• facebook
  • rss
  • Jutro nie wiadomo, kto przyjdzie

    Magdalena Szymańska-Topolska

    |

    Gość Łowicki 38/2015

    dodane 17.09.2015 00:00

    – Kiedy spadały bomby, wtulaliśmy się w siebie, by razem zginąć – wspomina wydarzenia 1939 roku Eugenia Perzyna.

    W pałacu w Walewicach odbyło się spotkanie z Kazimierzem Perzyną i jego żoną Eugenią. Wpisało się ono w tygodniowe obchody 76. rocznicy walk nad Bzurą, organizowane we wrześniu przez stadninę koni. K. Perzyna jest autorem 7-tomowej publikacji „Między Piątkiem a Sobotą”, w której zawarł swoje wspomnienia i dzieje terenów od zachodniej strony Łowicza do północnej strony Głowna podczas okupacji niemieckiej. Tomiki ukazywały się w latach 2004–2012.

    Tatuś jest mój

    – Miałam wtedy 7 lat. Wiadomość o tym, że Hitler wypowiedział wojnę Polsce, przyniósł mój tata. Usłyszał ją w radiu u sąsiadów. Nie znałam pojęcia „wojna”, nie potrafiłam wyobrazić sobie, co to jest. Pamiętam, że grałam w klasy i śpiewałam sobie zadowolona, że będzie wojna. Wtedy mama powiedziała mi, że to coś okropnego, że podczas niej giną ludzie, że ktoś może przyjść i zabrać mi tatę. Nie mogłam w to uwierzyć. Jak to: zabiorą mi tatę? Przecież tatuś jest mój! – wspomina pani Eugenia. Dopiero kiedy nad sobocki las nadleciały bombowce niemieckie, zrozumiała, czym jest wojna. Wówczas, na skutek wybuchu pocisków, wyleciały szyby w części domu, którą zajmowała jej babcia. Cała rodzina uciekła do schronu. Mama pani Eugenii zabrała wówczas ze sobą w torbie tylko chleb, mydło i proszek do prania. Bitwa o Walewice rozpoczęła się 9 września i trwała dobę. Brały w niej udział trzy szwadrony 17. Pułku Ułanów Wielkopolskich i 1 szwadron 15. Pułku Ułanów. Początkowo wydawało się, że bitwa jest wygrana. Dom pani Eugenii znajdował się przy lesie razem z trzema innymi gospodarstwami. Jednymi z sąsiadów byli Niemcy. Kiedy przyszli polscy żołnierze, chcieli ich rozstrzelać. Wówczas babcia pani Eugenii rozłożyła swój fartuch (ubrana była w pasiak łowicki) i kazała sąsiadom stanąć za nią. – Rozstrzelajcie ich, ale najpierw mnie. To są nasi sąsiedzi, żadnej krzywdy nam nie zrobili. Dzisiaj jesteście wy, ale jutro nie wiadomo, kto przyjdzie – powiedziała. Miała rację. Niemców nie rozstrzelano, a w trakcie wojny to właśnie ci niemieccy sąsiedzi odwdzięczyli się, ratując przed śmiercią rodzinę pani Eugenii. Na szczęście wojnę udało się przeżyć im wszystkim. Do dziś pani Eugenia pamięta szczęk broni i ryk silników niemieckich samolotów. – Jeszcze jako mężatka budziłam się w nocy przestraszona. Oni nie byli ostrzeliwani z ziemi. Zrzucali bomby na ślepo, najwięcej pod lasem, bo spodziewali się, że tam ukrywają się polscy żołnierze. Ginęli przez to także cywile. Jednego razu czworo dzieci – rodzeństwo Zacharów. Mieli od 2 do 17 lat. Pochowani są na cmentarzu w Bielawach. Panu Kazimierzowi udało się nawiązać kontakt z córką Tadeusza, jedynego z rodzeństwa, który przeżył, bo wówczas był z matką u sąsiadów. Jednak wiele faktów z lat wojny pozostanie zagadką, ponieważ odeszli już prawie wszyscy świadkowie tamtych tragicznych wydarzeń. – Jako dzieci nie interesowaliśmy się tym, nie zbieraliśmy informacji na przykład o nazwiskach żołnierzy i zwykłych obywatelach. Teraz coraz trudniej do nich dotrzeć, nie ma kogo spytać – mówi pani Eugenia.

    Konie zamiast samochodu

    Kazimierz Perzyna zaczął interesować się historią Soboty, Walewic i innych miejscowości, kiedy w 1963 r. objął stanowisko kierownika szkoły w Sobocie. – Przy niej znajdowało się także schronisko dla turystów. Pomyślałem, że nie mogę wiedzieć mniej od nich na temat tych terenów, i tak się zaczęła moja przygoda z historią – opowiada. Nauczał bowiem przedmiotów ścisłych: matematyki, fizyki i chemii. Dziś może pochwalić się, że na pewno jeden z jego uczniów – Piotr Szaga – poszedł w jego ślady. Oprowadza wycieczki po Warszawie. Kazimierz Perzyna wspominał, że kilka razy rozmawiał z gen. Michałem Gutowskim, który we wrześniu 1939 r. był rotmistrzem, czyli dowódcą szwadronu w 17. Pułku Ułanów. – Opowiadał mi, że to nieprawda, iż ułani zawsze walczyli na koniach. Oni na koniach przemieszczali się. Po dotarciu na miejsce walki byli piechurami. Kiedy walczyli, końmi opiekowali się tzw. koniowodni, każdy z nich miał pod opieką dwa zwierzęta. W razie konieczności zostawiali przywiązane konie z dala od placu boju i włączali się do walki, uzupełniając szeregi – wspomina pan Kazimierz. I choć w 1999 r. M. Gutowski został mianowany generałem, cenił sobie właśnie tytuł rotmistrza. Po wojnie przypadkowo gen. Gutowski spotkał się w Kanadzie z dowódcą wojsk niemieckich, który mówił, że walczył na wielu frontach II wojny światowej, ale nigdzie później nie spotkał się już z taką odwagą, jaką odznaczyli się ułani w walce nad Bzurą. To dla generała była największa pochwała.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół