Nowy numer 48/2020 Archiwum

Nie igram z tym, co mnie przerasta

O „niewinnej” zabawie z duchami, paraliżującym lęku i Bogu, który zwycięża każde zło z Katarzyną Piwowarską rozmawia Monika Augustyniak.

Monika Augustyniak: Kolejny rok na przełomie października i listopada toczy się dyskusja wokół Halloween. Jedni ostrzegają przed zagrożeniami, inni uspokajają...

Katarzyna Piwowarska: Nie podoba mi się, że Polacy tak szybko kupili ten amerykański zwyczaj i coraz częściej wcielają go w życie. Wydaje mi się, że kulturowo do nas nie pasuje. Kiedy słucham, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, jak wiele mordów rytualnych dokonywanych jest w okolicach 31 października, jak bardzo zwiększa się nadzór policji zajmującej się sekciarstwem, trudno nie mieć pewności, że ta „zabawa” nie wnosi niczego dobrego. Czy nie jest to otwieranie furtki złu? Problem w ogromnym stopniu dotyczy dzieci, które nie potrafią obronić się przed zagrożeniami. Sama jako 6-latka nie obroniłam się przed czymś, co radykalnie zmieniło moje życie.

To znaczy?

Kiedy byłam mała, siostra zabrała mnie na urodziny do koleżanki. Tam dziewczyny zaczęły wywoływać duchy. Wiesz, niewinna zabawa, kartka, szklanka, dreszczyk emocji, śmiech. Sprawa doskonale znana dzieciom i młodzieży, którzy z nudów szukają wrażeń. Nawet nie brałam w tym udziału, siedziałam po prostu w pokoju. Ale kiedy wracałyśmy z siostrą do domu, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ktoś za nami idzie, że jesteśmy obserwowane. I miałam przeświadczenie, że ktoś chce nam zrobić krzywdę. Była zima, ciemno, zimno, a ja ciągle oglądałam się za siebie. Od tamtego wieczora lęk nie odstępował mnie na krok. W pewnym momencie nie było już mowy o tym, bym wyszła sama po zmroku. Gdy przeprowadziliśmy się na wieś, nawet dojazd do szkoły stał się ogromnym problemem, bo musiałam przejść kilkaset metrów przez las, by dotrzeć do pociągu. Niemal każdej nocy budziłam się i czułam, że coś jest w ciemności, że ktoś mnie obserwuje. To trwało latami.

A co z Twoimi rodzicami? Powiedziałaś im o Twoich lękach?

Wypytywałam ich i innych ludzi, czy też mają takie wrażenie, że są obserwowani, że ktoś za nimi idzie wieczorem. Nikt tego nie potwierdził. Rodzice potraktowali to  jako lęk przed ciemnością, który towarzyszy wielu dzieciom.

Co z Twoją wiarą? Sakrament spowiedzi mógł rozwiązać wszystkie te problemy.

Moja rodzina zawsze była wierząca. Wiedziałam, że w niedziele chodzi się do Kościoła i na samą myśl, że mogłabym powiedzieć rodzicom, że nie idę, robiło mi się głupio. A z drugiej strony zawsze miałam wiele wątpliwości, czy na pewno Bóg istnieje. Niby prosiłam Go o pomoc, ale potem zadawałam sobie pytanie: „Czy On rzeczywiście jest?”. 6 lat temu związałam się z moim obecnym mężem, bardzo wierzącym człowiekiem i zbliżyłam się do Kościoła. A z drugiej strony, gdy byłam na Mszy św., robiło mi się słabo, nie mogłam złapać oddechu. W tym samym czasie zrodził się we mnie ogromny lęk przed pracą. Zupełnie nieracjonalny. Pracowałam w świetnym miejscu, dobrze sobie radziłam, miałam bardzo fajny zespół ludzi, a jednak za każdym razem, gdy szykowałam się do pracy, niesamowicie się bałam. Kiedyś powiedziałam o tym Tomkowi, wtedy jeszcze narzeczonemu, a on zaproponował mi modlitwę wstawienniczą. Od jakiegoś czasu byliśmy we wspólnocie Odnowy w Duchu Świętym, więc się zgodziłam, ale nie pomogło, a mój lęk znacznie się wzmógł. Zwłaszcza w nocy. Budziłam się sparaliżowana strachem. Mogłam poruszać tylko ręką.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama