Nowy numer 48/2020 Archiwum

Oaza szczęścia

– Gdy rodzic zobaczy, jak jego dziecko gra w przedstawieniu czy pięknie się modli, to sobie myśli: „To moje dziecko jest naprawdę w porządku” – mówi Katarzyna Milczarek.

Mocarzewo to niewielka wieś, położona 2 km na północ od Sannik. Dawniej nie umieszczano jej nawet na mapach. Mało tu pól uprawnych, przeważają lasy, ale to właśnie tutaj w 1924 roku powstał dom zakonny Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pańskiego. Po II wojnie światowej siostry założyły Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy im. Matki Celiny Borzęckiej.

Leśna polana

Żeby dostać się do ośrodka – skręcając z gminnej drogi – należy przejechać kilkaset metrów wśród drzew. Dojazd jest tak wąski, że dwa samochody miałyby trudności z wyminięciem się. – Faktycznie, funkcjonuje nawet takie pojęcie, że nasz ośrodek jest na leśnej polanie – mówi Katarzyna Milczarek, wychowawca w ośrodku. Kompleks budynków ośrodka został niedawno odnowiony. Prezentuje się okazale. Są tu sala gimnastyczna i internat, ale także Zespół Szkół Specjalnych, bo w Mocarzewie przebywają dzieci z niepełnosprawnością intelektualną. – Charakterystyczne dla naszego ośrodka jest to, że są tu dzieci, które miały trudności w szkole i zostały do nas skierowane, ale też dzieci z niepełnosprawnościami w stopniu głębszym oraz niepełnosprawnościami sprzężonymi, czyli oprócz tego, że intelekt nie funkcjonuje tak, jak powinien, są jeszcze fizycznie chore. Mają trudności w poruszaniu czy choroby genetyczne. Trafiają się dzieci z epilepsją. Nasza praca to nie tylko zwykła opieka czy nauczanie w szkole, ale zapewnienie bezpieczeństwa wychowankom – tłumaczy pani Katarzyna, która razem z siostrą Kamilą pracuje w internacie. – Mamy taki zamysł, żeby te dzieci – wśród świata, który jest taki dla nich trudny – odnalazły tutaj oazę szczęścia. To jest celem naszej pracy – mówi s. Kamila. Niektóre z dzieci przebywają w ośrodku nawet kilkanaście lat. Część z nich nie ma swoich rodziców, część wyjeżdża do rodziny tylko na święta. Tutaj znalazły swój dom. Są emocjonalnie związane z wychowawcami i z tym miejscem.

Proces dojrzewania

Praca w ośrodku to szczególne powołanie. – Naszym zadaniem jest pokazać rodzicom, że otrzymali od Boga dar. Można się zapytać: „Ile dzieci modli się codziennie za swoich rodziców?”. A nasze dzieci tak robią. Widać to szczególnie wieczorem, kiedy każde dziecko może wypowiedzieć swoje intencje. Jak o tym mówimy, w oczach rodziców często pojawiają się łzy wzruszenia – mówi s. Kamila. – Bo zdarza się, że rodzice nie do końca akceptują niepełnosprawność swoich dzieci. Ale nie powinno to dziwić – dodaje pani Katarzyna. – Rozumiane jako krzyż, tak, jak każde cierpienie, trudno je przyjąć. Przez pryzmat swojego dziecka postrzegają gorzej siebie. Wpływ na to ma też opinia społeczna. Naszą życzliwością chcemy dodawać im sił, żeby nie ukrywali się z tymi dziećmi, żeby zdobyli się na wyjście z nimi do innych ludzi – wyjaśnia s. Kamila. – To jest proces. Dochodzi do spektakularnych przemian wśród rodziców, co jest dla nas budujące, bo przez nasz wysiłek staramy się pokazać, że te dzieci nie są gorsze od innych. Gdy rodzic zobaczy, jak jego dziecko gra w przedstawieniu czy pięknie się modli, to sobie myśli: „To moje dziecko jest naprawdę w porządku”. Dla nas ta praca jest także darem. Wiele się od naszych wychowanków uczymy – mówi pani Katarzyna.

Bierzmowanie

17 października w kaplicy w Mocarzewie bp Andrzej F. Dziuba udzielił sakramentu bierzmowania wychowankom ośrodka. – W Kościele Komunia nie jest inna dla biednych i inna dla bogatych. Chrzest, spowiedź i bierzmowanie są takie same dla wszystkich – mówił w homilii bp Dziuba. Pani Katarzyna siedziała wtedy za Aldonką, dziewczynką na wózku, która miała być bierzmowana. – Dzień wcześniej rozmawiałyśmy z s. Kamilą o tym, jak takie dziecko jest w stanie przyjąć ten sakrament. Może niektórzy powiedzą: „O, dziecko na wózku wzięli do bierzmowania!”. A ja sobie myślałam, czy modlitwa Aldonki na tym wózku, poprzez jej cierpienie, nie jest czasem ważniejsza niż takiej osoby, która robi to na pokaz. W czasie uroczystości wzruszyłam się, gdy biskup Dziuba w swoim słowie to potwierdził, mówiąc: „To Pan Bóg wie lepiej, czyja modlitwa jest ważniejsza, czyja bardziej potrzebna, a czyja mniej” – mówi pani Katarzyna. – Chociaż Aldonka nie może mówić, nie ma władzy nad swoim ciałem, żeby mogła cokolwiek pokazać, to po jej oczach widać, że ona wszystko rozumie – dodaje s. Kamila. Październik to miesiąc szczególny dla jej zgromadzenia. W tym roku 26 października mija 100 lat od śmierci założycielki zmartwychwstanek s. Celiny Borzęckiej. Dzień później przypada 6. rocznica włączenia matki Borzęckiej do grona błogosławionych.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama