• facebook
  • rss
  • Legenda bywa męcząca

    Marcin Kowalik

    |

    Gość Łowicki 27/2013

    dodane 04.07.2013 00:00

    Cudownie uzdrowiony. Albert nie wiedział, że ksiądz, chrzcząc go, wypowiedział słowa: „Będziesz żył i śpiewał na chwałę Bogu”.

    Karwowo – dzielnica Sochaczewa, położona na lewym brzegu Bzury. Na nieużywanych już gruntach wyrosło osiedle domków jednorodzinnych. Znajduje się tam też kościół. Jak większość budynków w okolicy, jest nowy. Patronuje mu św. Brat Albert Chmielowski, bohater dramatu Karola Wojtyły „Brat naszego Boga”.

    Kość w chlebku

    – Wybór patrona był nieprzypadkowy. Niedaleko znajduje się szpital, a kiedy parafia powstawała, był dom pomocy społecznej dla starszych i dwa domy środowiskowej pomocy – mówi ks. Zbigniew Żądło, proboszcz najmłodszej sochaczewskiej parafii. Brat Albert Chmielowski znany był z tego, że zakładał domy dla sierot, kalek, starców i nieuleczalnie chorych. Swoje życie poświęcił ubogim i opuszczonym. Od 16 czerwca kościół na Karwowie ma już relikwie swojego opiekuna. Znajdują się w bocznym ołtarzu, w rzadko spotykanym relikwiarzu. Zgodnie z życzeniem albertynek z Krakowa, które przekazały cząstkę kości świętego, ma on wygląd dłoni trzymającej chleb. Nad relikwiarzem znajduje się obraz będący kopią dzieła Leona Wyczółkowskiego. Przedstawia on Brata Alberta przytulającego dziecko. Wzorem krakowskiego sanktuarium Ecce Homo, każdego 17. dnia miesiąca odprawiana tu będzie Msza św. i nowenna ku czci św. Alberta. Instalacja relikwii miała uroczysty przebieg. Do świątyni z wiernymi wprowadził je bp Andrzej F. Dziuba. Dzień wcześniej w kościele usłyszeć można było świadectwo Barbary Szułczyńskiej, matki chłopca uzdrowionego za wstawiennictwem św. Brata Alberta. Dziś ten chłopiec ma już 27 lat.

    Szkoła rolnicza

    Z panią Barbarą spotykamy się w jej domu w Podkampinosie. Wspólnie z mężem Walerianem prowadzi gospodarstwo agroturystyczne. Wśród zdjęć na ścianach pokoju gościnnego widnieją fotografie jej dzieci. Wychowała ośmiu synów, w tym trzech z pierwszego małżeństwa męża. Najmłodszy jest Albert. – Zawsze był operatywny i miał swój charakterek – mówi pani Barbara. – Jego marzeniem była szkoła muzyczna. Mógł iść do Warszawy albo do pobliskiego Sochaczewa. Ale jeszcze trzeba było wybrać szkołę średnią. Posłaliśmy go więc do LO im. F. Chopina w Sochaczewie, bo tam był wysoki poziom nauczania. Wtedy trzeba było zdawać egzaminy. Po wyniki pojechał z matką chłopca, który też tam zdawał. Ta matka przyjeżdża i mówi: „Chyba pani się na mnie obrazi, bo Albert zabrał wszystkie papiery, zawiózł do innej szkoły i ja się go boję tu przywieźć”. Zdębiałam. Jeszcze w tym samym dniu pojechałam z nim do Sochaczewa. Zrobiłam awanturę w tym liceum, że dzieciakowi, który ma 15 lat, wydano dokumenty. Czułam jednak, że jego będzie na wierzchu, bo przez całą drogę mi marudził, że on tam nie będzie chodził. Udałam się do „ogrodnika” – szkoły rolniczej, a tam dyrektor Marcinkowski zdziwiony, bo po raz pierwszy dziecko, które dostało się do „Szopena”, przeniosło papiery do nich. Zawsze było na odwrót. Dyrektor mi wytłumaczył, że nic na nim nie wymuszę, bo będzie nieszczęśliwy. I Albert tam został. Jemu zależało na internacie, bo od szkoły muzycznej oddzielał go tylko mur, a on chciał grać. Tak to miał wszystko zorganizowane, że jedyne, co musiałam, to podpisać zgodę, żeby mógł wychodzić na próby z samego rana i wracać po 22. Choć dla Alberta najważniejsza była szkoła muzyczna, uczył się dobrze. Skończył Liceum Agrobiznesu. Napisał pracę konkursową o tym, jak zreformuje gospodarstwo swojego ojca. W nagrodę, jeszcze przed maturą, zdobył indeks na SGGW. Choć nie było to zgodne z jego zainteresowaniami, wybrał socjologię i ukończył studia na tej uczelni.

    Czerwone siostry

    – Kiedyś byłam na targach agroturystycznych w Warszawie. Siedzę przy swoim stoisku. Patrzę, a tu idą dwie baby w habitach i w czerwonych welonach. Jak się zerwałam i do nich: „Nie miałyście się za co przebrać?!”. Nawtykałam im strasznie. A one stoją i mówią: „Ale my jesteśmy prawdziwe” i wyjmują obrazek z ich zdjęciem. Patrzę, a tu napisane: „Rybno”. „To wy jesteście z Rybna?” „No tak”. „Mój syn tam jeździ”. „A kto?” „Albert”. Jak mnie wtedy wyściskały! – opowiada ze śmiechem B. Szułczyńska. – On mi mówił o tej wspólnocie, ale ja nigdy nie widziałam, że one mają czerwone welony. Słyszałam tylko: „Jadę do sióstr z Rybna”. Zapisał się do wspólnoty miłosierdzia. Siostry go tam zapraszały do pomocy w organizacji rekolekcji. Był nimi zauroczony. Potrzebowały kasetonów na sufit, bo były straszne zacieki. Dopiero co zaczął zarabiać jako organista i za całą swoją pensję kupił im te kasetony. Jak by mógł, to by z nimi kościół budował. Co zarobił, to rozdawał. Albert ma dar przyciągania do siebie ludzi. Jest duszą towarzystwa i świetnym organizatorem. W której parafii się pojawił, tworzył scholę. Mimo że w szkole muzycznej uczył się grać na puzonie, doskonale śpiewa i gra na organach. Miejscowi uwielbiają, gdy prowadzi wrześniowe pokazy wieńców dożynkowych w Kampinosie. Toteż wielkim zaskoczeniem było, gdy ogłosił przez mikrofon, że prowadził ją po raz ostatni. Żegna się, bo wstępuje do seminarium.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół