• facebook
  • rss
  • Dyrekcji nie wszystko wypada

    Marcin Kowalik

    |

    Gość Łowicki 04/2015

    dodane 22.01.2015 00:00

    Batalia o szkoły. – To ja myślałam, że pan jest równy gość! Przyjeżdżał pan do nas na wizytacje. Ale jak tak, to mówię panu jedno: możecie wezwać policję, ale ja stąd nie wyjdę. Jeżeli mnie policja wyprowadzi i wyrzuci, to przyjdę jutro i pojutrze. I szkoła będzie otwarta! – Małgorzata Łuczak wypaliła do pracownika kuratorium.

    Od tego wydarzenia minęło już ponad 10 lat. Wtedy wydawało się, że założona w okresie międzywojennym podstawówka przestanie istnieć. Decyzję o jej likwidacji podjęli nawet radni, ale przeciwstawili się im rodzice. Po remoncie starego budynku zmieściło się tu nawet gimnazjum. Obie placówki trafiły pod opiekę Stowarzyszenia Przyjaciół Szkół Katolickich.

    Nikomu nie odmawiają

    – Teraz, jak nas odwiedzają dyrektorzy innych szkół, to nam zazdroszczą – mówi Aleksandra Bulas, która szefuje obu szkołom. – Jestem tu dyrektorem od listopada 2004 r. Przy pomocy stowarzyszenia, które wykupiło budynek i przekazało pieniądze na remonty, staramy się stworzyć jak najlepsze warunki dla dzieci. Dzięki Fundacji „Renovabis” [katolicka organizacji charytatywna w Niemczech – przyp. aut.] powstały trzy pracownie. Budynek pięknieje z roku na rok. Na szkolnym korytarzu stoją szafki dla uczniów. O takich ich rówieśnicy z wielu szkół mogą tylko pomarzyć. Sale lekcyjne nie są wielkie, ale zadba- ne i przytulne. Uczęszczają tu dzieci z najbliższej okolicy, ale nie tylko. – Pani dyrektor ma tak dobre serce, że każdego przyjmie do szkoły – mówi M. Łuczak. – Przychodzą rodzice mający kłopoty wychowawcze i nieraz proszą, żeby przyjąć ich dziecko, bo w obecnej szkole nikt nie chce im pomóc. A my jesteśmy wierni mottu stowarzyszenia: „Kształcimy, aby wychowywać” i nie odmawiamy – dodaje A. Bulas. Gdy któregoś ucznia nie ma w szkole, od razu jest telefon ze szkoły do rodziców z pytaniem: „Czy coś się dziecku nie stało?”. Stworzono nawet bezpłatny oddział przedszkolny. Maluchy mają tu zapewnioną opiekę do 16.00.

    Tuż obok granica

    W raporcie z tzw. ewaluacji zewnętrznej gimnazjum, przeprowadzonej przez kuratorium oświaty, można przeczytać: „Zdaniem rodziców, o tej szkole »można powiedzieć same dobre rzeczy, najważniejsza, że dzieciakom się podoba, a katolickie wychowanie – wspólna codzienna modlitwa na początku i w środku dnia ich wycisza i uspokaja«. Nauczyciele zawsze mają czas dla rodziców i dla uczniów, potrafią wysłuchać, poradzić i pomóc. Są cierpliwi wobec wszystkich, także niepełnosprawnych dzieci, a młodzież uczy się tych postaw od nauczycieli, pomaga sobie nawzajem i opiekuje się słabszymi”. O to gimnazjum, jak i podstawówkę trzeba było jednak stoczyć z urzędnikami i radnymi niezłą batalię, i to na dwa fronty, bowiem Pniewo należy do województwa wielkopolskiego, ale do szkół chodzą dzieci także z województwa łódzkiego. Granica przebiega tuż obok budynku placówki. – Przez pół roku jeździłam na każdą sesję Rad Gmin Chodów i Krośniewice i pilnowałam sprawy – opowiada M. Łuczak. W lutym 2003 r. radni Chodowa zdecydowali o likwidacji samorządowej podstawówki w Pniewie. Pani Małgorzata dowiedziała się, że rodzice mogą wystąpić do kuratorium o utworzenie szkoły pod innym szyldem. Pomocy udzielili jej państwo Rzymkowscy, którzy w Wierzbiu pod Kutnem wraz z SPSK utworzyli szkoły katolickie. Skontaktowała się także władzami stowarzyszenia w Częstochowie. Wsparcia udzielił ówczesny prezes ks. Stanisław Gancarek. Na wysokości zadania stanęli rodzice, którzy nie przepisali dzieci do innych szkół, oraz przyszli pracownicy. W wakacje wspólnymi siłami udało się odmalować wnętrza. Doszło także do spotkania radnych z ks. Gancarkiem. Na wyjazdowej sesji w szkole podjęli stosowną uchwałę, zatwierdzając powstanie nowej podstawówki. – Wszyscy zadowoleni wstają. Wtedy tupnęłam nogą i mówię: „Chwileczkę, proszę państwa. Nigdzie nie wychodzimy. To nie jest koniec. Czekałam tyle miesięcy, żeby doszło do tego spotkania, wiec tu i teraz proszę o gimnazjum”. Konsternacja. Radni postawili oczy w słup. Zarządzili przerwę 15 minut. Przychodzą po przerwie. „No i co?” – pytam. Spojrzeli na siebie. „Dobrze, nich będzie też gimnazjum” – opowiada pani Małgorzata.

    Polonezem do kuratorium

    Ale to nie był koniec walki o szkołę. Trzeba było skompletować kadrę nauczycielską. Jednak najtrudniejszym zadaniem było przekonanie kuratorium. M. Łuczak pojechała do Konina z Anną Rzymkowską, która zgodziła się być dyrektorem, oraz jej mężem. – Szefowa delegatury kuratorium przyjęła nas, czytając gazetę. Prosimy, wręcz błagamy o pozwolenie. Usłyszeliśmy: „Nie ma szans”. Pan Rzymkowski zdenerwował się. Stuknęłam go w ramię i szepnęłam: „Wychodzimy”. Tłumaczę, że nie ma co się denerwować, bo można zawału dostać. Dyrekcji nie wszystko wypada, więc przyjadę tu sama. I przyjechałam 1 września. W południe miała być Msza św. na rozpoczęcie roku szkolnego w kościele w Krośniewicach. Wybrałam się o 5 rano do Wierzbia po dokumenty. Poprosiłam panią Rzymkowską, żeby w kościele powitała nauczycieli i gości. A z tym dokumentami pojechałam do Konina. O 10.00 przychodzi pracownik kuratorium i mówi: „Przykro mi, ale nie dostaniecie zezwolenia”. Wypaliłam wtedy ostro do niego: „To ja myślałam, że pan jest równy gość. Przyjeżdżał pan do naszej szkoły na wizytacje. A ja tak na pana liczyłam! Ale jak tak, to mówię panu jedno: możecie wezwać policję, ale ja stąd nie wyjdę. Jeżeli mnie policja wyprowadzi i wyrzuci, to przyjdę jutro i pojutrze. Przyjdę 7 i 8 września, i szkoła będzie otwarta”. Gdy to usłyszał, powiedział tylko: „Pójdę jeszcze raz i porozmawiam”. Równo o 12.00 mówi, że dostaliśmy pozwolenie. W życiu tego nie zapomnę. Polonezem pędzę do Krośniewic. Po drodze wyprzedziłam wszystkie tiry. Do kościoła wpadłam, gdy ksiądz udzielił błogosławieństwa. Stoję w kruchcie i trzymam kartkę, pokazuję ją pani Rzymkowskiej. „Jak to zrobiłaś?”. „Mówiłam przecież, że dyrekcji nie wszystko wypada” – opowiada M. Łuczak.

    Dobry policjant

    Początki obu szkół nie były łatwe. Trzeba było przetrwać pierwsze miesiące bez dotacji oświatowych. Dodatkowo dużo kosztował dowóz dzieci do szkoły. Z oddalonego o ponad 20 km Kutna przyjeżdżały autobusy MZK. – Zadzwonił do mnie ks. Gancarek. „Gosia, nie poszłabyś na kurs uprawniający do przewozu osób?”. Zgodziłam się. Zdobyłam licencję. Najpierw jeździłam samochodem 9-osobowym. Żeby dowieźć dzieci do szkoły, trzeba było zrobić kilka przejazdów. Już w pierwszym tygodniu przed szkołą skontrolował mnie policjant. Podchodzi do mnie. „Niech pani włączy światła”. Sprawdził jeszcze kierunkowskazy i hamulce. Gdy skończył, pojechałam po dzieci do następnej wsi. Przyjeżdżam, a on pędzi do mnie. „Pani nie powiedziała, że dowozi dzieci do szkoły”. „Bo pan nie pytał”. „A gdzie tablica »Uwaga, dzieci!«. „Nie mam”. „Niech pani ten znak załatwi. Przyjadę sprawdzić – jak nie będzie, to wlepię mandat”. Nie przyjechał. Dobry był z niego człowiek – mówi pani Małgorzata. Małgorzata Łuczak pochodzi z parafii obok Świnic Warckich, w których urodziła się św. Faustyna. Uważa, że to dzięki jej wstawiennictwu udało się załatwić wszystkie przeciwności. – To był cud – mówi Kazimierz Łuczak, mąż pani Małgorzaty. Wie, co mówi, bo katolickość szkół nie wszystkim się podobała i trzeba było przeżyć wiele upokorzeń i rozczarowań. Udało się uratować szkołę, którą zakładał dziadek pana Kazimierza. Święta upomniała się o swoje. Gdy w 2007 r. zwrócono się do bp. Andrzeja F. Dziuby z prośbą o nadanie Katolickiemu Gimnazjum w Pniewie imienia Ojca Świętego Jana Pawła II, ordynariusz łowicki wyraził zgodę pod warunkiem, że Katolicka Szkoła Podstawowa też otrzyma patrona. Została nią św. Faustyna.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół