• facebook
  • rss
  • Z dyskoteki na głębię

    dodane 21.02.2013 00:00

    O duchowych zwrotach, miłości, o którą trzeba było walczyć, i potrzebie bycia świadkiem przy dzieciach z Krzysztofem Stasiakiem, katechetą, doradcą rodzinnym i wolontariuszem, rozmawia Agnieszka Napiórkowska.

    Agnieszka Napiórkowska: Na pierwszy rzut oka widać, że ma Pan kłopot z chodzeniem. Czy to jakaś poważna kontuzja?

    Krzysztof Stasiak: – Mam nadzieję, że nie. To efekt gry w koszykówkę z moim synem. Na treningu okazało się, że nie jestem nastolatkiem. Pękł mi mięsień. Podobno po trzech tygodniach leżenia wszystko wróci do normy. Na szczęście mam teraz ferie, więc spokojnie mogę pochorować. Unieruchomienie to dobry czas na refleksję, zwłaszcza na progu Wielkiego Postu.

    Z tego, co wiem, od wielu lat jest Pan katechetą. Czy wybór tego zawodu to przypadek czy świadoma decyzja i realizacja marzeń?

    – Z wykształcenia jestem historykiem. Po drugim roku studiów pojechałem na rekolekcje ignacjańskie, na których podjąłem dwie najważniejsze decyzje życiowe. Jedną z nich było poszukanie sobie dodatkowego zajęcia, by zagospodarować część wolnego czasu, którego – uważałem – marnuję za dużo. To był rok 1990. Kiedy nie mogłem niczego znaleźć jako historyk, znalazł mnie zaprzyjaźniony proboszcz, który zaproponował mi pracę katechety. I tak, z pięcioletnią przerwą, jest aż do dziś. Aby móc uczyć, zrobiłem studium katechetyczne. Potem, po założeniu rodziny, skończyłem też studia teologiczne.

    Od zawsze był Pan gorliwym i świadomym katolikiem, który publicznie przyznaje się do wiary?

    – Nie. Ja byłem tradycyjnym polskim katolikiem, co to go ochrzcili, do I Komunii zaprowadzili, a potem już wysyłali do kościoła. Mając lat 12 i widząc, że rodzice nie chodzą w niedzielę na Mszę, też nie chciałem tego robić. Ponieważ mnie wyganiali, zatrzymywałem się pod kościołem, przy kiosku. Trzy lata później nie chodziłem nawet pod kościół. Gdy miałem lat 18, Pan Bóg mnie dopadł. I od tamtej pory to jest już chrześcijaństwo świadome, a nie tradycyjne. Wcześniej miałem okres, w którym deklarowałem się jako deista. Jedyne, co mnie łączyło z Kościołem, to chodzenie na lekcje religii. Wiedziałem, że bez katechezy nie będę mógł być chrzestnym czy wziąć ślubu. Pół roku mieszkałem w internacie, a pół dojeżdżałem i efekt był taki, że zimą chodziłem ze swoją klasą, a latem wybierałem sobie klasę licealną, w której były ładne dziewczyny. Jak mi się to znudziło, zacząłem chodzić na religię w niedzielę rano. Do dziś nie wiem, czemu pewnego razu zapragnąłem pójść na rekolekcje wielkopostne. W czasie ich trwania poszedłem do spowiedzi. To była sytuacja zwrotna. Po wyrzuceniu z siebie wszystkich grzechów poczułem, jak bardzo Pan Bóg mnie kocha. Nie umiem tego opisać. Po tym doświadczeniu stałem się innym człowiekiem. Poszedłem na spotkanie grupy modlitewnej i stałem się neofitą. Kupiłem sobie Pismo Święte i zacząłem je czytać. Byłem jak zakochany ze wzajemnością. Z osoby, która wiedziała, gdzie w obrębie 40 km jest dyskoteka, stałem się człowiekiem, który wybiera się na studia, czym wprawiłem w osłupienie rodziców i nauczycieli. Na rodzicach wymusiłem możliwość pomagania im. Byłem rozpieszczonym jedynakiem, który chleba nie umiał sobie ukroić. Pod naciskiem mama nauczyła mnie prasować, sprzątać. Potem były matura, studia i decyzja o zostaniu katechetą.

    Mówiąc o rekolekcjach, powiedział Pan, że podjął na nich dwie najważniejsze decyzje. Jaka była druga?

    – Drugą było postanowienie, by jeszcze raz spróbować zawalczyć o względy dziewczyny, w której byłem zakochany, a która ciągle dawała mi kosza. Efektem tego jest nasze małżeństwo. Tu muszę od razu powiedzieć, że – poza wspólnym światem wartości – wszystko nas różniło i nadal różni. Znaliśmy się wcześniej, ale ona nie chciała ze mną być, bo mówiła, że nie nadaję się na męża. Kiedy pytałem, dlaczego, wymieniła mi moje wady. Powłócząc nogami, wróciłem do domu, gdzie postanowiłem, że się dla niej zmienię. Po dwóch latach, po wspomnianych rekolekcjach, zgodziła się. Moi koledzy wówczas sparafrazowali znane powiedzenie i zaczęli mówić: „Głową muru nie przebijesz, chyba że masz łeb jak Stasiak”. Dziś tym, za co jestem Panu Bogu najbardziej wdzięczny, jest moje małżeństwo i rodzina.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół