Nowy numer 43/2020 Archiwum

U „Bolesi” łowiczanki

– Chciałabym, żeby postać błogosławionej była dzieciom tak dobrze znana jak Czerwony Kapturek czy Smerfy – mówi s. Elwira Kruszewska MSF.

Tą błogosławioną jest Bolesława Lament, patronka Niepublicznego Przedszkola Diecezji Łowickiej. Była gorliwą zakonnicą, na długo przed Soborem Watykańskim II szerzyła ekumenizm. Założyła Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny, aby jednoczyć prawosławnych z Kościołem katolickim oraz umacniać katolików w wierze. Urodziła się w XIX wieku w Łowiczu. Tu się wychowała i prowadziła warsztat krawiecki.

Uparta Maja

W 2010 r. duchowe córki błogosławionej łowiczanki przybyły do jej rodzinnego miasta. Zajęły się prowadzeniem diecezjalnego przedszkola. Niedawno kuratorium oświaty przeprowadziło w placówce ewaluację. Raport wysoko ocenia przedszkole. Wizytatorzy w ciepłych słowach opisali atmosferę, jaka tu panuje: „Wybór zgromadzenia zakonnego (w przedszkolu u »Bolesi« pracują również osoby świeckie), które kieruje się dewizą swojej założycielki: »Starajmy się, aby we wszystko włożyć miłość, niech miłość będzie duszą naszego życia, zasadą i pobudką wszystkiego«, do prowadzenia placówki był bardzo przemyślany i stworzył rodzinom z Łowicza i ośmiu okolicznych gmin ogromną szansę na wychowanie ich dzieci zgodnie z ich wizerunkiem Polaka i człowieka”. Postać błogosławionej nie wszystkim mieszkańcom jest znana. – Z rozmów z niektórymi rodzicami wynikło, że dopiero przedszkole ukazało im Bolesławę jako łowiczankę – mówi s. Elwira, dyrektor przedszkola. Kolejny rok do setki rodzin trafia przesłanie o patronce placówki. W codziennej modlitwie przedszkolaków zawsze jest odwołanie do błogosławionej. Dzieci śpiewają o niej piosenki. – Zdarza się, że idą do łazienki i nucą sobie hymn o Bolesławie – cieszy się s. Elwira. – W domu też – wtrąca Aneta Jagoda. – Moja córka sama wybrała to przedszkole. Maja uparła się, że będzie tu chodzić. Byłam temu przeciwna, bo uważałam, że jest jeszcze za mała. Miała raptem 2,5 roku. Wątpliwości rozwiała siostra dyrektor. Pierwszego dnia miała odebrać ją babcia. Musiała przyjeżdżać po Maję trzy razy, bo córce tak się spodobało, że nie chciała stąd wyjść.

Jezus jak syrenka

Pani Aneta podkreśla rodzinną atmosferę w przedszkolu. Okolicznościowe konkursy i spotkania integrują dorosłych, a także dzieci. – W porównaniu z innymi placówkami, w których pracowałam, tu rodziców mocno angażuje się w życie przedszkola – mówi s. Elwira. Diecezjalna placówka stara się dotrzeć także do pozostałych mieszkańców. Przykładem może być piknik. Rodzice nie szczędzą wtedy starań, żeby wypadł okazale. To otwarta impreza, na którą może przyjść każdy. Ważną rolą przedszkola jest edukowanie i mówienie o trudnych sprawach. – Założyłam sobie, że pewnych rzeczy nie będę córce tłumaczyć, bo jeszcze na to za wcześnie. Nie mówiłam jej o śmierci czy zmartwychwstaniu. Któregoś dnia przyniosła mi rysunek, a na nim postać, która wyglądała jak syrenka. Pytam: „Co to jest?”. Maja mówi do mnie: „To Jezus zmartwychwstały”. Byłam bardzo zaskoczona. My, rodzice, nie zawsze wiemy, jak to przekazać, nie mamy odpowiedniego przygotowania pedagogicznego – mówi pani Aneta. – To jest takie uzupełnianie wychowania w domu i przedszkolu. Kiedy rodzic ma jakieś obiekcje, w przedszkolu jest to naturalnie dozowane. Jedna z mam opowiadała, jak u niej w domu była dyskusja na temat śmierci bliskiej osoby. Dorośli wymieniali między sobą opinie, jak to przeżyć. W pewnym momencie dziecko ciągnie jednego z dorosłych za ubranie i mówi: „Dlaczego wy się smucicie? Pomódlmy się”. Uklękli wszyscy, nawet ci, którzy modlili się sporadycznie – dodaje s. Elwira. W błędzie są ci, którzy uważają, że w tym przedszkolu dzieci się tylko modlą. – Gdy spotykam się z takim twierdzeniem, mówię: „To nieprawda” i tłumaczę, że moje dziecko śpiewa fantastyczne piosenki czy tańczy zumbę. Zasady wychowania z przedszkola przenoszone są do domu. Nam, rodzicom, jest łatwiej. Dzieci wiedzą, kiedy być cicho, jak zachować się przy stole. Też ich tego uczymy, ale przedszkolne ciocie mają u dzieci wielki autorytet – mówi A. Jagoda.

Pod opieką błogosławionej

Jedną z takich przedszkolnych cioć jest Agnieszka Jankowska. Pracuje w przedszkolu od samego początku. – Dzieci na pewno czują się bezpieczniej, mając u boku ciocię, a nie jakąś panią, do której czują dystans. Wychowuję swoje dzieci w wartościach chrześcijańskich i chciałam też przekazywać to innym dzieciom, dlatego bardzo zależało mi na pracy tutaj – mówi pani Agnieszka. Początki były trudne, ale już wtedy dało się odczuć więź z rodzicami przedszkolaków. – Okazali wielką pomoc, szczególnie przy organizacji imprez przedszkolnych. W zeszłym roku rozstałam się z grupą dzieci, którą objęłam na początku mojej pracy. Do tej pory z rodzicami utrzymujemy kontakty. Dostałam nawet zaproszenie na ślubowanie pierwszoklasistów – opowiada. Dzięki pracy w przedszkolu pani Agnieszka poznała także bliżej bł. Bolesławę. – Informacji o niej szukałam w internecie. Tu, w Łowiczu, pamięć o niej nie była rozpowszechniona. Nim rozpoczęłam pracę, dostałam obrazek z modlitwą za jej wstawiennictwem. Nie wiedziałam, na którą godzinę będę pracowała. Ze względu na obowiązki rodzinne zależało mi, żeby kończyć o 15.00. Tuż po modlitwie zadzwoniła do mnie ówczesna dyrektor s. Dawida i mówi mi, że będę miała zmianę od 7.00 do 15.00. To był dla mnie taki namacalny dowód, że Bolesława mi pomogła. Wierzę w to. Kiedy jadę do pracy, powierzam jej trudne sprawy wychowawcze. Łatwiej jest się z nimi zmierzyć, gdy ktoś czuwa i ma nas pod opieką.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama