinach, a nawet podczas gry na puzonie.

    Bycie strażakiem to zaszczyt, ale także odpowiedzialność. To służba, która – według badań statystycznych – obdarzona jest największym zaufaniem społecznym. Strażacy z ochotniczej straży pożarnej – tak jak ich koledzy zawodowcy – niosą pomoc w stanach zagrożenia życia. Ale to niejedyna forma ich działania.

    Często remiza jest ośrodkiem życia kulturalnego w małych miejscowościach.

    Stulatkowie na służbie

    O ile w czasach zaborów stworzenie straży ogniowej w mieście nie napotykało sprzeciwu, to na wsi taka możliwość na terenie zaboru rosyjskiego powstała dopiero na początku XX w. Wykorzystali to społecznicy z Domaniewic i okolicznych wsi, zakładając w 1912 r. Towarzystwo Straży Ogniowej w Dąbkowicach. Także tego roku strażacy z „filli w Domaniewicach” uczestniczyli w swojej pierwszej oficjalnej akcji, wykorzystując do tego sikawkę ręczną i dwie beczki, które montowane były na wozach konnych. Kazimierz Szymczak, legendarna postać strażaków z Domaniewic, niezbyt chętnie opowiada o początkach straży w tych okolicach. – Wszystko już zostało opisane w oficjalnych opracowaniach. Co tu więcej dodawać? Pamiętam pierwszych prezesów i naczelników. Widziałem ich na własne oczy. Później, już po wojnie, jeździliśmy po okolicznych wsiach i spisywaliśmy daty powstania poszczególnych OSP. Szkoda, że poginęły akty założycielskie. Teraz te daty zostały zmienione, tu dołożyli dwa lata, gdzie indziej znów odjęli. Niech już tak zostanie – mówi zrezygnowany pan Kazimierz, trzymając w ręku spis wszystkich członków miejscowej OSP od 1912 r. Widać nie do końca jest przekonany co do rzetelności współczesnych opracowań historycznych. Błysk w oku widać dopiero, gdy opowiada, jak dawniej wyglądała praca strażaka. – Niewielu wie, że w czasie okupacji straż też działała. Niemcy dbali o strażaków lepiej niż Polacy. W czasie żniw strażacy mieli dyżury 24-godzinne i na wieżyczce wypatrywali pożarów. Strażakiem zostałem w 1947 r., gdy miałem 18 lat. Wcześniej jednak przychodziłem do remizy. Zdarzało się, że musiałem wyczyścić kask naczelnikowi, jak była jakaś defilada. Pamiętam też pierwszy samochód gaśniczy. Dostaliśmy go od wojska ok. 1950 r. Jednak, żeby do nas trafił, trzeba było mieć znajomości – mówi. Pan Kazimierz mieszka blisko remizy strażackiej, a w domu obok... obecny naczelnik Jacek Wielec. Teraz władzę w OSP przejęło młode pokolenie. Jednak nowy naczelnik nie zapomina, że to sąsiad zachęcił go do bycia strażakiem, i mówi o nim sympatycznie „Wujo”.

    „Mokrzy” nurkowie

    Wraz ze zmianą warunków życia zmienia się także forma działania strażaków ochotników. W Mokrej Lewej pod Skierniewicami istnieje jednostka OSP, w której zaledwie od półtora roku działa grupa płetwonurków. Specjalistyczna Grupa Ratownictwa Wodno-Nurkowego zapełniła lukę, jaka istniała w formacjach strażackich powiatu skierniewickiego. Wcześniej, w razie nagłej potrzeby, wzywano podobne grupy z Rawy Mazowieckiej czy Łowicza. Teraz, dzięki strażakom z Mokrej, znacznie skróci się czas przyjazdu ratowników do wypadków na akwenach wodnych. Inicjatorem powstania grupy płetwonurków jest Przemysław Koronka, który zaraził swoją pasją druhów z jednostki. – Zauważyłem, że koledzy nie tylko chcieli się nauczyć nurkować, ale że im się to spodobało i chcą to dalej kontynuować. W grupie mamy czterech doświadczonych nurków, którzy mogą brać udział w akcji, i pięciu dopiero uczących się pływania pod wodą – mówi pan Przemysław. Pierwsze poważne szkolenie druhowie z Mokrej odbyli w centrum... Krakowa. Tam mieści się zalew Zakrzówek, powstały po zalaniu kamieniołomów, w których pracował w czasach okupacji Karol Wojtyła. Pod wodą znajduje się nawet tablica upamiętniająca ten okres z życia papieża. Szkolenia odbywali także nocą na akwenie Rydwan pod Łowiczem. Wszystko po to, żeby jak najbardziej odwzorować prawdziwe warunki poszukiwań. – Nie sztuką jest zejść pod wodę, sztuką jest utrzymać się na odpowiednim poziomie, bo można spaść na dno i zakopać się w mule do kolan. Inna sprawa to orientacja pod wodą. Schodzi się i nagle robi się ciemno, trzeba wiedzieć, jak płynąć w określonym kierunku – tłumaczy strażak płetwonurek Marek Moskwa. Strażacy z Mokrej dysponują motorową łodzią ratowniczą. Ta pontonowa łódź wraz z samochodem ma 10 m długości.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół