GN 3/2021 Archiwum

Ze Mną nic ci nie grozi

Wywiad. O ulubionym bólu, porannych rozmowach z Jezusem Miłosiernym i tacie pokazującym, jak rozpoznawać, który Pan Jezus jest prawdziwy, z ks. Brunonem Dąbrowskim, rezydentem w parafii św. Wojciecha w Białej Rawskiej,

Agnieszka Napiórkowska: Ostatnio przeżywaliśmy w Kościele Tydzień Miłosierdzia, po którym nastąpił Tydzień Biblijny. Znając Księdza już ponad 20 lat, zaryzykowałabym stwierdzenie, że te dwa tygodnie opisują Księdza życie i kapłaństwo. Mam rację?

Ks. Brunon Dąbrowski: – Trafiłaś w sedno. Zanim jednak rozwinę tę tezę, chciałbym powiedzieć o jeszcze jednym filarze, nie mniej ważnym. Od zawsze wciskano mi w głowę, że „naszym zadaniem jest służba”. Całe moje kapłaństwo tak traktowałem. Nie wstydziłem się łopaty, młotka, siekiery, łażenia po dachach, odwalania śniegu. A u ks. Stefana Piotrowskiego w warszawskiej parafii św. Michała wszedłem nawet do kanału, by go przepchać. Po tej pracy proboszcz posadził mnie w fotelu, w którym zwykle siadał sługa Boży kard. Stefan Wyszyński, tym samym pokazując mi, jak szanuje mnie i moją robotę. Umiłowanie pracy doprowadziło do tego, że straciłem kawałek kciuka u prawej ręki.

Teraz już rozumiem, dlaczego Ksiądz udziela Komunii św. lewą ręką.

– Inna rzecz, że i stawy mam popsute. Nie mogę już wysoko podnieść ręki. Ale daję jeszcze radę. Kocham ten ból, którego doświadczam przy udzielaniu Komunii świętej, mimo że z roku na rok jest on coraz intensywniejszy. Ludzie widzą, że się zatrzymuję. Rozumieją to. Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty powiedziała kiedyś: „Rób to i tym służ, co ci najlepiej w życiu wychodzi”. Całe moje życie tak starałem się postępować. Ale przyszedł czas, że nie miałem już siły, mimo iż mentalnie wydawało mi się, że mogę jeszcze diabłu łeb urwać. Nieprawda! Za twardo mu ten łeb siedzi na karku. Wtedy zacząłem się bliżej zadawać z Jezusem. Tak na dobre stało się to w mojej ostatniej parafii proboszczowskiej w Sadkowicach. Tam spotkałem bardzo kochanych ludzi, którym chciałem służyć. Zacząłem więc wołać: „Panie Boże, nie daję rady!”. Wtedy w sercu usłyszałem odpowiedź: „A od czego Ja jestem?”. No i zacząłem wykorzystywać moc Bożą. Dziś, niestety, jestem coraz słabszy, trudno mi się czasem skupić. Mam wrażenie, że powraca do mnie nerwica, na którą przez lata cierpiałem, a z której uleczył mnie podczas pierwszej wizyty do Polski święty Jan Paweł II.

Mimo że wiem o wielu niezwykłych wydarzeniach z Księdza życia, o cudzie nie słyszałam. Czy może opowiedzieć Ksiądz, jak to się stało? W jakich okolicznościach został Ksiądz uzdrowiony?

– To było podczas Mszy św. na pl. Zwycięstwa. Wszyscy koledzy pojechali na miejsce celebry, a ja postanowiłem, że zostanę i będę Mszę śledził przez telewizję. Kupiłem sobie paczkę papierosów i 20 butelek wody mineralnej. Zacząłem oglądać, mocno przeżywając to, co się tam działo. Patrząc, ryczałem i darłem na strzępy mały ręcznik. W pokoju było pełno dymu. Po Eucharystii i powrocie księży zasnąłem niemal natychmiast. Mimo że pokój był zadymiony, obudziłem się wyspany. Co się ze mną stało, nie wiem. Obudziłem się inny. Wiem jedno: Duch Święty zstąpił i odnowił ziemię Brunona. Myślę, że emocje wynikające z tego przeżycia sprawiły, iż nerwicę diabli wzięli. Widzieli to wszyscy. Proboszcz dał mi wolne, żebym pojechał na ryby. Byłem zdrowy.

Z tego, co wiem, nerwica, na którą Ksiądz chorował, była wynikiem trudnych doświadczeń z dzieciństwa związanych z II wojną i powstaniem warszawskim.

– Tak, to prawda. Podczas wojny Niemcy strzelali do mnie dwa razy. Widziałem kulkę, która miała mnie zabić. Było to na pl. de Gaulle’a, tam, gdzie dziś stoi palma. Był tam czołg, w którym siedział Niemiec, rozglądając się, w którym kierunku oddać strzał. Kręcący się smarkacz był świetnym obiektem. Wycelował we mnie, krzyknął i strzelił. Poczułem ciepło i zobaczyłem kulkę, która uderzyła w mur i bez rykoszetu spadła na chodnik. Wiedziałem, że ona była przeznaczona dla mnie. Później jeszcze raz Bóg ocalił moje życie. Niemcy prowadzili nas szeregiem. Pewnej kobiecie z ręki zsuwało się dziecko. Niemiec doskoczył i za nóżkę chciał je wyrwać. Nie dała. W odwecie puścił w naszą stronę serię z karabinu. Ostatnim, który zginął, był mężczyzna idący obok mnie. Ja znów ocalałem. Później widziałem wiele okropności wojny, o których nie chcę mówić. Kolejną traumą była śmierć taty. Jak dowiedziałem się, że nie żyje, przez trzy tygodnie nie powiedziałem ani jednego słowa. On był moim idolem, który wszystkiego mnie uczył i pokazał mi żywego Pana Jezusa. Było to w Wielką Sobotę w roku wybuchu powstania. Poszliśmy razem ze święconką. Wcześniej uklękliśmy przed grobem. Po krótkiej modlitwie tata mnie zapytał: „Nonuś, wiesz, który Pan Jezus jest prawdziwy? Ten, który leży w kwiatkach, czy ten stojący wysoko?”. Nie wiedziałem. Poprosił, żebym sprawdził. Podszedłem do tego w grobie, dotknąłem i stwierdziłem, że jest z gipsu albo z drewna, czyli nieprawdziwy. Od tego momentu wiedziałem, który jest żywy.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama