Nowy numer 27/2020 Archiwum

Takiej jeszcze nie było

Dzięki tej pielgrzymce i zamieszaniu wokół niej może ludzie przypomną sobie, jakie znaczenie i siłę mają wiara i modlitwa – mówią pątnicy 365. ŁPP na Jasną Górę.

Bez wątpienia tegoroczna łowicka „jaskółka” na Jasną Górę przejdzie do historii jako jedna ze sławniejszych pielgrzymek. W świetle fleszy, głośna na całą Polskę, wielka w swej maleńkości. Podobno jedna jaskółka wiosny nie czyni... Ta uczyniła – wiosnę w sercach tych, którzy mają nadzieję na kolejne wędrówki do Matki Bożej, ale i komentarze, które znów podzieliły kraj i wywołały wielki spór. Jednak – jak mówią pielgrzymi, kapłani, policjanci, przedstawiciele władz i ci, którzy kibicowali pątnikom – główna Bohaterka tych wydarzeń nad wszystkim czuwa i wszystkim się zajmie. Jak każda matka – przytuli, pocieszy i wysłucha swoich dzieci, nawet gdy pogubią się w drodze do Niej.

Jaskółka uwięziona

25 maja Mszą św. pod przewodnictwem bp. Józefa Zawitkowskiego rozpoczęła się jubileuszowa 365. Łowicka Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę. – Dzisiejsza pielgrzymka jest historyczna. Niech zapiszą to kroniki urzędów, kościół bernardynek, wszystkie parafie i gazety, że w czasie epidemii z Łowicza wyszła 365. pielgrzymka na Jasną Górę. W drogę ruszają ci, którzy wiarę mają większą od epidemii, pokładają ufność w Tej, która zawsze nas ocali. W tym mieście nie ma zarazy. Ja wierzę, że to dlatego, że macie Księżną Łowicką za opiekunkę i nosicie Ją w sercach. Ponieście tę wiarę przez nasz kraj, aż na Jasną Górę – prosił bp Zawitkowski w homilii. Nie mylił się, że ta pielgrzymka będzie historyczna. Radość z wyjścia na szlak trwała 7 godzin. Koło godz. 14 w okolicy Słupi pielgrzymów zastopowała policja.

– Zatrzymali nas między Słupią a Lipcami Reymontowskimi. Przyjechało 5 radiowozów, chyba dwa samochody nieoznakowane, zrobił się ogromny chaos. Nie wiedzieliśmy, co robić. Jedni uciekali przez pola, inni w las, jeszcze inni ruszyli w dalszą drogę, już na nocleg. Część zadzwoniła po rodziny, by odwieźli ich do domu – relacjonowali pątnicy. Tego dnia funkcjonariusze spisali dane ponad 70 osób, które – jak wyjaśniła rzecznik prasowy wojewódzkiej policji Joanna Kącka – „brały udział w nielegalnym zgromadzeniu, powyżej 50 osób”. Jednak pielgrzymi pozostali nieugięci. Podobnie jak było to wiele lat wcześniej.

– Pielgrzymka idzie nieprzerwanie od 365 lat. Zrodziła się z potrzeby serc osób świeckich. To byli zwykli, prości ludzie, którzy mieli ogromną wiarę w Boga. Szli, gdy nie wolno było iść. Szli, gdy były zabory, I i II wojna światowa, czasy stalinizmu, komunizmu, Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Pilnowani przez milicję, spisywani, pod groźbami mandatów, procesów sądowych, a nawet śmierci. Początkowo być może była to jedna, może dwie–trzy osoby, które udały się na Jasną Górę, a w kolejnych latach na szlak wychodziły coraz większe grupy i tak dzieje się do dziś. W większośćci wędrówek szli bez księdza. Duchowy przewodnik jest obecny od 2000 r. i jest nim ks. Wiesław Frelek – mówi Jacek Rybus, który pisze książkę o ŁPP.

– Przypadków, gdy pielgrzymi szli do Matki nieugięci przez władze, wojsko, system polityczny, było wiele. Choćby w 1962 r., gdy zgromadzili się przed wyjściem na szlak przed kościołem Świętego Ducha, bo początkowo pielgrzymka wychodziła stamtąd. Jednak ówczesny proboszcz bał się konsekwencji sprawowania Eucharystii dla takiej grupy osób i nie wpuścił ich do kościoła. Więc szukali miejsca, gdzie mogą udać się na Mszę św. Przyjęły ich siostry bernardynki. Stąd też tradycja, że Msza św. odbywa się zawsze w tym kościele – wyjaśnia J. Rybus. Nieugięci pozostali i w 2020 r., gdy drugiego dnia pielgrzymki znów wyruszyli na trasę. W mniejszej grupie, w maseczkach i z zachowaniem odległości. Ponownie spisywani i proszeni o powrót do domów, dostosowali się do próśb funkcjonariuszy, ale nie odpuścili.

Cholera, hiszpanka i COVID-19

Główną intencją pątników była prośba o ustanie pandemii i deszcz. – Część próśb już w pewien sposób się spełnia, bo dwa razy zmokliśmy na trasie. Niemal tradycyjnie przed Gidlami powitał nas deszcz, więc Matka Boża wysłuchuje naszych próśb – mówi ks. Frelek. Tych o ustanie zarazy wysłuchała już nieraz.

– W 1895 r., gdy w Europie panowała epidemia cholery, pielgrzymi szli na Jasną Górę z wielkim drewnianym krzyżem. Tuż przed Gidlami, w miejscowości Budy, dostali informację, że epidemia ustała. Postanowili nie nieść dalej symbolu zwycięstwa, tylko pozostawić go w tym miejscu. Od 1970 r. jest tam metalowy krzyż, o który przez lata dbała jedna z mieszkanek miejscowości. Pielgrzymi zostawiali jej ofiarę, by przez cały rok doglądała krzyża. Kobieta zmarła i teraz krzyżem zajmują sie kolejni łowiccy pielgrzymi. Zawsze jest udekorowany, miejsce wokół niego jest uporządkowane, a oni sami, dochodząc do niego w czasie wędrówki, trzy razy okrążają go na kolanach. Znajduje się na nim tabliczka z sentencją: „Stat Crux dum volvitur orbis”, co znaczy „Krzyż stoi, chociaż kręci się świat” – opowiada J. Rybus.

Pielgrzymi nie odwołali ani nie przerwali wędrówki także w czasie epidemii hiszpanki, która panowała w Polsce w latach 1918–1920. Wtedy także Matka Boża wysłuchała próśb pątników i zaraza ustała. także podczas epidemii koronawirusa pielgrzymi postanowili oddać tę sprawę w ręce Maryi, sami ofiarowując modlitwę i trud wędrówki. – Lekarze są od tego, aby leczyć, policja od tego, by pilnować porządku, a chrześcijanie od tego, aby się modlić – mówi ks. Frelek. Z tym zamysłem na szlak wyruszyło ponad 130 pątników. Jednak na Jasną Górę doszło ich tylko 20, w trakcie drogi rotacyjnie zmieniając się po 5 osób. Jednak ciągłość pielgrzymki została zachowana i krzyż, tak ważny dla łowickich pątników, dotarł na Jasną Górę, a wraz z nim intencje i modlitwy.

Dwie korony

Pielgrzymi z pokorą przyznali, że popełnili wiele błędów podczas organizacji tegorocznej ŁPP. Jednak ich miłość do Matki i wiara, że może uczynić cud, były warte każdej próby. – Bijemy się w piersi, przyznając, że źle to rozegraliśmy, ale nikt nigdy nie zatrzymał pielgrzymki, choć czasy były gorsze. Dziś, mijając krzyż, który postawili nasi przodkowie, zastanawiałem się, jak im musiało być ciężko. Nie mieli antybiotyków, wyposażonych szpitali, ale mieli wiarę, nadzieję i miłość. Przykazania miłości są dwa, ale miłość jedna. Świat biegnie w różne strony, ludzie błądzą, szukają swoich dróg, a my, łowiccy pątnicy, mamy jednego Boga, jedną Matkę i uznajemy dwie korony – cierniową Jezusa Chrystusa i Matki Najświętszej. My, łowiczanie, tacy jesteśmy – mówił na szlaku Paweł Gala.

– Na pielgrzymce dzieją się cuda, ale trzeba je dostrzec. Tam nie idą ludzie święci. Idą grzesznicy, którzy mają problemy, są różni, nie „świątobliwi”, nawróceni. Ale idą z wiarą i chęcią zmiany, którą czyni w sercu Matka Boża, a widocznym znakiem są małe gesty, drobne zmiany, które dzieją się w trakcie drogi i po zakończeniu wędrówki – mówi J. Rybus. W tym roku na szlaku wiele się działo. Złych, trudnych, ale i dobrych rzeczy. Idący do Matki pielgrzymi w każdej miejscowości doświadczyli troski mieszkańców, a także policji.

– Nie mamy do policji żalu, ale dużą wdzięczność, że starali się nas zrozumieć, w sercu nam kibicowali, choć musieli wykonać swoje, przykre dla nas, obowiązki. Za nich też się modlimy – mówią pielgrzymi. Na Jasną Górę dotarli 30 maja, w wigilię Zesłania Ducha Świętego. Z bolącymi stopami, pokornie klęcząc, przepraszali za zamieszanie w drodze do Maryi, złożyli Jej swoje prośby i intencje i podziękowali, że mimo wszystko mogli kontynuować tradycję swoich dziadków i 365. raz oddać hołd jedynej Królowej.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama