• facebook
  • rss
  • Nieraz popłaczę, że ludzie tacy dobrzy

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 50/2012

    dodane 13.12.2012 00:00

    Akcje charytatywne. Ola Śliwka ze Skoczykłodów i Dominik Dróżka z Głowna nie znają się. Mają jednak wiele wspólnego – oboje są licealistami i, mimo młodego wieku, wiedzą, co to ból, choroba i walka o życie. Ale mają też kapitalnych kolegów.

    Zanim w ich życiu pojawiła się choroba, chodzili do szkoły, mieli przyjaciół, pasje, marzenia. Dzień, w którym jak grom z jasnego nieba spadła na nich straszna wiadomość, zapamiętają na zawsze. Nagle wszystko, poza zdrowiem, przestało być ważne. Szybko jednak okazało się, że aby o nie walczyć, potrzebują nie tylko najlepszych specjalistów, ale także pieniędzy. Tych już po kilku miesiącach zaczęło brakować. Na szczęście nie zabrakło osób, które zaangażowały się w ich zbiórkę. Poza fundacjami egzamin solidarności zdali przyjaciele, a także szkolni koledzy.

    Serce pękało kilka razy

    Aleksandra Śliwka, uczennica Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych im. W. Reymonta w Rawie Mazowieckiej, jest tegoroczną maturzystką. Rok temu przeszła skomplikowaną operację guza mózgu. Mimo że zabieg się udał, przestała chodzić, miała częściowy niedowład prawej strony. Pojawiły się też problemy z mową i ze wzrokiem. – To, co przeżyliśmy przez te dwa ostatnie lata, to istny koszmar – mówi Elżbieta Śliwka, mama Oli. – Choroba dała o sobie znać w sierpniu 2010 r. Córka nagle zemdlała i dostała ataku padaczki. W Łodzi zdiagnozowano u niej guza mózgu. Prowadzący ją lekarz powiedział nam, że – ze względu na jego umiejscowienie – nie ma mowy o operacji. Z miesiąca na miesiąc Olka czuła się coraz gorzej. Traciła siły, skarżyła się na ból głowy, mdlała. Widząc, jak cierpi, postanowiliśmy skonsultować się ze specjalistami w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Tam okazało się, że konieczna jest natychmiastowa operacja. Decyzję musieliśmy podjąć z marszu. Mimo możliwych powikłań i zagrożeń zgodziliśmy się. Operacja trwała 9 godzin. Dla mnie była to wieczność – opowiada pani Elżbieta, która z trudem wraca do tamtych chwil. – Na początku Ola była jak roślinka. Najgorsze jednak było to, że nie rozumieliśmy, co do nas mówi. Patrząc na nią, myślałam, że serce pęknie mi z żalu. Takie uczucie towarzyszyło mi później jeszcze wiele razy. Po powrocie do domu dla Oli rozpoczęła się mordercza walka o powrót do zdrowia. Na szczęście codzienna rehabilitacja powoli zaczęła przynosić efekty. Nie bez znaczenia był też fakt, że Ola jest osobą zawziętą, która jak sobie coś postanowi, to musi postawić na swoim. – Co? Ja zawzięta? Skądże! – oburza się Ola. – Na razie postawiłam się jedynie na nogi. Nadal nie potrafię sama chodzić. Nieraz dopada mnie depresja. W czasie, gdy moje koleżanki chodzą do szkoły, przygotowują się do matury i spotykają ze znajomymi, ja uczę się pisać. Proszę popatrzeć, jaki mam fajny długopis. Żebym mogła utrzymać go w ręku, musi być owinięty bandażem elastycznym. Dopiero takiego grubasa czuję. Ale mam też powody do radości. Są nimi moi przyjaciele, którzy zebrali dla mnie furę pieniędzy na rehabilitację. Płacąc z tych pieniędzy za ćwiczenia, daję z siebie wszystko, bo nie chcę zmarnować takiego daru. Cieszę się też, że próbna matura poszła mi nieźle. Myślę też o studniówce, do czasu której chciałabym już stabilnie stać, a... może nawet trochę chodzić – marzy Ola, która wybrała już sobie czerwoną sukienkę na bal.

    Szczęście w nieszczęściu

    O powrocie do szkoły na razie nie myśli jeszcze Dominik Dróżka, uczeń I klasy Publicznego Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego w Głownie, który od 5 lat choruje na białaczkę. Jego życie nadal kręci się wokół szpitali. Chemioterapia i wiele powikłań, przez jakie przyszło mu przejść, sprawiły, że ma indywidualny tok nauczania. – Patrząc na niego, aż nie chce mi się wierzyć, że jedno dziecko może być tak doświadczane. Białaczka, w konsekwencji której potrzebny był przeszczep, udar, zakrzepica, utrata wzroku – to zbyt dużo, jak na jednego chłopca – mówi, nie kryjąc wzruszenia, Urszula Dróżka, mama Dominika. – Te wszystkie cierpienia sprawiły, że on już nie ma marzeń. Jedno z największych, którym był skuter, już się spełniło. Dostał go od jednej z fundacji. Jej członkowie przywieźli go do szpitala i postawili w sali, na której leżał. To, co powiem, może dziwnie zabrzmi, ale w całym tym cierpieniu musimy przyznać, że mieliśmy bardzo dużo szczęścia. Zarówno nasi przyjaciele, znajomi, a szczególnie dzieci i młodzież ze szkół, do których Dominik chodził, zawsze nas wspierali. Dzieci robiły plakaty, przeprowadzały zbiórki, razem z rodzicami organizowały festyny i przedstawienia, podczas których odbywały się kwesty. Mimo że nasza walka trwa już kilka lat, nigdy nie byliśmy pozostawieni sobie samym – podkreśla pani Urszula, która docenia nie tylko pomoc finansową, ale także duchową, dlatego każdą informację o modlitwie przyjmuje z dużym wzruszeniem. Modląc się każdego dnia, nie zapomina o wszystkich, którzy na różne sposoby jej pomogli.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół