Nowy numer 48/2020 Archiwum

Serce
 na Kresach

Dzień Sybiraka. – Prymas Wyszyński i inni księża zgodzili się pomóc mi wywozić materiały do katechizacji Kresów, ale zawsze ostrzegali, że jeśli wpadnę, znów wrócę na „białe niedźwiedzie” – wspomina Maria Chodzikiewicz.


We wtorek 17 września obchodzony był Dzień Sybiraka z uroczystościami ku czci tych, którzy przeżyli koszmar w obozach. I choć z biegiem lat coraz trudniej będzie usłyszeć na żywo świadectwa ludzi pamiętających syberyjską niewolę, dziś jeszcze wielu z nich opowiada swoje przeżycia i w ten sposób uczy historii, patriotyzmu i wiary w Boga. Jedną z nich jest Maria Chodzikiewicz, 87-letnia mieszkanka Żyrardowa.


Sielskie Kresy


Pani Maria przyszła na świat w 1926 roku w miejscowości Wisiaty, w gminie Nowy Pohost. Jest to miejscowość oddalona o 45 km od granicy białoruskiej, 25 km od łotewskiej i 30 km od litewskiej, co z jednej strony powodowało ciekawą wymianę kultur, ale też rodziło niezłomny patriotyzm. Mieszkali tam Polacy, Białorusini, Litwini i staroobrzędowcy (Rosjanie zesłani niegdyś przez cara). Pani Maria wspomina swoje dzieciństwo jako czas niełatwy, pracowity, ale też harmonijny i szczęśliwy.


– To były trudne czasy. Zaraz po wojnie panował głód, a nasze ziemie nie były płodne. Kresy to głównie lasy, piachy, ziemia kamienista i jeziora. To najpiękniejsze miejsce, jakie widziałam, ale też i biedne. Łowiliśmy ryby, zbieraliśmy grzyby, każdy miał kawałek pola z ziemniakami i żytem. Do pracy jeździliśmy na Łotwę i jeśli ktoś był dobrym pracownikiem, dobrze zarobił. Byliśmy pracowici i zgodni. A przede wszystkim od dziecka byliśmy patriotami i głęboko wierzyliśmy w Boga – zapewnia sybiraczka, u której w rodzinie było kilka tercjarek i 4 kapłanów.


Na terenie miasteczka funkcjonowały harcerstwo, grupa patriotyczna „Strzelec” i Sodalicja Mariańska, a niemal każdy był zrzeszony. – W każdym publicznym budynku wisiały trzy obrazy – Józefa Piłsudskiego, Ignacego Mościckiego i Orła Białego w koronie. A nad wszystkimi stał Bóg. Już w dzieciństwie wiedziałam, że w niedzielę nie można wykonywać żadnych prac domowych, bo to dzień dla Pana – tłumaczy pani Maria.


Aż przyszedł 17 września i zniszczył to, co mieszkańcy budowali z dnia na dzień. – Dziś sobie myślę, że gdyby nie to nasze zdrowe dzieciństwo, ze zdrową żywnością i świeżym powietrzem, być może nie przeżylibyśmy tego, co czekało nas w kolejnych latach...


Zawirowania wojenne


– Doskonale pamiętam dzień, w którym do miasteczka przyjechał czołg rosyjski, a komendant wygłosił mowę na wiecu. Mamili nas tanimi zapałkami, naftą i mydłem. Oczywiście, wybuchły zamieszki, bo dyrektor szkoły powiesił na słupie dwie polskie flagi. Z marszu zgarnęli jego, policjanta, urzędników, księży i nauczycieli. Spalili flagi i obrazy z Białym Orłem i polskimi patriotami. Od tego czasu zaczęły się głód i łapanki. Każdy, kto miał czysto i schludnie w domu, był dla sowietów „panem” i był wywożony. A kiedy już nikt nie zmywał podłogi, wywozili tych, którzy nosili kapelusz lub płaszcz – wspomina Kresowianka.


Był to czas lęku i ukrywania się. I choć pani Maria nie potrafi zliczyć ludzi, którzy chowali ją u siebie w domu, w 1944 roku została schwytana przez partyzantkę sowiecką i wywieziona na Ural. – Nie będę opowiadać o obozie, bo to był istny koszmar. Mieliśmy po 17 lat i Sowieci za wszelką cenę chcieli wykorzenić nas narodowo. Nie dość że doświadczyliśmy grozy wojny, to później pracowaliśmy katorżniczo w lesie, mieszkaliśmy w barakach, cierpieliśmy głód i chłód, nie mogliśmy mówić po polsku. Wielu z nas umierało z zimna i niedożywienia, a jeszcze więcej z tęsknoty. Przecież tak naprawdę byliśmy jeszcze dziećmi – wspomina ze łzami w oczach.


Zesłanie trwało 2,5 roku, a w 1946 r. do obozu przyjechał pełnomocnik ds. repatriacji z Syberii i zabrał młodych Polaków do ojczyzny. – Kiedy przyjechaliśmy do Czeremchy, dwa dni spędziliśmy w łaźni, gdzie starali się nas odwszawić i zdezynfekować. Postawili przed nami beczkę śledzi, które zjedliśmy ze skórą i z ościami, tak byliśmy głodni. Po dwóch dniach ruszyliśmy do Lublina.


Chcę do szkoły!


Kolejnych kilka lat z życia żyrardowianki to wędrówka z miejsca w miejsce za chlebem i... wykształceniem. Olsztyn, Lublin, Lubartów i inne miejscowości. Wszędzie komuniści zachęcali do zajmowania ziem wyzwolonych w celu odbudowy Polski, ale pani Maria uparcie chciała się uczyć. Poszła na kursy wieczorowe, po których zdała egzamin do gimnazjum. – Uczyłam się i pracowałam, bo na jedzeniu, które dostałam z PCK, nie mogłabym przeżyć. Zatrudniali mnie nauczyciele, myłam im okna, szorowałam podłogi, słowem – robiłam wszystko, co było do zrobienia w domu. Byli dla mnie bardzo dobrzy, ale po jakimś czasie byłam wycieńczona. Zlitowali się nade mną kapucyni i każdego dnia przynosili mi porządny, dwudaniowy obiad. W ogóle na mojej drodze spotkałam wspaniałych ludzi – nauczycieli, kapłanów, siostry zakonne, rodziny, które mi pomagały – wspomina pani Maria.


Po skończonym gimnazjum, dwuletniej pracy w domu dziecka, podreperowaniu swojego zdrowia fizycznego i psychicznego ambitna maturzystka dostała się do Chyliczek – renomowanej szkoły rolniczej. W tym czasie pani Maria wiedziała już, że jej mama żyje. Zaczęła z nią korespondować, a w 1954 r. pozwolono jej wrócić do domu na 90 dni.


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama