Nowy numer 21/2020 Archiwum

Kolory sukcesu

O biznesie, w którym trzeba być twardym i jednocześnie wrażliwym, przyjacielskich spotkaniach królowych i umowie z Matką Boską mówi Jolanta Juraś, dyrektor finansowy i członek zarządu firmy Hortmasz, prezes Skierniewickiej Izby Gospodarczej.

Agnieszka Napiórkowska: Zapytam wprost: czy czuje się Pani kobietą spełnioną, kobietą sukcesu?

Jolanta Juraś: Tak. Myślę, że jestem spełniona, że odniosłam sukces i – mimo trudności życiowych – dałam sobie radę. Mając 35 lat, zostałam wdową z trójką dzieci. Byłam wówczas główną księgową, członkiem zarządu. Wyzwań było dużo. Z jednej strony trzeba było zająć się rodziną, z drugiej – nie zawieść pracodawcy, który dopiero co mnie awansował. Ból po stracie męża zabierał energię. Jednak odpowiedzialność wobec dzieci mobilizowała mnie do działania. Praca pozwalała na chwilę zapominać o bólu. Mąż zmarł tuż przed Bożym Narodzeniem. Przez lata, kiedy w oknach zapalały się światła choinek, cierpiałam. Nie chciałam tych świąt. Choinkę tuż przed Wigilią ubierały dzieci. Tylko one na nią czekały. Po 7 latach wyrzuciłam sztuczne drzewko kupione przez męża i pojawiło się żywe. Wymieniłam światełka i bombki. Przełamałam rytuał.

Jak mimo cierpienia i aktywności zawodowej udało się Pani zbudować dobre relacje z dziećmi?

Byłam matką wyrozumiałą i jednocześnie wymagającą. Dbałam o wzajemne zaufanie. Nie mówiłam długich kazań. Zdanie, które często powtarzałam, brzmiało: „Uważam, że stać cię na więcej”. I tylko tyle. Nie było kar, komentarzy. Synowie zawsze mieli świadectwa z czerwonym paskiem. Córka, gdy zmarł mąż, miała 4 lata. Po jego śmierci się zatrzymała. W przedszkolu nie słuchała pytań, nie potrafiła się cieszyć, bawić. Wciąż czekała na tatę. Chłopcy byli starsi i lepiej to znieśli. Ona z roku na rok stopniowo się pięła. W klasie maturalnej dołączyła do najlepszych. Studiowała język chiński. Prace licencjacką i magisterską obroniła z wynikiem bardzo dobrym. Byłam i jestem z niej dumna. Zawsze uważałam, że do bycia dobrym w zawodzie potrzeba pasji. I ona tę pasję w sobie odkryła. Syn początkowo wybierał się na medycynę. W IV klasie stwierdził, że idzie na informatykę. Poszedł i odnalazł się w tym. Drugi – tak jak ja – wybrał ekonomię. Dziś realizuje się w kadrze menedżerskiej. Myślę, że dla dzieci byłam wzorem w stawianiu sobie wysokich celów. Cieszę się, że osiągnęły już tak wiele.

Obok wykształcenia, dobrej pracy miarą sukcesu są relacje z ludźmi. Czy na tym polu też czuje się Pani spełniona?

Zawsze były dla mnie ważne więzi rodzinne i tradycja. Troska o spotkania w szerszym gronie to zasługa mojego męża i teściowej. Wychowałam się w domu wojskowego, komunisty. Chodziłam do kościoła ze swoją przyjaciółką Małgosią w tajemnicy. Ojcu nie mogłam się przyznać, że chodzę na religię. Na szczęście za mąż wyszłam za człowieka, w którego domu tradycje były celebrowane. Od jego rodziny wiele przejęłam i tego też nauczyłam dzieci. Mimo że Sławek nie żyje 30 lat, my nadal z jego bliskimi się spotykamy. Teściowa obawiała się, że rodzina się rozpadnie. Nic takiego się nie wydarzyło. Gdy trafiła do szpitala, a nie było jej córki, prosiła, by dzwonić po mnie. Największą wartością są dla mnie relacje z dziećmi. Gdy się spotykamy, siadamy na kanapach i długo rozmawiamy. Kiedy one są w domu, są święta. Wtedy nakrywam obrusem stół, wyciągam zastawę i świętujemy. Cieszę się, że dzieci mają ze sobą dobry kontakt. Cenię sobie też relacje z mamą. Choć jesteśmy bardzo różne, zawsze mogłam liczyć na jej pomoc. Nie inaczej jest z teściową.

Jakie miejsce w Pani życiu zajmuje przyjaźń?

Najbliższą moją przyjaciółką jest córka. Gdy synowie dorośli i zaczęli spędzać czas z rówieśnikami, my byłyśmy razem. Jak ważne były to dla nas chwile, obrazuje jedna sytuacja. W czasie studiów Bogumiły zdarzyło się, że nasz wyjazd terminowo pokrył się z obozem studenckim. Córka oznajmiła grupie, że nie jedzie, bo wyjeżdża ze mną. Naciskano na nią. Wówczas oświadczyła znajomym, że na nasz wyjazd czeka rok i nie zamierza z niego zrezygnować. Obie lubiłyśmy te chwile, gdy mając czas, mogłyśmy o wszystkim rozmawiać. Tak było aż do jej ślubu. Później rozpoczęły się za to inne wyjazdy – z... matkami przyjaciółek mojej córki. Dziewczyny nas ze sobą poznały. Mam sporą grupę przyjaciół, z którymi się spotykam. Do dziś przyjaźnię się z Małgosią, z którą przez 12 lat siedziałam w jednej ławce. Z tamtego okresu przetrwała jeszcze relacja z Hanią. One i ja obowiązkowo spotykamy się w okolicach Trzech Króli. To jest nasz rytuał od lat: spotykamy się – trzy królowe. Kiedyś nawet pozakładałyśmy sobie korony. (śmiech) Mam też przyjaciółki w biznesie. Są to kobiety sukcesu, z którymi w okolicach Dnia Kobiet organizuję wyjazdy do spa.

Czy ma Pani wrażenie, że Bóg posługuje się Panią jako swoim narzędziem?

Bóg często stawia na mojej drodze ludzi, którzy są w potrzebie. Odczytując to, staram się im pomagać. Bardzo to lubię. Cenię też osoby, które na mojej drodze stanęły nagle, jakby przypadkowo. Tak było np. z Zosią, którą poznałam podczas pielgrzymki. Ona, osoba niezamężna, miała trochę kłopotów w życiu osobistym. Kiedy straciła pracę, czuła się odsunięta i lekceważona przez rodzinę. Pojechała do Ziemi Świętej, by tam prosić o to, żeby Bóg odmienił jej życie. Bardzo wierzyła, że tak się stanie. W autokarze usiadłam obok niej. Później trafiłyśmy do jednego pokoju. Ona – smutna, przygnębiona, ja – niczym kolorowy ptak. Zaproponowałam wyjście ze znajomymi. Rzuciłam, by szare ubranie zamieniła na coś radosnego. Niestety, w walizce miała same smutne ubrania, adekwatne do jej nastroju. Zrozumiałam, że w sercu ma smutek, dlatego tak się ubiera. Powiedziałam jej o tym. Przytaknęła. Dużo rozmawiałyśmy. Miała wiele pytań. Przyszedł taki moment, że miałam wrażenie, iż czytam w jej duszy. Płakała, pytając, skąd to wszystko wiem. Pokazałam jej źródło smutku. Podpowiedziałam, jak sobie z nim radzić. Prosiłam, by zawalczyła o siebie. Usłyszałam, że byłam dla niej posłańcem, który pozwolił jej spojrzeć na siebie innymi oczami. Obiecała mi modlitwę. Po czasie się spotkałyśmy. Przyszła w czerwonym sweterku. Nie mogłam uwierzyć, że to ona. Innym razem, gdy ciężko chora leżała w szpitalu, modliła się, bym do niej zadzwoniła i dała jej nadzieję. Dzwoniąc do kogoś innego, omyłkowo wybrałam jej numer...

Pewnie aniołów, które się modlą za Panią, jest więcej zarówno po tej, jak i po drugiej stronie...

Tak sądzę. Moja córka zauważyła, że zawsze widzę potrzebujących. Tak jest np. podczas zakupów na targu. Widząc starsze osoby, zawsze coś od nich kupuję. A one mi dziękują, błogosławią i obiecują modlitwę. Ich słowa są dla mnie bardzo cenne. Uważam, że należy cenić pracę każdego człowieka. Nie wszyscy mogą być dyrektorami. Jeśli podchodzi się do zawodu z pasją, każda praca może dawać przyjemność. Często mówię to pracownikom. Staram się uczyć ich odpowiedzialności. Jestem wymagającą szefową. Żądam terminowości i solidności, ale gdy ktoś ma problem, może przyjść i to przedyskutować lub przekonać mnie do swoich racji. Cieszę się, bo tak się dzieje. Z drugiej strony motywuję też załogę do angażowania się w życie rodzinne. Do brania dłuższych urlopów i spędzania czasu z dziećmi. Jak mogę, pomagam. Miałam pracownika, którego pensję zajmował komornik. Z tego powodu rozsypywało mu się małżeństwo. Gdy zobaczyłam, jak wysokie koszty windykacji nalicza mu komornik, poprosiłam, by przedstawił mi całość długu. Jednorazowo spłaciliśmy całą kwotę, którą potem rozłożyliśmy mu na dogodne raty. On zawsze cieszy się na mój widok.

W kontekście Dnia Kobiet chciałam zapytać, czy zgodzi się Pani ze stwierdzeniem, że coraz więcej kobiet, obok aspiracji zawodowych, ceni rodzinę, macierzyństwo.

Mam wrażenie, że kobiety obserwują otoczenie i wyciągają wnioski. Przykładem jest moja córka, która wróciła z Warszawy do Skierniewic. Uznała, że jeśli miałoby pojawić się w jej życiu dziecko, to praca i życie w ciągłym biegu bez wsparcia rodziny są zbyt trudne. Zdecydowała się tu wrócić, doceniając „instytucję” babci. Dziś młode dziewczyny zaczynają dostrzegać potrzebę wielopokoleniowej rodziny. Bez niej czują się samotne. Doceniają coniedzielny obiad, przyjazd mamy na telefon w przypadku problemów. Zauważają, że są problemy, z którymi same nie do końca potrafią sobie poradzić.

A jakie trudności najczęściej wiążą się z życiem zawodowym kobiet?

Nam zawsze trudniej zaistnieć w biznesie. Przy rozważaniu awansu pomiędzy mężczyzną a kobietą zawsze brani są w pierwszej kolejności mężczyźni. Kobieta musi być dużo lepsza od mężczyzny, by mogła awansować. To jednak nadal tak działa. Kobiety są dokładniejsze i bardziej poukładane. Na szczęście mężczyźni zaczynają to doceniać. Widzą, że uporządkowanie dokumentacji zawsze było domeną kobiet. Mężczyźni są wykształceni, wyedukowani i może odważniejsi. Dlatego bardzo dobrze wychodzi współpraca damsko-męska.

A jak to jest być kobietą w biznesie?

Musimy nauczyć się być twarde i nie pozwalać się ograć. Sukcesem jest sytuacja, w której dwie strony są zadowolone. Do tego trzeba dążyć. Ale w życiu trzeba być też wrażliwym na relacje międzyludzkie i krzywdę ludzką. Trzeba być po prostu dobrym. Ja lubię pomagać. Wtedy czuję, że jestem blisko Boga. Kiedy się modlę, proszę: „Panie, uczyń serce moje według serca Twego”. Takiego podejścia do biznesu uczył Jan Paweł II, uczył kapitalizmu, który opiera się na humanitaryzmie, dzielenia się zyskiem i patrzenia sercem. Jeśli masz coś, podziel się tym, tak żeby wszyscy uczciwie mogli żyć ze swojej pracy. Pewnie dlatego z firmy rzadko odchodzą pracownicy. Połowa załogi pracuje dłużej niż ja, inni – ponad 10 lat. Odchodzą ci, którzy nie umieli dopasować się do grupy, razem pracującej na szacunek.

Czy są takie osoby, które stanowią dla Pani inspirację, wzór?

Duchowo taką osobą był Jan Paweł II. Najwybitniejszy Polak, do którego mam wielki szacunek. Dla niego realizuję cały czas postanowienie sprzed lat. Dla niego zmieniłam swoje postępowanie i trwam w tym do dziś.

Kobiety chętnie przyjaźnią się z Maryją. Jak określiłaby Pani swoją relację z Matką Bożą?

Jak to w życiu: bywały momenty, kiedy byłam bliżej i kiedy dalej. I to nie chodzi o uniesienia. Moja córka nosi imiona Bogumiła Maria. Pojawiła się, gdy dostałam awans, i była niespodzianką. Nie znając płci dziecka, prosiłam Maryję, by była to dziewczynka. Obiecałam, że jeśli tak będzie, otrzyma imię Bogumiła – wymodlona u Boga, a Maria ze względu na Orędowniczkę. Są takie momenty, kiedy się Jej zawierzam i z Nią rozmawiam. Wierzę, że kiedy człowiek się modli, Bóg posyła mu posłańca. Szczególne miejsce w moim życiu zajmuje Jezus Miłosierny. Jego obraz mam w domu i samochodzie. Modlę się Koronką.

Gdy się Pani słucha, widać, że lubi Pani siebie.

Bardzo lubię. Gdyby Bóg nie zabrał mi męża, pewnie byłabym zarozumiałą osobą, przekonaną, że świat kręci się wokół niej, że wszystko ma, że sama osiągnęła sukces. Kiedy straciłam męża, zaczęłam inaczej patrzeć na życie, inaczej spojrzałam na ludzi. Dziś potrafię patrzeć sercem, być bezinteresowna, ale i asertywna. Lubię siebie za talenty, którymi Pan Bóg mnie obdarzył. Nie osiągnęłabym tego wszystkiego, gdyby nie te dary. Czego mi brakuje? Jedynie czasu.


agnieszka.napiorkowska@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama