Nowy numer 50/2018 Archiwum

Wystarczy język miłości

O kiełkowaniu misyjnego ziarenka, koncercie dla nuncjusza i formacji w Tbilisi mówi Joanna Piątkowska, położna ze Skierniewic.

Agnieszka Napiórkowska: Minęło półtora tygodnia, od kiedy wraz z trójką wolontariuszy przybyłaś do ośrodka dziennego pobytu dla osób niepełnosprawnych w Tbilisi, prowadzonego przez dwóch polskich kamilianów. Jak minął Ci ten czas?

Joanna Piątkowska: Przez pierwsze dni poznawaliśmy specyfikę pracy z osobami niepełnosprawnymi, sposób funkcjonowania ośrodka oraz tutejszych pracowników i podopiecznych. Był to dla mnie bardzo owocny czas. Każdego dnia mogłam uczestniczyć w ich codziennych zajęciach. Pomagałam przy posiłkach, spędzaliśmy razem czas, grając w piłkę, rozmawiając, wykonując drobne prace. Urzekło mnie główne założenie tego miejsca – aby osób niepełnosprawnych nie wyręczać, a uczyć pracy. Dlatego w ośrodku jest kilka pracowni, w których podopieczni mogą nabywać nowe umiejętności lub rozwijać te, których już się nauczyli. Są to m.in. pracownia garncarska, muzykoterapii, jest też stolarnia. Osoby niepełnosprawne często angażowane są także do drobnych prac w ogródku. Jako że z zawodu jestem położną, szczególnie ważnym doświadczeniem był dla mnie dzień odwiedzin – razem z pielęgniarkami – starszych osób niepełnosprawnych w ich domach. Pomagałam przy kąpaniu i zmianie opatrunków.

Miałaś już okazję wykazać się swoimi talentami organizatorskimi i umiejętnością zjednywania sobie ludzi jednym uśmiechem?

W środę 27 czerwca przyjęliśmy w naszym ośrodku niezwykłego gościa – nuncjusza apostolskiego. Z tej okazji razem z podopiecznymi przygotowaliśmy koncert. Były tańce i śpiewy. Dla mnie był to moment zamknięcia etapu zapoznawczego. Cieszę się, że osoby niepełnosprawne czują się już wśród nas bardzo swobodnie, podają rękę, uśmiechają się, zagadują, a nawet śpiewają dla nas. Przez ten czas przekonałam się, że nie trzeba wiele, czasem wystarczy tylko, by przy kimś być, poklepać po ramieniu.

Z tego, co mówisz, można wywnioskować, że obecność osób niepełnosprawnych jest też dla Ciebie darem.

Tak. Ogromnym. Osoby niepełnosprawne pomagają mi zbliżać się do Boga, pokazują, jak w swoich brakach i prostocie można być prawdziwie szczęśliwym. Okazuje się, że nawet nieznajomość języka nie jest żadną przeszkodą, bo przecież pierwszym i najważniejszym językiem jest język miłości.

A jak zrodziła się Twoja przygoda z misjami?

Od listopada 2017 roku działam w Wolontariacie Misyjnym „Salvator”. Prowadzą go księża salwatorianie. Ich głównym założeniem jest pójście na cały świat i głoszenie Jezusa Zmartwychwstałego. Jest to wolontariat dla świeckich. Moja przygoda z misjami trwa już 7 lat. Rozpoczęła się na Łowickiej Pieszej Pielgrzymce Młodzieżowej na Jasną Górę. Odkryłam tam wówczas dwa moje powołania – zawód położnej i miłość do misji. Miałam wtedy 16 lat. W jednej z grup poznałam chłopaka, który mówił o misjach w Indiach. Trochę rozmawialiśmy. Spodobała mi się ta idea i służba. Tak na marginesie, dziś jest to mój serdeczny przyjaciel. On jako pierwszy zasiał we mnie misyjne ziarenko, które kiełkowało. Później coraz częściej wracałam myślami do tego pomysłu. Ponad dwa lata temu razem z rodzicami podjęłam się adopcji misyjnej. Co ciekawe, nie wybraliśmy konkretnego dziecka, ale ośrodek i, co również ciekawe... w Gruzji. To potwierdziło mi, że Pan Bóg jest Panem czasu.

W decyzji o wyborze konkretnego wolontariatu zdecydował podobny „przypadek”, a dokładniej – kolejne spotkanie, tym razem z Magdą?

Tak. Jakoś tak się składa, że w gronie moich przyjaciół nie brakuje osób „zakręconych na misje”. Będąc na studiach, poznałam Magdę, z którą się zaprzyjaźniłam. Gdy lepiej się poznałyśmy, okazało się, że obie mamy pragnienia misyjne. I potem to już obie się ciągnęłyśmy. Ona pierwsza wstąpiła do wolontariatu. Ja na początku myślałam o jakimś wolontariacie medycznym, bym mogła pomagać jako położna. Ale ostatecznie po powrocie Magdy z pierwszego wyjazdu misyjnego w zeszłym roku postanowiłam związać się z „Salvatorem”. I nie żałuję. Wspólnota jest niesamowita. Tworzą ją cudowne osoby. Z trójką z nich jestem w Tbilisi. I choć minęło dopiero kilka dni, mogę powiedzieć, że Pan Bóg podarował mi niezwykły czas, podczas którego mogę służyć innym, jednocześnie dbając o ducha. Od lat jestem w oazie. W wolontariacie też mamy formację. Angażuję się też w duchową adopcję. Chcąc dawać coś innym, mam świadomość, że sama muszę się formować. By być misjonarzem, nie trzeba nigdzie wyjeżdżać, wystarczy się otworzyć i zobaczyć potrzebującego człowieka. Ja mam to szczęście, że mogę to robić na misjach w Gruzji.• agnieszka.napiorkowska@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy