• facebook
  • rss
  • Cisza na 600 osób

    dodane 11.12.2014 00:00

    – Oglądając spektakl przygotowany przez młodsze koleżanki i kolegów, pomyślałem, że zarówno Franciszek Goya, jak i św. Kalasanty na pewno nie odmówili sobie przyjemności oglądania tego przedstawienia. I pewnie tam, w niebie, bolały ich ręce od oklasków – mówi licealista Piotr.

    Uroczysta Msza święta, pasowanie połączone ze ślubowaniem, wręczenie stypendiów kalasantyńskich, a także niezwykłe autorskie przedstawienie teatralne pt. „Dobro to istotne dzieło” – to tylko niektóre punkty obchodów święta patronalnego zwanego Patrocinium, jakie odbyło się w Pijarskich Szkołach Królowej Pokoju w Łowiczu.

    Goya i żywe obrazy

    Jak napisał na stronie internetowej Piotr Baleja: „Patrocinium to jeden z ważniejszych dni w roku dla każdego pijarskiego ucznia. Nie jest to spowodowane brakiem lekcji, lecz samym charakterem tego święta. Jest to bowiem uroczystość bardzo radosna, religijna, a także umacniająca poczucie wspólnoty między uczniami i nauczycielami”.

    Jak przystało na święto patronalne, nie zabrakło na nim uczty dla ciała i ducha. O tę pierwszą zadbali uczniowie i dyrektor szkoły Przemysław Jabłoński, który zamówił ogromny tort. W centrum obchodów duchowych znalazła się Eucharystia, w czasie której każdy z uczniów mógł oddać się pod opiekę św. patrona. Na długo w pamięci uczniów pozostaną także ślubowanie pierwszaków czy przyznanie już po raz czwarty stypendiów kalasantyńskich. Najwięcej emocji wzbudziło jednak przedstawienie teatralne, napisane i wyreżyserowane przez Karolinę Małecką, nauczycielkę języka polskiego, której pomocą służyła Joanna Kucharek. – Pomysł scenariusza przyszedł mi do głowy, gdy zdawałam egzamin na nauczyciela kontraktowego – wyjaśnia K. Małecka. – Przygotowując się do egzaminu, czytałam książkę o św. Józefie Kalasancjuszu i tam była wzmianka o obrazie „Ostatnia Komunia św. Kalasantego”. Wtedy pomyślałam, że na Patrocinium zrobię przedstawienie, którego bohaterem stanie się ten obraz. Głównym bohaterem przedstawienia był schorowany i rozczarowany życiem Goya, który przeżywa kryzys i przestaje wierzyć w sens tego, co robił. Gdzieś z tyłu pojawiła się scena, w której do domu malarza przychodzą ludzie oferujący mu pomoc w sprzątaniu. Okradają mu dom i próbują wynieść wspomniany obraz. Złodziei nakrywa Ines, której Kalasancjusz w latach młodości pomógł. Ona namawia go, by opowiedział, jak powstał wspomniany obraz. W przedstawieniu została wykorzystana kompozycja szkatułkowa, czyli opowieść w opowieści. Obok starego Goi pojawia się młody Goya, który spotyka różne osoby – dziewczynkę z jaskółką, kochającą matkę i ciężko spracowanego rolnika. Osoby te, mówiąc o nadziei, miłości i pracy, opisują św. Kalasantego. Ich zaś wspomnienie staje się remedium dla samego Goi. W przedstawieniu wykorzystano także technikę żywych obrazów. Aktorami byli uczniowie drugich klas gimnazjum, którzy zasłużyli na owację na stojąco.

    Odrobiona lekcja

    – Gdy wcielaliśmy się w swoje role, nie chodziło nam o zjawiskowe efekty, ale o symbolikę – tłumaczy Weronika Kunikowska. – Grając, chcieliśmy pokazać, kim byli Józef Kalasanty i Franciszek Goya. Widząc reakcję publiczności, jesteśmy pewni, że się udało. Najbardziej cieszyła i wzruszała nas absolutna cisza w sali. Prawie 600 osób przez długą chwilę nie wydobywało z siebie ani jednego słowa. Zgodnie uznaliśmy, że to był wyraz największego uznania – przyznaje Weronika, która nie ukrywa, że przed przedstawieniem niewiele wiedziała o Franciszku Goi. – Nie wiedziałam, co namalował ani kim był. Dzięki przedstawieniu poznałam jego historię, życie, twórczość i jego związek ze szkołą pijarską. Dzięki tej wiedzy nie dość, że mieliśmy przyjemność zaprezentowania swoich umiejętności, to także sami wiele skorzystaliśmy. Po raz kolejny doświadczyliśmy tego, że uczymy się w niezwykłym miejscu, że przed nami w szkołach pijarskich uczyło się wiele niezwykłych osób. Taka świadomość cieszy i mobilizuje do tego by iść w ich ślady. Swoimi przeżyciami związanymi z przedstawieniem chętnie dzielili się także inni aktorzy. – Ja, podobnie jak Weronika, także niewiele wiedziałem o Goi – przyznaje Aleksander Krajewski. – Dopiero to przedstawienie uświadomiło mi, że tak jak my chodził do szkoły pijarskiej i że namalował „Ostatnią Komunię św. Kalasantego”. W przedstawieniu grałem żywy obraz przedstawiający powstańca paryskiego. Przez długi czas klęczałem, trzymając ręce w górze. Skupiałem się na lufie wycelowanej we mnie, a nie na publiczności. Pewne efekty, jak choćby drżenie rąk, działy się niejako samoistnie, ze zmęczenia. Na koniec wszystko mnie bolało. Wtedy na własnej skórze zrozumiałem, na czym polega aktorstwo. – A ja wcieliłem się w starego Goyę – wtrąca Tomasz Sobczak. – Muszę przyznać, że była to poruszająca rola. Grając, sam czułem się jak stary, odrzucony i samotny człowiek. Naprawdę czułem te emocje. Mając 14 lat, byłem 80-latkiem. To było dziwne uczucie. Podczas spektaklu przez głowę przechodziła mi refleksja na temat życia i jego przemijania – przyznaje Tomek, który swoim spojrzeniem wywołuje do odpowiedzi Julię Porażkę. To ona była „kobietą z parasolką”. – Kiedy podchodził do mnie Damian Janicki i patrzył na mnie uwodzicielsko, musiałam się mocno spinać, by nie parsknąć śmiechem. Utrzymanie powagi damy francuskiej w takiej sytuacji było trudnym zadaniem. Dałam jednak radę. No i przez chwilę czułam się damą, w sukni, z parasolką w ręku, którą na swoim obrazie namalował Goya – dodaje z uśmiechem Julia. Jak podkreślali pozostali aktorzy, gra była dla nich ważnym doświadczeniem. Na własnej skórze większość z nich po raz kolejny poczuła, że teatr zawsze wywołuje ogromne emocje i pozwala być nie obok dzieła, ale w jego środku.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół