• facebook
  • rss
  • Miał nie przeżyć weekendu

    Monika Augustyniak

    |

    Gość Łowicki 46/2013

    dodane 14.11.2013 00:00

    – Lekarz po operacji powiedział mi, że za ocalenie życia przez tak wiele „zbiegów okoliczności” powinienem dziękować Bogu, idąc na kolanach do Częstochowy – mówi Artur Zakrzewski.

    Kilkanaście lat temu na ludzi biegających po lesie lub na ulicach miast patrzono ze zdziwieniem bądź nawet sceptycznym uśmieszkiem. Dziś bardzo wielu obchodom, rocznicom i świętom towarzyszą krótko- lub długodystansowe biegi, do których zaproszeni są wszyscy mieszkańcy, nie tylko maratończycy. By uczcić tegoroczne święto narodowe, w miastach diecezji łowickiej zorganizowano kilkukilometrowe Biegi Niepodległości. Frekwencja z roku na rok rośnie. O tym, że bieganie jest nie tylko wielką przyjemnością i zdrowym zajęciem, ale też na przykład sposobem walki z chorobą, wie niejeden sportowiec. Wśród nich jest też skierniewiczanin Artur Zakrzewski.

    Życie się załamało

    Od zawsze wysportowany, grający w koszykówkę, od 2005 roku biegający wuefista i trener pływania, w 2007 roku przebiegł swój pierwszy maraton. Był to sposób na uczczenie narodzin córki. Wtedy też postanowił, że każde ważne święto będzie przypieczętowywał 42-kilometrowym biegiem. I wszystko byłoby pięknie, gdyby w tym samym roku lekarze nie wykryli u niego cukrzycy insulinozależnej. Jednak dusza sportowca nie pozwoliła się panu Arturowi załamać. – Profesor, u którego się leczę, powiedział, że bieganie jest dla mnie „eliksirem życia”, dlatego byłem jeszcze bardziej zmotywowany do wysiłku i treningu – opowiada trener. Aż do momentu, gdy 1 czerwca 2012 roku poczuł się źle i prosto z pracy trafił do szpitala w Skierniewicach, a potem na oddział hepatologii w Warszawie. Wykryto marskość wątroby. W wyniku rzadkiej choroby organ przez całe lata nie odprowadzał miedzi z organizmu i teraz był wielkości piąstki 6-letniego dziecka. – Zaczął się wyścig z czasem – wspomina pan Artur. – Byłem już na granicy śpiączki wątrobowej, w piątek lekarze powiedzieli żonie, że nie przeżyję weekendu. I stał się cud – tego samego dnia o godz. 20 znalazł się dawca, a operacja odbyła się w sobotę, w imieniny mojej mamy. I tu stał się kolejny cud – organizm przyjął nową wątrobę – wspomina. Gdy obudził się po 7-godzinnej operacji, lekarze powiedzieli mu, że dostał dar nowego życia i od niego samego zależy, czy go wykorzysta czy zaprzepaści.

    Walka o każdy dzień

    – Są dwa rodzaje ludzi po transplantacji – ci, którzy robią wszystko, żeby żyć, i ci, którzy się poddają, odpoczywają i nie dają sobie szansy na normalne życie – mówi nauczyciel wychowania fizycznego. – Kiedy po operacji zobaczyłem żonę i dziecko, kiedy zorientowałem się, że zawdzięczam Bogu nowe życie, stwierdziłem, że nie mogę tego zmarnować. Wiedziałem, że warto walczyć o każdy dzień – przekonuje. Ku zdziwieniu lekarzy, pan Artur w zaskakująco szybkim tempie wracał do formy. Drugiego dnia po operacji wstał z łóżka. Gdy fizjoterapeuta zalecił mu 10 minut ćwiczeń, ćwiczył 20. Wyniki były tak dobre, że po 35 dniach pacjent wrócił do domu. – Patrzyliśmy na niego z podziwem – mówi Marcin Sarna, przyjaciel i współpracownik pana Artura. – Miał w sobie niesamowitą siłę woli. Przez cały okres choroby i rekonwalescencji miał ogromne wsparcie nie tylko rodziny i przyjaciół, ale też młodzieży, z którą pracuje. Dostawał zdjęcia, pozdrowienia, uczniowie zorganizowali nawet pomoc materialną. I ta młodzież, w której na co dzień kształtował wolę walki i duszę sportowca, dodawała mu sił tak, że we wrześniu, w dwa miesiące od wizyty w szpitalu, wrócił do pracy z młodymi ludźmi. Jednak pan Artur nie zatrzymał się na tym, by po prostu wrócić do normalności, ale postanowił znów przebiec maraton. – Nie było łatwo, ale przygotowywałem się pod okiem lekarzy – mówi maratończyk. – Postanowiłem nie przekroczyć 4 godzin i udało mi się. Kiedy stanąłem na mecie, łzy same cisnęły mi się do oczu – wspomina. Mówi, że dziś, po zajrzeniu śmierci w oczy, patrzy na życie inaczej. Drobiazgi, którymi się kiedyś przejmował, dziś nie mają znaczenia. – Za to chcę oddać wiele dobra, które otrzymałem. Za dar nowego życia mogę dziękować tylko Bogu i nie chcę go zmarnować. Chcę raz w roku przebiec maraton, a pierwszy medal podaruję córce w jej 18. urodziny – zapowiada.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół