Nowy numer 43/2020 Archiwum

100 procent normy

Na kilka dni przed przyjazdem młodzieży nie mieli już co robić. Wielogwiazdkowy hotel pod gołym niebem został wybudowany i wyposażony.

W czasie gdy w diecezji gościła młodzież włoska, francuska i białoruska, w Śledziejowicach powstało oddalone o 2 km od Campus Misericordiae Łowickie Miasteczko. Pole namiotowe, zlokalizowane na prywatnych posesjach państwa Platów i Ligenzów, przez tydzień będzie domem dla łowickiej młodzieży. Jego budowy podjęła się kilkunastoosobowa grupa dorosłych wolontariuszy, w większości rodziców młodzieży biorącej udział w ŚDM.

Dom dla Jezusa

Prace rozpoczęto 15 lipca od postawienia domu Jezusowi. Zadaszona kaplica stanęła jako pierwsza. Ogromny namiot ze stabilną podłogą, polowym ołtarzem, drewnianym tabernakulum i banerem z podobizną pelikana był oczkiem w głowie budowniczych. Do prac przy kaplicy garnęli się wszyscy. Nic więc dziwnego, że już drugiego dnia była ona gotowa. Szybko udało się postawić także drugi namiot, pełniący funkcję zarówno kuchni, jak i jadalni. Zanim do miasteczka dotarła ekipa wolontariuszek kucharek, męska część załogi pod dużym namiotem, zamiast pod gołym niebem, rozbiła swoje namioty. Niewtajemniczonym wyjaśniamy, że przez pierwsze dni w Śledziejowicach panowała iście angielska pogoda. Dopiero przyjazd niewiast sprawił, że miejsce to odzyskało swoje przeznaczenie, bo pogoniły stamtąd panów. W polowej kuchni dla pracowników zaczęto przygotowywać śniadania, obiady i kolacje.

– Kuchnia działa. Każdego dnia dla całej załogi, która liczy 21 osób, przygotowujemy w niej posiłki – mówi Anna Szymańska. – Apetyty dopisują. Co nie dziwi – po ciężkiej pracy mężczyźni chętnie zasiadają do stołu. W miarę możliwości staramy się o nich dbać. Były już kotlety schabowe, kasza gryczana z pulpetami. Nie brakuje też owoców, a także kawy i jakichś słodkości. Jesteśmy tu jak jedna rodzina. Na razie jest to pobyt przyjacielsko-relaksacyjny. Zbieramy siły na czas przyjazdu młodzieży – dodaje A. Szymańska.

Zadowolona z pobytu w miasteczku jest także Dorota Jarczyk. – Dla mnie jest to przygoda życia. Ostatni raz pod namiotem spałam ponad 20 lat temu. Gdy tu jestem, odżywają wspomnienia. Cieszę się, że mogę innym dać coś z siebie, że mogę swoją pracą włączyć się w ŚDM. Tu każdy ma swoje zadania. Mężczyźni ciężko pracują, a my gotujemy, sprzątamy. Ostatnia ekipa przywiozła pogodę. Teraz słońce „wygania” nas z namiotów. Wszyscy trzymamy się razem. Mimo że jesteśmy tu krótko, czuć już Bożego Ducha, który tworzy wspólnotę. Jej budowaniu służą rozmowy przy kawie, a także wspólne Eucharystie, na które przychodzą miejscowi gospodarze. Przez cały czas spotykamy się z ich życzliwością – dodaje pani Dorota.

Bez pokazywania palcem

Życie w Łowickim Miasteczku nie kręci się tylko wokół kuchni. Podczas kolejnych dni, zgodnie z planem, pole było uzbrajane, grodzone, oświetlane, nagłaśniane, dzielone na sektory. Firma Toi- Toi Polska dostarczyła prysznice, umywalnie i toalety. Na miejsce dotarł także kontener na śmieci. Wolontariusze zadbali o najmniejsze szczegóły. W kabinach prysznicowych pojawiły się lusterka i zasłonki, a na stołach – obrusy. O fuszerce nie ma tu mowy. Na taką nie zgodziłby się Marek Sajak, dyrektor techniczny miasteczka, który nie kryje zadowolenia z postępu prac.

– Ogarnęliśmy robotę w czwartek wieczorem. Zostały jedynie prace wykończeniowe. Śmiało możemy powiedzieć, że na 4 dni przed końcem wykonaliśmy 99 proc. planu. Chłopaki szybko się uwinęli. Nikomu nie trzeba było palcem pokazywać, co ma robić. Wszystkim robota paliła się w rękach. Dlatego teraz spokojnie możemy zająć się odpoczynkiem i formacją. Tę zapewnia nam ks. Jacek Zieliński. Każdego dnia wszyscy uczestniczymy w Eucharystii. Tak jak się spodziewaliśmy, nasza obecność budzi zainteresowanie miejscowych. Jedni podziwiają, inni sprawdzają, czy wszystko robimy zgodnie z ustaleniami. Powodów do obaw nie ma. Z dnia na dzień czujemy, że będzie to nie tylko wygodne miejsce do mieszkania, ale także do modlitwy i formacji – wyjaśnia pan Marek.

W dniu przyjazdu młodzieży w miasteczku swoje namioty rozbiją także strażacy, lekarze i ratownicy medyczni. Mimo że nie było jeszcze młodych, nie było jeszcze papieża Franciszka, pracujący w miasteczku wolontariusze zaświadczali, że w Śledziejowicach czuli się jak w duchowym spa.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama