Nowy numer 43/2020 Archiwum

NPR na Czarnym Lądzie

O kursach przedmałżeńskich dla Zambijczyków, dżemach z mango i stawce za żonę mówi Joanna Piątkowska, wolontariuszka misyjna.

Agnieszka Napiórkowska: Półtora roku temu po raz pierwszy wyjechałaś na misje. Na pierwszy ogień poszła Gruzja. Przed świętami wróciłaś z Zambii. Da się te wyjazdy jakoś porównać?

Joanna Piątkowska: Każdy był inny. W Gruzji opiekowałam się osobami niepełnosprawnymi. Dzięki ich otwartości odebrałam lekcję, jak w swoich brakach i prostocie być prawdziwie szczęśliwym. Utwierdziłam się też w przekonaniu, że najważniejszym językiem jest język miłości. Zambia była lekcją dziękczynienia. Wiele rzeczy tam przewartościowałam. Zobaczyłam, że mimo iż tak wiele posiadamy, nie potrafimy być szczęśliwi. Mamy wygodne mieszkania, dobre samochody, sprzęty ułatwiające życie, a mimo to ciągle narzekamy, ciągle robimy problemy z rzeczy błahych. Zambijczycy mają niewiele: domy z patyków, wodę, którą trzeba przynosić z jedynej w wiosce studni, i bardzo skromne jedzenie, którego często brakuje, a mimo to są radośni, przyjaźni i otwarci. To daje do myślenia.

Z tego, co pamiętam, do Afryki miałaś jechać jako położna. Jak to się stało, że zamiast pomagać przy porodach pojechałaś uczyć metod naturalnego planowania rodziny i przygotowywać Zambijczyków do zawarcia sakramentu małżeństwa?

Pan Bóg miał inne plany niż ja. Rzeczywiście, razem z koleżanką miałyśmy jechać jako położne do sióstr boromeuszek. Wstępnie byłyśmy już dogadane. Podczas ogólnopolskiego spotkania Wolontariatu Misyjnego „Salvator” poznałyśmy ks. Pawła Fiącka, misjonarza z Zambii, który opowiadając o tamtejszych warunkach, w tym także o całkiem dobrze wykształconym personelu medycznym w szpitalu u sióstr – zasiał w nas ziarno niepewności. Zaczęłyśmy się zastanawiać, czy jest sens jechać tam jako położne. Biłyśmy się z myślami, co robić. Światełko pojawiło się po kolejnej rozmowie z ks. Pawłem, który dowiadując się, że skończyłyśmy drugi kierunek studiów – nauki o rodzinie – zaproponował nam, byśmy przyjechały do Zambii i poprowadziły tam warsztaty dla animatorów z NPR. Po kilku dniach modlitwy postanowiłyśmy podjąć wyzwanie.

Pracując w Polsce jako położna, miałaś już doświadczenie. Można by powiedzieć, że byłaś przygotowana. Czy tak samo było w przypadku nauk o rodzinie?

Do każdego wyjazdu trzeba się przygotować. Gdybym jechała do Zambii jako położna, musiałabym wielu rzeczy się nauczyć. Położne robią tam wszystko – od badań laboratoryjnych, przez testy, badania moczu, oznaczenia, po prowadzenie ciąży czy też to, co u nas należy do lekarza. Jadąc jako instruktorki, na co innego musiałyśmy położyć nacisk. Mając głowę pełną wiedzy, szukałyśmy sposobów na przekazanie jej w możliwie najprostszy sposób. Nie było to wcale łatwe zadanie. Szukałyśmy też dobrych i fachowych książek anglojęzycznych, które można by tam zawieźć i zostawić. Do zadania podeszłyśmy ambitnie. Obok trzech publikacji dotyczących naturalnego planowania rodziny zabrałyśmy „Miłość i odpowiedzialność” Karola Wojtyły i kilka innych pozycji o miłości, relacjach, uczuciach czy emocjach. Jednym słowem, czas przed wyjazdem był bardzo intensywny. Ja na trzy dni przed wylotem miałam obronę pracy magisterskiej. Możesz sobie wyobrazić, jak gorące były to dni.

W Zambii też raczej nie odpoczywałaś. Jak wyglądała na miejscu Wasza praca?

Intensywnie. (śmiech) Ustaliłyśmy z księdzem, że pierwsze dwa tygodnie poświęcimy na rozeznanie i przygotowanie wszystkiego. Wiele czasu zajęło nam tłumaczenie tekstów. W Polsce przygotowania były bardziej organizacyjne. Nasz wyjazd można podzielić na trzy części. Na początku zajęłyśmy się warsztatami. Robiłyśmy spotkania z animatorami, zbierałyśmy informacje. Po dwóch weekendach z warsztatami ruszyłyśmy z cyklem kursów. Prowadziłyśmy je w trzech z sześciu podstacji. Nad wszystkimi opiekę duszpasterską sprawuje jeden kapłan – ks. Paweł. Każdego dnia jeździłyśmy do innej wioski. Na miejscu prowadziłyśmy zajęcia albo monitorowałyśmy kurs prowadzony przez tamtejszych animatorów. Niedziele teoretycznie były dla nas dniem wolnym. W praktyce przynajmniej część dnia spędzałyśmy z dziećmi ze wspólnoty Holy Child, głównie animując różne tańce. Belgijka szła nam rewelacyjnie. Po pięciu tygodniach kursów przez dwa weekendy prowadziłyśmy rekolekcje. Odbywały się one w głównej stacji w wiosce Mungu. Na bazie filmu „W głowie się nie mieści” opowiadałyśmy o uczuciach i emocjach. W programie były też Msza św., adoracja Najświętszego Sakramentu i podsumowanie. Tydzień później były rekolekcje dla dorosłych. Punktem wyjściowym był film „Fireproof”. Podobnie jak podczas spotkań z młodzieżą w ramach spotkań były konferencje, adoracja i Msza św. Pomiędzy różnymi obowiązkami robiłyśmy zakupy oraz załatwiałyśmy inne sprawy – np. co miesiąc przedłużałyśmy wizę turystyczną, tłumacząc się w urzędach, dlaczego jeszcze chcemy zostać. W wolnym czasie robiłyśmy dżemy z mango, bo był ich wysyp. Innym razem lepiłyśmy księdzu pierogi. Uwielbia je, a w buszu nikt nie umiał ich zrobić. Jeśli chodzi o farsz, dałyśmy się ponieść naszej kreatywności.

Afryka to jednak inny świat. Co Was najbardziej zaskoczyło, co zrobiło największe wrażenie?

Zambia to miejsce kontrastów. W miastach są szpitale, domy, kościoły. W stolicy ludzie żyją podobnie jak my, tylko trochę skromniej. Mają sklepy, urzędy, murowane domy. Poza miastem są inne warunki. Najgorsze – w dalekim buszu i na wyspach. Tam domy budowane są z patyków. Ludzie gotują wszystko w kociołkach na węglu. Zdarza się, że w wiosce jest tylko jedna studnia. Prąd dają panele słoneczne, ale mało kogo na nie stać. Ale – co ciekawe – wiele osób ma telefony komórkowe. Nie do końca wiem, jak radzą sobie z ich ładowaniem, ale domyślam się, że współpracują z bardziej zamożnymi sąsiadami. Rzeczywistość jest inna, ale jakichś totalnych „zaskoków” nie przeżyłyśmy. Najbardziej zaskakiwały – nie tylko nas, ale i ich – różnice kulturowe. Nas najbardziej interesowało wszystko to, co związane jest z małżeństwem. W Zambii nie ma długiego narzeczeństwa. Jak powiedziałyśmy im, że w Polsce ludzie potrafią spotykać się nawet 10 lat, byli w szoku. Dla nas zaskoczeniem były różne typy małżeństw, zwłaszcza małżeństwo naturalne, polegające na tym, że mężczyzna musi zapłacić rodzinie żony konkretną kwotę pieniędzy. Po uiszczeniu zapłaty kobieta staje się jego żoną. Młodzi mają wpływ na to, czy chcą być razem, ale rodzina ustala stawkę. Cena za żonę jest różna – od jednej pensji po półroczną czy roczną. Jeden pan z pieniędzy od zięcia wybudował sobie sklep. W innym przypadku rodzina zażądała bardzo dużej sumy i chłopak nie daje rady, bo już rok pracuje, a ciągle nie uzbierał potrzebnej kwoty. Jak powiedziałyśmy, że u nas za żonę nie trzeba płacić, żartowali, że przyjadą po Polki. Obok małżeństw naturalnych są też cywilne i wyznaniowe.

Zambijczycy byli pilnymi uczniami? Czułyście, że Wasza praca ma sens?

Ludzie bardzo ciepło nas przyjęli. Zapał, skupienie i radość podczas warsztatów dowodziły, że byłyśmy tam potrzebne. Potwierdziły to też ankiety ewaluacyjne. Mając takich słuchaczy, chciało się pracować. Na bieżąco poznając coraz lepiej kulturę, zwyczaje, modyfikowałyśmy program wykładów. Dowiedziałyśmy się na przykład, że świat porodów istnieje bez udziału mężczyzn. Nie poruszałyśmy więc tego tematu. Mówiłyśmy natomiast o chorobach przenoszonych drogą płciową, o komunikacji w małżeństwie, uczuciach i różnicach między kobietami i mężczyznami. Nasi słuchacze często robili wielkie oczy. Dziwili się, że można rozmawiać o tym, co się czuje, albo że możliwe jest wyrażanie gniewu z poszanowaniem drugiej osoby, na bazie koncepcji Porozumienia bez Przemocy. Wielkim odkryciem były dla nich naturalne metody planowania rodziny. Wszystko, co mówiłyśmy, skrzętnie notowali. Potrafili tak przez 7 godzin, z przerwą na obiad. Cudownie było patrzeć, jak cieszy ich zdobywana wiedza i jak niemal natychmiast wcielają ją w życie. Doświadczałyśmy też trudności. Na miejscu okazało się, że w Zambii większość osób nie ma termometrów. A – jak wiadomo – są one potrzebne do NPR. Po powrocie chcemy zorganizować zbiórkę termometrów owulacyjnych, które pomogą im w obserwacji.

A wiara? Łatwiej jest zrozumieć Ewangelię na misjach?

Zdecydowanie tak. Tam wszystko jest prostsze, wydaje się bardziej szczere. Podczas składania darów wierni przynosili do ołtarza naturalne rzeczy, jak np. pomidory, ziemniaki, mąkę. W ten sposób uczą się, że są odpowiedzialni za Kościół. Niesamowitym doświadczeniem było dla nas uczestniczenie w poświęceniu nowej świątyni. Pomagałyśmy w ostatnich pracach. Naszym zadaniem było nauczyć mieszkańców, jak należy sprzątać, jak np. umyć okna (oni nie mieli w domach szyb). Nie napracowałyśmy się strasznie, bo niemal natychmiast odebrano nam narzędzia pracy. Każdy bowiem chciał mieć udział w pracach. Nawet małe dzieci. Sama uroczystość była bardzo wzruszająca. Przyleciał na nią z Polski 88-letni ksiądz, który na budowę przekazał pieniądze. On poświęcił świątynię. Wzruszeń i radości nie brakowało. Ludzie nie pomieścili się w kościele. Widać było, że potrzebują wiary, wspólnoty i jedności. Na co dzień spotkania odbywają się w domach. W podstacjach Msze św. odprawiane są co kilka tygodni. Jeden ksiądz nie ma możliwości być u nich w każdą niedzielę. Gdy go nie ma, ludzie też się gromadzą i modlą. Msze św. trwają bardzo długo. Nawet do trzech godzin. Przed Eucharystią można się wyspowiadać. Kazania i nauki są bardzo proste. Modląc się w ich wspólnotach, miałam wrażenie, że Bóg jest dla nich bardzo bliską Osobą. Kimś najważniejszym, dla kogo się śpiewa, komu się można zwierzyć i kogo można prosić o konkretną wiarę. To było niesamowite. Zakładając czitengę, włączając się w śpiew i tańce, czułam, że jestem wśród swoich, wśród ludzi, którzy są moimi bliskimi, moimi braćmi i siostrami. Czułam to, bo tak zostałam przyjęta. Nawet nie wiesz, jak trudno było wracać do Polski. Mam nadzieję, że moja przygoda z misjami będzie miała swoją kontynuację.


agnieszka.napiorkowska@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama