• facebook
  • rss
  • Dwie torby cegiełek

    Magdalena Gorożankin

    |

    Gość Łowicki 18/2017

    dodane 04.05.2017 00:00

    – Miłosierdzia doświadczam, spotykając ludzi na drodze kapłańskiej, misyjnej i obecnie w sekretariacie misyjnym naszego zakonu, jeżdżąc po Polsce i Europie. Mogę liczyć na wsparcie modlitewne, które jest najbardziej potrzebne, ale również materialne, bez którego ciężko nieść je dalej – mówi o. Jerzy Wilk OSCam.

    Kamilianie składają śluby czystości, ubóstwa, posłuszeństwa oraz dodatkowy, czwarty ślub – posługi duchowej i cielesnej chorym, nawet z narażeniem własnego życia. To, co w Europie jest procedurą, pewnym standardem, na Madagaskarze, gdzie posługuje o. Jerzy, jest nieosiągalne. – W krajach europejskich na oddział zakaźny wchodzi się w maseczkach, fartuchach. Tam nikt o tym nie myśli, nie ma szczepień, fartuchów, rękawiczek. Jest chory, potrzebujący i my, którzy – wstępując do zakonu posługującemu chorym – deklarujemy się, że do końca życia będziemy czuwać i posługiwać cierpiącym, będziemy dla nich dostępni przez cały czas. Myślenie zmienia się wraz z miejscem pobytu – mówi o. Jerzy.

    Pokora i cierpliwość

    Tak jak różni się kultura Afryki i Europy, tak różni się też postrzeganie miłosierdzia. Bez wątpienia, wybierając się na misje jako osoba świecka, należy solidnie się przygotować: znać język, zrobić szczepienia, być przygotowanym od strony medycznej, przeszkolonym, ale trzeba też mieć w sobie dużo pokory, naśladować Chrystusa i być „cierpliwym i wielkiego miłosierdzia”, jak mawia o. Jerzy. – W krajach Trzeciego Świata bywa, że miłosierdzie okazuje tylko misjonarz, czyli buduje, naprawia, remontuje, kupuje, rozdaje itd. Są plemiona, np. Malgasze, którzy będą wyciągali proszącą dłoń, wmawiając, że nie potrafią czegoś zrobić, nie mają pieniędzy, a „biały ma, to niech biały zrobi”... Więc pomagamy w dostarczaniu leków, odzieży, jedzenia, w opłacaniu wszelakich usług w szpitalu czy w innych działaniach. Nie licząc, że oni kiedyś to wynagrodzą. Jeśli zaś mówimy o organizacjach, stowarzyszeniach, wolontariacie, szczególnie w krajach Europy Zachodniej można liczyć na ogromne wsparcie. Ludzie niesamowicie angażują się, by pomóc bliźniemu, zwłaszcza gdy widzą biedę – mówi misjonarz. Do niesienia miłosierdzia na misjach potrzebne jest też powołanie. Kamilianie posługę chorym mają wpisaną w charyzmat zakonu, którego pełna nazwa to Zakon Kleryków Regularnych Posługujących Chorym. Jednak, decydując się na wstąpienie do zgromadzenia, trzeba mieć świadomość, że to ciężka praca, ale i ryzyko. Ojciec Jerzy ze spokojem, dystansem i specyficznym poczuciem humoru przyznaje, że choruje na malarię (uśpioną, jest cały czas pod opieką lekarzy), ale to nie ma dla niego większego znaczenia, bo jest oddany temu, co robi. Myślenie o sobie w niczym nie pomaga.

    My mamy wszystko

    Mimo że siedziba sekretariatu misyjnego, w którym posługuje o. Jerzy, mieści się w Warszawie, kamilianin rzadko tam bywa. Swoje obowiązki wykonuje praktycznie w każdym zakątku świata. Co tydzień jest gdzie indziej. Ostatnio odwiedził parafię Chrystusa Dobrego Pasterza w Łowiczu, a w Niedzielę Miłosierdzia był w parafii Przemienienia Pańskiego w Międzyborowie, gdzie pokazywał różnice między kościołem w Polsce a tym na Madagaskarze. – Tam ksiądz na Mszę św. może spóźnić się od kilku dni do dwóch tygodni. Są różne powody – czasami wyleje rzeka i trzeba poczekać, żeby dostać się do danego miejsca, czasem można się zgubić. Podróżuje się samemu. Zabiera się najpotrzebniejsze rzeczy i wyrusza do wiernych, którzy z radością czekają na kapłana. U nas chrzest może być co niedzielę, tam sakrament udzielany jest 2–3 razy w roku, ale wtedy przystępuje do niego ok. 150 osób! Miałem problem z odnalezieniem się w Polsce po powrocie z Madagaskaru, bo tam jest żywy Kościół. Podczas Eucharystii słychać śpiew, jest radość, taniec, a u nas często przychodzimy, by tylko posłuchać księdza – tłumaczył. Od 10 lat o. Jerzy podróżuje po parafiach w różnych krajach wyłącznie komunikacją miejską – pociągami, autobusami i tylko z dwiema torbami, w których ma książki i płyty cegiełki. To właśnie w tych dwóch torbach znajdują się „materiały”, dzięki którym później można kupić leki, żywność, najpotrzebniejsze rzeczy. Kamilianin przyznaje, że może liczyć na hojność rodaków, sponsorów, dobrodziejów, którym serdecznie dziękuje za wsparcie. – Chciałbym, żeby moje odwiedziny i opowieści zmusiły każdego do refleksji nad swoim życiem. My mamy wszystko na wyciagnięcie ręki – leki, żywność, odzież. Ile z tego marnujemy, a ile możemy ofiarować?

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół