• facebook
  • rss
  • Z koloratką na motocykl

    dodane 16.05.2013 00:00

    Zarówno przy ołtarzu, jak i w pracy duszpasterskiej zawsze mogą na siebie liczyć. Nie inaczej jest, gdy dosiadają swoich motocykli, na których – jak zgodnie twierdzą – wiatr wywiewa wszystkie stresy i napięcia.

    W parafii św. Jakuba w Skierniewicach trzech duszpasterzy łączy wspólna pasja –jazda na motocyklach. Ks. Stanisław Smolarek, posiadacz hondy VX 1300 retro, ks. Krzysztof Michalski jeżdżący yamahą virago 1100 i ks. Wiesław Kacprzyk, właściciel hondy shadow 1100, gdy tylko pozwala na to pogoda i czas, dosiadają swoich maszyn. I – co ważne – żadnemu z nich nie przychodzi do głowy, by – zakładając kask, skórzaną kurkę i spodnie – pędzić na złamanie karku.

    Wrota i śliskie drogi

    Jako pierwszy swoje motocyklowe marzenia zrealizował ks. Stanisław, kupując ponad trzy lata temu yamahę virago, którą obecnie zamienił na hondę o nieco mocniejszym silniku. – Od lat mam w sobie pociąg do włóczęgostwa. Kupując motocykl, chciałem, by mi w tym pomógł – mówi ks. Stanisław. – Wcześniej przez wiele lat przemierzałem Polskę i sąsiednie kraje na rowerze. Teraz przesiadłem się na motocykl, który daje szansę szybszego pokonywania dużych odległości. W tym roku planujemy wyjazd wakacyjny. Wypady te to niesamowita przygoda z nutą adrenaliny. Zwłaszcza polskie drogi, na których nietrudno trafić na rozsypany piach czy połatany asfalt, grożące poślizgiem, zmuszają do koncentracji. Wszystko inne: kontakt z przyrodą, odgłos silnika i pewność, że zawsze uda się znaleźć miejsce parkingowe, to smaczki prowadzenia ważącej prawie 300 kg maszyny – opowiada ks. Stanisław. Cieszy go, że motocykliści są dla siebie jak rodzina. Podczas drogi nie tylko zawsze się pozdrawiają, ale także służą sobie pomocą. – Tak jest zarówno w Polsce, jak i za granicą. Wielkiej życzliwości i otwartości doświadczamy na różnych postojach, kempingach, a także będąc u chłopaków ze Skierniewickiego Stowarzyszenia Motocyklowego „Żelazny Orzeł”, z którymi nieraz jeździmy. Ci ostatni, wiedząc, że jesteśmy księżmi, w naszej obecności powstrzymują się od „rzucania łaciną” – opowiada z uśmiechem ks. Stanisław. – To chyba możemy poczytać sobie za sukces duszpasterski – żartuje ks. Wiesław, który w wieku 16 lat wyciągnął z garażu popularny wówczas motocykl WSK, który przy pomocy taty wyremontował. – To dopiero była frajda! Na nim też zaliczyłem drzwi stodoły. Kiedy ruszyłem, okazało się, że zawiodła linka hamulcowa. Zatrzymały mnie wrota. Nie zniechęciło mnie to jednak do jazdy. Ciągle zapalał mnie do niej mój kolega ze studiów, który ma ścigacza. Z roku na rok rosło we mnie pragnienie kupna własnego motocykla. Jak przyszedł Staszek, który miał już swoją maszynę, kupiłem sobie pierwszą yamahę VX 500 i poszedłem zrobić prawo jazdy na motocykl. Nie cieszyłem się nim długo, bo okazał się dla mnie, wielkiego chłopa, zbyt mały. A poza tym chłopaki śmiali się, że mam komarka – wspomina z uśmiechem ks. Wiesław. Wszystkie motocykle parkujące przy plebanii nie są pierwszej młodości, ale dzięki swojej niezbyt skomplikowanej budowie – jak zauważa Tomasz Murgrabia, znajomy i serwisant motocykli księży – mogą służyć wiele lat.

    Porządne chłopaki

    Najkrócej szczęśliwym posiadaczem motocykla jest ks. Krzysztof, który swoją maszynę kupił od ks. Stanisława. – Nie był to mój pierwszy kontakt z motocyklem – wyjaśnia ks. Krzysztof. – Wcześniej razem z bratem jeździłem na WSK i marzyłem o jawie 350, która miała dwa wydechy. Niestety, nie było nas na nią stać. Pierwszy motocykl został zajeżdżony, choć myślę, że najbardziej zaszkodziły mu nasze naprawy. Potem mieliśmy komarka i marzyliśmy o motorynce. Niestety, i z tego nic nie wyszło. Zrobiliśmy sobie za to rowerowy tandem – wspomina ks. Krzysztof, któremu z dzieciństwa pozostała smykałka do dłubania przy pojazdach. – Przed zakupem własnej maszyny wiele razy pożyczałem motocykl od znajomych. Były to, niestety, wysokie motocykle – gdy stawałem na skrzyżowaniu, musiałem osuwać się na jedną stronę, bo nie sięgałem do ziemi nogami. Swój mam idealnie dostosowany do mojego wzrostu. Zanim go kupiłem, szukałem sposobu na obłaskawienie mojej mamy, która bardzo nie chciała, bym jeździł motocyklem. Zainwestowałem i kupiłem jej zmywarkę. Mimo to ciągle obawiałem się, jak zareaguje na informacje o tym zakupie. Pierwszy raz pojechałem do niej na motocyklu w dniu jej imienin. Wówczas w domu było trochę gości. Gdy się dowiedziała, że mam yamahę, usłyszałem to, czego się spodziewałem. Na szczęście zrobiła to w formie lightowej. Swoje niezadowolenie wyraziła krótkim zdaniem: „Ty łobuzie!” – opowiada ks. Krzysztof. Wszyscy trzej kapłani o swoich motocyklach i wyjazdach, zarówno tych na kilka dni, i tylko do fryzjera, mogą opowiadać długo. I zawsze z błyskiem w oku. Wsiadając na swoje maszyny i ruszając w drogę, nigdy nie przestają być sobą i nie zapominają, że są księżmi, których powołaniem jest głoszenie Dobrej Nowiny. A tę bez problemu można głosić na motocyklu, w warsztacie czy na zlocie motocyklowym. Warto zrewidować swoje myślenie na temat motocyklistów. Większość z nich to nie „diabły w skórach”, ale porządne chłopaki, dla których jazda na motocyklu jest sposobem na to, by nie skapcanieć. O czym zaświadczają skierniewiccy duszpasterze.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Gość
      31.12.2016 11:25
      Pan Stanisław... porzucił sutannę. Tyle mu motor pomógł, co nic. Trzeba się modlić za niego, proszę was o to, bardzo was proszę.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół