Nowy numer 42/2020 Archiwum

Tu całowano jego buty

Śmiało można powiedzieć, że żadne inne powitanie nie było tak wymowne i wzruszające jak to w Łowiczu, gdzie licealista Szymon Babicki rzucił się do nóg papieża i ucałował jego stopy. Gest ten zrobił wrażenie nie tylko na Janie Pawle II.

W 100. rocznicę urodzin św. Jana Pawła II nikt nie „odkopuje” pamiątek. Te bowiem nigdy nie były zakurzone. Zdjęcia ze świętym, podarowane różańce, prezenty są prywatnymi relikwiami, pilnie strzeżonymi, które pomimo upływu lat ciągle chwytają za serce i inspirują do czynienia dobra. Na terenie diecezji o miłości do św. Jana Pawła II świadczą liczne pomniki, nazwy ulic, szkół, placówek. Nie brakuje też różnego rodzaju dzieł, projektów, stowarzyszeń, które – inspirowane jego nauczaniem – starają się służyć Bogu w braciach. W okrągłe urodziny odwiedzamy miejsca, w których papież modlił się, rozmawiał z wiernymi, a nawet skakał przez płot, odbierał zimny prysznic i był zaskakiwany gorącym przyjęciem.

Nocny skok przez płot

– Ojciec Święty na pewno był trzy razy na terenie naszej diecezji – wyjaśnia bp Andrzej F. Dziuba. – Pierwszy raz w lutym 1956 r. w Szymanowie. Został tam zaproszony przez siostry niepokalanki do wygłoszenia rekolekcji dla uczennic. Później, w 1967 r., w Tumie pod Łęczycą wraz z kard. Stefanem Wyszyńskim przeżywał Milenium Chrztu Polski. Trzecie spotkanie to Łowicz i jego wizyta 14 czerwca 1999 roku. To spotkanie pewnie wielu pamięta. Niewykluczone, że papież był też w Kutnie, w parafii św. Wawrzyńca, razem z kard. Wyszyńskim. Niestety, nie mamy na to niezbitych dowodów – opowiada bp Dziuba.

O każdej z trzech wizyt można by napisać (co zresztą wielu już zrobiło) oddzielne książki, w których nie zabrakłoby głębokich duchowych treści, ale także zwrotów akcji, a nawet anegdot. W okrągłe urodziny trudno nie wspomnieć pierwszej wizyty ks. Karola Wojtyły w Szymanowie. Jej przebieg, a właściwie początek w barwny sposób opisała ówczesna przełożona domu s. Bernarda od Trójcy Świętej.

„Przyjazd zapowiedziany był na godz. 18.30. Tymczasem chwyciły wielkie mrozy, a co za tym idzie, wielkie opóźnienia pociągów. Szymanów i bez tego przywykł do tej smutnej rzeczywistości, że konie idą na stację swoją drogą, a goście przyjeżdżają, a raczej przychodzą swoją. Tym razem było podobnie. Konie wyjechawszy z domu, wróciły o 23.00 z niczym, a ksiądz o godz. 2.00 w nocy maszerował w ciemnościach przy mrozie 25 st. C ze stacji do klasztoru; sportowym wyczynem zdobył bramę wejściową, zamkniętą o tej godzinie i przez pół godziny obiegał dom, próbując wytrzymałości wszystkich drzwi po kolei, nim wreszcie usłyszała go w swojej celi s. Idalia. Ponieważ zamki od drzwi – może też na skutek mrozu – zastrajkowały, więc skończyło się na tym, że s. Amata prowadziła gościa do jego pokoju przez strych. Na szczęście miły gość wcale się nie obraził i wszystko dalej potoczyło się normalnie, a nawet bardzo pomyślnie...” – napisała przełożona.

Później kilka razy powracał pomysł, by na murze klasztornym umieścić pamiątkową tablicę przypominającą to wydarzenie. Jednak by nie zachęcać kolejnych sportowców do forsowania ogrodzenia, z pomysłu zrezygnowano. Po wyniesieniu na ołtarze Jana Pawła II zarówno siostry niepokalanki, jak i wierni parafii nie kryją radości, że po ich ziemi chodziło kilku świętych, bo trzeba pamiętać, iż – poza papieżem – przebywali tam także bł. Marcelina Darowska oraz św. Maksymilian Maria Kolbe.

Morze parasoli

O niezwykłej, drugiej wizycie świadczy wiele pamiątek, zdjęć, notatek sporządzonych nie tylko przez pobożnych duchownych i wiernych, ale także ówczesne Służby Bezpieczeństwa, które inwigilację określały pseudonimem „Synod”.

– To było niezwykłe wydarzenie. W Tumie pod Łęczycą 11 czerwca 1967 r. obchodzono zakończenie uroczystości milenijnych, które stanowiły jeden z głównych punktów programu tego wydarzenia w diecezji łódzkiej, do której wówczas należała ziemia łęczycka. Przesunięcie o rok spowodowane było śmiercią łódzkiego biskupa Michała Klepacza. Gdy się przegląda ówczesne fotografie, wzrok przykuwa piękny ołtarz, a także tłumy wiernych, a właściwie morze parasolek. Przez cały czas bowiem padało. Uroczystą Eucharystię celebrował abp Karol Wojtyła, który już wiedział o swojej nominacji kardynalskiej – opowiada bp Dziuba. Jak zauważa ks. Piotr Nowak, proboszcz parafii Najświętszej Maryi Panny Królowej i św. Aleksego w Tumie, jeszcze w maju 1967 r. władze podważały zasadność obchodów tysiąclecia chrztu Polski w Tumie.

– Biskupi argumentowali ich słuszność faktem, że na ten rok przypadała 970. rocznica powstania dawnego opactwa Najświętszej Maryi Panny w Tumie i wyprawy misyjnej św. Wojciecha – podkreśla ks. Nowak. Tumski proboszcz w świątyni, a także w utworzonym przez siebie muzeum zgromadził wiele pamiątek związanych z tamtejszą wizytą. W swoich zbiorach ma fotografie, książki, replikę ornatu, w którym abp Wojtyła sprawował liturgię. Ma także podarowane przez kard. Stanisława Dziwisza sutannę papieską i relikwie świętego papieża. Kapłan pokazuje na fotografii ołtarz polowy ustawiony na dziedzińcu kościelnym.

– Podczas tamtejszych uroczystości nie tylko liczba wiernych zachwycała. Wrażenie robiła też liczba funkcjonariuszy, którzy na różne sposoby chcieli nie dopuścić do wydarzenia. O tym, jak ważne były to uroczystości, świadczy choćby fakt, że podczas liturgii odczytano list od papieża Pawła VI z życzeniami i błogosławieństwem dla diecezji. Ówczesny abp Wojtyła nie głosił kazania, nie ma zatem zapisu jego przesłania. Z jego wizytą jest związane natomiast pewne zabawne wydarzenie. W związku z kiepską pogodą nad celebransem trzymano baldachim, który chronił go od ulewnego deszczu. W pewnym momencie Józefowi Granosowi, jednemu z trzymających „daszek”, omsknęła się ręka i cała woda wlała się abp. Wojtyle za kołnierz. Późniejszy papież tego zdarzenia chyba nie miał za złe, bo kilka razy wspominał Tum i swoją w nim wizytę – opowiada ks. proboszcz. Tum także pamięta papieża. W parafii czczone są relikwie świętego. Obok starego drewnianego kościoła rośnie dąb papieski. Niezwykły przebieg będą miały także urodziny papieskie, na które wierni przygotują m.in. „tort urodzinowy”.

Kwiaty z Australii

Niezapomniane spotkanie odbyło się w Łowiczu 14 czerwca 1999 roku. Trzeba wiedzieć, że o wizytę papieża w sercu diecezji z ogromną determinacją zabiegał bp Alojzy Orszulik. Doszło do niej podczas VII pielgrzymki do Polski, która odbywała się pod hasłem: „Bóg jest miłością”. W czasie swojej wizyty Ojciec Święty modlił się z wiernymi na Bratkowicach oraz w katedrze łowickiej, którą podniósł do godności bazyliki mniejszej. – To było wielkie wyzwanie, ale i przeżycie. Przygotowania do wizyty trwały bardzo długo. Na szczęście wszystko się udało, także dzięki pomocy dobrych ludzi. Wszystkie zespoły nadzorował bp Orszulik – wspomina s. Fidencja.

– Dla nas była to niezapomniana chwila. Poza modlitwą miałyśmy szczęście witać Ojca Świętego w progach rezydencji chlebem i kwiatami. Papież każdej z nas udzielił indywidualnego błogosławieństwa. Tego nie da się zapomnieć. Emocje były takie, że nie pamiętam, kto stał obok mnie. A potem ze wzruszeniem patrzyłyśmy, jak ludzie przychodzili do rezydencji, by choć na chwilę być w miejscu, w którym przebywał papież. Jedna z rodzin przyszła tam z małym, chorym dzieckiem. Oni już wtedy przeczuwali, że jest to święty człowiek – wspomina siostra. Wśród osób mocno zaangażowanych w przygotowanie wizyty byli kapłani, włodarze, służby i wierni. W grupie tej była m.in. rodzina Witolda Skrzydlewskiego, właściciele kwiaciarni i zakładów pogrzebowych, którym powierzono dekorację ołtarza.

– W tamtym czasie przystrojenie miejsca celebry w kolorach łowickich było nie lada wzywaniem, bo nie znano wówczas gąbek kwiaciarskich, a dodatkowo stroje łowickie mają bardzo intensywne kolory. Wiele roślin musieliśmy farbować. Do dekoracji wykorzystaliśmy 13 tys. kwiatów, niektóre sprowadziliśmy z Australii. Były to głównie storczyki, anturia, gerbery. Obok tronu ustawiliśmy dwie kolumny z kwiatami. Bałem się, że gdy wiatr zawieje, to te kwiatowe kolumny przewrócą się na papieża, dlatego przytwierdziłem je śrubami do podestu. Pracowaliśmy w kilkanaście osób wiele godzin. Tego samego dnia podczas próby chóru zarwała się część sceny. Dzień przed wizytą na miejsce celebry przybyło wojsko i na komendę cała jednostka skakała, by sprawdzić wytrzymałość sceny – wspomina W. Skrzydlewski. Rodzina Skrzydlewskich układała kwiaty także w rezydencji biskupa oraz na lotnisku w Łodzi.

– Kiedy papież odlatywał, dostał bukiet róż w landrynkowym kolorze z mojej szklarni. Cieszę się, że kilka razy był wśród kwiatów, które układałem, wyhodowałem lub sprowadzałem do kraju – mówi, nie kryjąc wzruszenia, pan Witold. Trzeba dodać, że w Łowiczu buty papieża całował nie tylko licealista. Po Mszy św. także ks. Łukasz Lesiak, jeszcze w szacie liturgicznej, przedarł się do Ojca Świętego, uklęknął przed nim i ucałował jego buty, w ten sposób dziękując w imieniu swoim i kolegów kursowych za wyświęcenie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama