• facebook
  • rss
  • Słuchająca, 
dobra i piękna

    Agnieszka Napiórkowska


    |

    Gość Łowicki 21/2013

    dodane 23.05.2013 00:00

    Pielgrzymka Łowicka. – Od kiedy pielgrzymuję na Jasną Górę, czuję się dzieckiem Maryi. Ale trzeba najpierw przejść całą trasę, modląc się i pokonując zmęczenie i ból. Na miejscu wystarczy tylko spojrzeć Jej w oczy – mówi Paweł Gala.


    W poniedziałek przed Zielonymi Świątkami do Częstochowy po raz 358. wyruszyła Łowicka Piesza Pielgrzymka, nazywana przez ojców paulinów „jaskółką pieszego pielgrzymowania”.
Wśród ponad 400 pątników do Matki po raz drugi idzie Marta Sierocińska-Waniek, obecnie mieszkająca w Pradze, 82-letni Józef Siekiera, który na pielgrzymim szlaku jest już po raz 33., Janina Błażejewska idąca po raz 45.,a także 78-letni ks. Ludwik Wnukowicz, który na kilka dni przed wymarszem wyszedł ze szpitala i – na przekór wszystkiemu – przez całą drogę rozwesela wszystkich pątników, opowiadając im dowcipy i podtrzymując na duchu. Silną grupę już po raz 10. stanowią uczniowie z Zespołu Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego w Zduńskiej Dąbrowie. Ich pielgrzymowanie odbywa się w ramach zielonej szkoły.


    Marsz mimo zgliszcz


    Jak głosi tradycja, Łowicka Pielgrzymka jest jedną z najstarszych w Polsce. Pierwszy raz pątnicy z prymasowskiego Łowicza i okolic do Czarnej Madonny wybrali się pieszo w 1656 roku. Impulsem do wyruszenia była wieść o cudownej obronie Jasnej Góry, która miała miejsce rok wcześniej. Słysząc o tym, Księżacy postanowili Pani Jasnogórskiej podziękować za ocalenie sanktuarium i prosić Ją o przemianę serc wszystkich Polaków. Od tamtego czasu wędrują nieprzerwanie.
– Na przestrzeni tych ponad 350 lat pokolenia łowickich pątników pokonywały nie tylko trud wędrowania, ale także problemy związane z wojnami, biedą i prześladowaniami, choćby w czasach głębokiej komuny – mówi Jacek Rybus, przewodnik PTTK i pasjonat zajmujący się zbieraniem informacji o Łowickiej Pielgrzymce, który obecnie przygotowuje obszerną publikację na jej temat.
Uświadomienie sobie, w jakim momencie dziejowym łowiczanie rozpoczęli pielgrzymowanie, pokazuje nie tylko ich głęboką wiarę, ale także determinację i dumę. Pierwsze wyjście nie przypadło na czasy świetności miasta. W książce „Łowicz w latach potopu” Jana Wagnera czytamy: „Spalony przez Szwedów Łowicz przedstawiał bardzo żałosny widok. Nie tylko bowiem pojedyncze domy, lecz liczne ulice padły ofiarą płomieni. (...) Jedynie kupy gruzów i kominy na pogorzeliskach świadczyły, że tu istniały niedawno siedziby ludzkie. Gromadki osowiałych bezdomnych nędzarzy szukały teraz w tych popiołach i zwęglonych zgliszczach ostatków mienia. (...) Łowicz, posiadający przed wojną szwedzką ok. 3500 mieszkańców, liczył ich teraz 300–400”. 
– Czytając ten opis, nieraz zastanawiałem się, co czuli tamtejsi ludzie, którzy decydowali się na pielgrzymkę. Wyobrażam sobie, że ich własne domy przypominały te z opisu i że miejscowości, przez które przechodzili, niczym nie różniły się od Łowicza. Nie można więc było liczyć na jakiś nocleg czy strawę. Mimo to, z małym tobołkiem, w którym były chleb, jaja na twardo, suszony ser i coś do okrycia, wyruszali w drogę. Nie zważając na nic, szli do Maryi, którą darzyli wyjątkową miłością – mówi J. Rybus, który namawia na dołączenie do pątników. – Kto raz tam pójdzie, będzie czuł wewnętrzną potrzebę, by to powtarzać. Dla mnie ten czas był zawsze „duchowym spa”.


    Nieoczekiwana zmiana miejsca


    Powracając do początków łowickiego pielgrzymowania, warto wspomnieć, że organizatorami pierwszych pielgrzymek i ich przewodnikami były osoby świeckie. Tego, jak doszło do pierwszego wyjścia, można się tylko domyślać. W poetycki sposób opisuje je bp Józef Zawitkowski w jednym ze swoich kazań. Jego zdaniem, decyzja o wyruszeniu na Jasną Górę dokonała się przy naprawianiu figurki Matki Bożej na Bratkowicach, którą jakiś Szwed szablą pogańską przeciął w poprzek. Dobry zdun zebrał kawałki i starym wapnem skleił figurkę Maryi. W tym czasie kobiety modliły się zdrowaśkami, a chłopy politykowały, że król wróci i że podobno przyjedzie do św. Wiktorii w Łowiczu, aby jej za ratunek podziękować. Przy takich rozmowach powstała myśl, że zanim to nastąpi, Księżacy sami powinni do Matki Bożej pójść i za uratowanie od potopu podziękować. – Czy tak było naprawdę, nikt nie wie. Ale jeśli nawet jest to tylko fantazja literacka, to – póki co – wypełnia ona lukę informacyjną z tamtego okresu – podkreśla J. Rybus.
Na podstawie zachowanych dokumentów wiadomo natomiast, że wieloletnimi przewodnikami łowickiej kompanii byli: Jan Sierpowski, Piotr Koza, Franciszek Perzyna, Jerzy Kosiorek i Wiesław Szkop. To oni dbali o zachowanie dawnych tradycji, śpiewów, a nawet układali konferencje, które były ich osobistymi refleksjami i świadectwem własnego odkrywania Boga. Oni też przybliżali wydarzenia historyczno-krajoznawcze. O wielu z nich można przeczytać w Złotej Księdze, która od lat była prowadzona. Dzięki niej i zachowanym dokumentom wiadomo, że do roku 1962 łowicka kompania wychodziła z kościoła Świętego Ducha. Obecnie swoje pielgrzymowanie rozpoczyna z kościoła sióstr bernardynek. Jak do tego doszło?
Ówczesny proboszcz, bojąc się szykan ze strony władz komunistycznych, nie otworzył świątyni przed gromadzącymi się pielgrzymami. Pątnicy, nie chcąc wyruszać w drogę bez Mszy św. i błogosławieństwa, postanowili poszukać ratunku w innym miejscu. Najbliższą świątynią, gdzie zostali przyjęci, był kościół sióstr bernardynek. Sam proboszcz parafii Świętego Ducha – jak się później okazało – z powodu swojej decyzji miał ogromne wyrzuty sumienia. Jeszcze zanim kompania dotarła na Jasną Górę, zmarł na zawał serca.


    Pod czujnym okiem UB


    Jak łatwo się domyślić, trudnym czasem na pielgrzymowanie był okres dwóch wojen, a także wspomniane już czasy PRL, podczas których pątnicy poddawani byli różnego rodzaju szykanom. Niektórzy z nich wzywani byli na komendę, karani wysokimi grzywnami, a nawet zwalniani z pracy. Mimo to nie było roku, w którym pielgrzymka by nie wyruszyła. Szła nawet bez kapłanów i pozwoleń. Ci pierwsi na różne sposoby docierali do pątników, by odprawić im Mszę św. czy udzielić sakramentu pokuty. Podczas drogi wiele razy pielgrzymi byli zatrzymywani przez milicję i UB. Próbowano także filmować ich twarze, by potem mieć podstawę do zastraszeń. Sposobem na takie działanie było zasłanianie się przez pielgrzymów parasolkami, nawet gdy nie padał deszcz.
– Jednego roku udało się władzy dość skutecznie zastraszyć Franciszka Perzynę, który był przewodnikiem pielgrzymki. Ciągłe szykany, śledzenie, wzywanie na komendę sprawiły, że ogłosił, iż pielgrzymki nie będzie już organizował. Jak się rozeszła wieść, że miałoby jej nie być, natychmiast znalazły się osoby, które zadeklarowały, że – choćby w kilka osób – i tak pójdą. Szybko zgłosili się też Jerzy Kosiorek i Wiesław Szkop, którzy zajęli się jej organizacją. Do obu panów tuż przed wymarszem przyszła żona pana Franciszka ze śpiewnikami i różnymi notatkami męża. Było to swojego rodzaju przekazanie władzy. W połowie drogi do pątników dojechał też pan Franciszek, który nie mógł usiedzieć w domu – opowiada J. Rybus.


    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół