• facebook
  • rss
  • Ciągle z Jurkiem rozmawiam

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 46/2016

    dodane 10.11.2016 00:00

    Znać świętego czy błogosławionego to spore wyróżnienie. Wspomnienia, zdjęcia, ale przede wszystkim pamięć o wspólnie przeżytych chwilach motywują do życia w taki sposób, aby po przekroczeniu progu śmierci znów się spotkać, by ucieszyć się na swój widok. Proboszcz z Wysokienic wie, kogo w niebie na pewno spotka.

    Listopad to bez wątpienia miesiąc, w którym częściej myślimy nie tylko o swoich bliskich zmarłych, ale także o świętych i błogosławionych. Częściej zastanawiamy się, o czym byśmy z nimi porozmawiali, gdyby dane nam było ich spotkać, poznać. Dla ks. Wiesława Wasińskiego, proboszcza parafii pw. św. Marcina w Wysokienicach, który w niebie ma swojego przyjaciela i kolegę kursowego ks. Jerzego Popiełuszkę, listopad niewiele różni się od innych miesięcy. Przez cały rok ma bowiem kontakt z Jurkiem. Z nim zawsze jeździ samochodem, jemu powierza trudne sprawy i jego prosi o pomoc. I – co ważne – wie, że Jurek nigdy mu nie odmówi.

    Podobni do siebie

    Od 1988 roku proboszczem w Wysokienicach jest ks. Wiesław Wasiński. Gorliwy duszpasterz, budowniczy kościoła, a obecnie także nowej plebanii. Skromny, radosny i zakochany w myślistwie kapłan od lat jest wzorem dla młodych księży, jak solidnie i gorliwie służyć swoim parafianom. W jednym z wywiadów ks. Wiesław Kacprzyk, pochodzący z Wysokienic, przywołując osobę ks. Wiesława, wyznał, że od niego uczył się, jak być gospodarzem i pasterzem. „Wznosząc kościół z cegieł, nawet na chwilę nie zapominał o budowaniu wspólnoty. Mówiąc to, nie gloryfikuję go. Wiem, że – jak każdy – ma swoje słabości, ale w jego przypadku wielkie jest nawet to, jak z nimi walczy. Zachwyca mnie jego solidność, która przejawia się także w tym, że zawsze jest przygotowany do kazań, że nigdy ich nie powtarza, że każda liturgia, którą sprawuje, jest przygotowana i piękna. Jego kapłaństwo nie jest płytkie. On też pokazał mi, że ksiądz może mieć swoje pasje” – mówił ks. Kacprzyk. Skąd w księdzu Wasińskim taka postawa, skąd odważne mierzenie się z zadaniami, a nawet słabościami? Zapewne wielka w tym zasługa jego charakteru, wykuwanego w trudnych warunkach i czasach, ale także oddziaływanie i wspólne wzrastanie z ks. Jerzym, z którym przez lata się przyjaźnił, a później o nim świadczył w procesie beatyfikacyjnym. Tezę tę potwierdza dawne polskie przysłowie: „Z kim przestajesz, takim się stajesz”. Obaj przez lata byli dla siebie wsparciem i pomocą. – Ja i Jurek byliśmy na jednym kursie – mówi ks. Wasiński. – Do warszawskiego seminarium wstąpiliśmy 16 września 1965 roku. Wtedy po raz pierwszy z nim rozmawiałem. Spotkaliśmy się w ogródku seminaryjnym, nazywanym „kieratem”. Do dziś pamiętam tamtą rozmowę. Jurek zapytał, skąd jestem. Odpowiedziałem, że z ziemi kutnowskiej, ze wsi, z rodziny chłopskiej. Wtedy on nawiązał do swojej sytuacji, która była podobna. Pochodził z Białostocczyzny. Do kościoła miał 5 km. Podczas rozmowy okazało się, że nasze mamy noszą to samo imię. Od razu na płaszczyźnie pochodzenia wytworzyło się między nami porozumienie. Wtedy się zaprzyjaźniliśmy. Później okazało się, że przed wstąpieniem do seminarium obaj niewiele mieliśmy wspólnego z księżmi, mimo że byliśmy ministrantami. Wtedy ksiądz to był ktoś odległy, daleki – wspomina ks. Wiesław.

    Ważne lata

    Pierwsze lata studiów dla obu kleryków były czasem nie tylko formacji i zdobywania wiedzy, ale także wzajemnego poznawania się. Służyły temu m.in. wspólne wyprawy do Niepokalanowa. – Jurek miał tam zaprzyjaźnionego brata Kolumbiana. Kilka razy go odwiedzaliśmy. Szliśmy tam na Eucharystię i obiad. Jurek jadł mało, a ja byłem bez dna – śmieje się wysokienicki proboszcz. – Studiując, obaj uczyliśmy się przeciętnie. On był bardzo obowiązkowy. W niedzielę, jako pierwszy rocznik, mieliśmy dyżury przed Najświętszym Sakramentem. Każdy po godzinie. Jurek zawsze zostawał dłużej. Potrzebował więcej czasu na kontakt z Jezusem – wspomina. – Nazywaliśmy go „Popiełuch”, od nazwiska. Wołaliśmy na niego także Alek, od pierwszego imienia Alfons, które potem zmienił na Jerzy. Ponieważ strasznie chrapał, nieraz kładliśmy mu coś na usta, żeby się obudził. Nigdy w stosunku do nas nie był arogancki – opowiada ks. Wasiński. 16 października 1966 roku rocznik księży Jerzego i Wiesława otrzymał sutanny. Dziewięć dni po obłóczynach klerycy dostali ponowne powołanie. Tym razem od gen. Jaruzelskiego, do odbycia służby wojskowej. – Skierowano nas do Bartoszyc, jednostki o zaostrzonym rygorze. Moim zdaniem, tam rozpoczął się najważniejszy okres przygotowania do tego, co się później stało z Jerzym. Jego śmierć była ukoronowaniem wcześniejszej postawy. W wojsku, mimo że panował reżim, on od początku starał się o modlitwę wspólną kleryków. Razem z nami byli tam też cywile, którzy nas obserwowali i donosili przełożonym. Wtedy poznałem gorliwość i nieustępliwość Jurka. Ciągle powtarzał nam, byśmy nie dali się złamać. Prowadził modlitwy, mimo iż mówiono, że w wojsku nie ma na to miejsca. Za swoją postawę był karany, pozbawiany przepustek, odpoczynku, dręczony pytaniami. On to wszystko znosił i wytrzymywał. Pamiętam dzień, w którym zauważono u niego na palcu różaniec. Zapytano go, co to jest i po co to nosi. Odpowiadał zgodnie z prawdą. Wówczas próbowano go przekonywać, że to może być niebezpieczne, że może sobie tym krzywdę zrobić. Komentarze przełożonych zripostował pytaniem: „A panu porucznikowi obrączka nie przeszkadza?”. Jak nietrudno się domyślić, różańca nie zdjął, za co został ukarany. Kiedyś, gdy miałem wartę, widziałem, jak pewnej nocy wychodził od przełożonych psychicznie zmaltretowany. Próbowali mu wmówić, że wszyscy są przeciwko niemu. Zaniosłem wtedy za niego broń do magazynu. On ledwo szedł. Takie to były czasy. Kleryków do porzucenia sutanny kuszono studiami bez egzaminu, dobrą posadą, a jak to nie skutkowało, to szykanami i coraz bardziej surowymi przełożonymi. On to wszystko widział. To utwierdzało go w wierze, że mamy coś, na co diabeł nie może patrzeć, że mamy relację z Bogiem. Cieszył się, kiedy słyszał, że gdzieś na przepustce poszliśmy do kościoła i do Mszy św. służyliśmy w wojskowych mundurach – wspomina ks. Wasiński.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół