Nowy numer 32/2020 Archiwum

Czerwone wstążki i siekiera w progu

Przesądy, obyczaje, tradycje. Czy istnieje między nimi granica? Kiedy obyczaje stają się zabobonami, a obrzędy gusłami rodem z „Dziadów”? O obrzędowości rodzinnej, różnicach międzypokoleniowych, celebracji wydarzeń rodzinnych na przestrzeni 100 lat opowiada Michał Pająk, etnolog.

Niemal każdy z nas, często od najmłodszych lat, interesuje się powiązaniami rodzinnymi, genealogią, historią przodków czy pochodzeniem swojego nazwiska. Jednak nie każdy zastanawia się, jak w historii rodziny, miejscowości, parafii wyglądały poszczególne obrzędy, obyczaje towarzyszące człowiekowi od narodzin aż do śmierci. Michał Pająk, pochodzący z Lubochni, podjął się opisania obrzędowości rodzinnej w powiecie tomaszowskim.

Przeprowadzone przez niego badania są częścią projektu realizowanego w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Efekty pracy są doskonałym materiałem na książkę o tym, skąd wzięły się pewne obrzędy, obyczaje, które przekazywane są z pokolenia na pokolenie. I choć dziś często uważane są za zabobony, zwłaszcza przez ludzi wierzących, oraz powód do żartów, to jednak każdy szuka w nich ziarnka tradycji i refleksji nad tym, skąd wzięły się poszczególne elementy w obrzędach chrześcijańskich i świeckich, i czemu są wciąż żywe w celebracji świąt, uroczystości.

Nie pomoże, nie zaszkodzi

Chyba nie ma dziś osoby, która przygotowując się do ważnego wydarzenia w życiu rodziny, nie usłyszałaby „rad” babć, cioć lub starszych sąsiadek. W różnych rejonach Polski są różnie podawane, interpretowane.

Od zawiązywania czerwonej kokardki „chroniącej” przed urokiem, przez przeciąganie małżonka na swoją stronę przy wyjściu z kościoła, by być górą w związku, aż po zatrzymywanie zegara w chwili śmierci bliskiej osoby. Wszelkie „porady” nie wzięły się znikąd. Swoje źródło mają w wiekowych obrzędach i obyczajach. Choć zmieniają się z biegiem czasu, wiele z nich wciąż funkcjonuje w codzienności zarówno wierzących, jak i niewierzących. – Na przestrzeni lat wiele obrzędów i obyczajów zmieniało swoją formę. Dochodziły pewne elementy, część z nich zanikała. I choć najwięcej słyszy się o obyczajach ślubnych czy związanych z narodzinami i chrzcinami dziecka, to najdłużej w niezmienionej formie trwały obrzędy związane ze śmiercią i pogrzebem – mówi M. Pająk.

– Wiele z tradycyjnych obyczajów uważamy dziś za przesądy. Jednak nawet gdy je obśmiewamy, machamy na nie ręką, w podświadomości zawsze coś zostaje i choć możemy w to nie wierzyć, pojawia się myśl: „Może pomoże, a jak nie pomoże, to nie zaszkodzi”. Granica między obyczajem a przesądami zaciera się. Kościół napomina, by nie wierzyć w przesądy, ale wiele świąt, zwyczajów wywodzi się z kultury przedchrześcijańskiej. Choćby noc świętojańska, „namaszczona” wigilią narodzin św. Jana. Zostaje nam jeszcze tradycja zarówno chrześcijańska, jak i świecka naszych przodków. Ilu ludzi dziś naprawdę wierzy, że wianki święcone na zakończenie oktawy Bożego Ciała chronią nas przed burzą, gradobiciem czy kładzeniem się zboża po deszczu? Mimo to wiele osób zbiera kwiaty i zioła, plecie wianki i niesie je do kościoła. Wszystko zależy od podejścia zarówno do wiary w Boga, jak i potrzeby wypełniania obrzędów – wyjaśnia. Z badań, wywiadów przeprowadzonych przez etnologa na terenie powiatu tomaszowskiego wynika, że wśród ludzi coraz bardziej zanika obyczajowość rodzinna. Funkcjonuje jeszcze w kulturze wiejskiej, w małych miejscowościach, jednak jej tradycyjne formy zmieniają się z roku na rok.

– Młodzi ludzie rezygnują z wielu obrzędów, nie znają ich, a jeśli już mają jakąś wiedzę, najczęściej je ignorują. Tak jest chociażby z błogosławieństwem rodziców przed zawarciem związku sakramentalnego. Dawniej odbywało się to w domu. Teraz młodzi pomijają ten element, a jeśli jest wypełniany, to „byleby był”. Wiedza zanika. Podobnie jest z obrzędem oczepin. Młodzi ludzie odpowiadają, że to rzucanie welonu. Niewielu pamięta, że to był niezwykle ważny obrzęd przejścia panny młodej w rolę gospodyni, zmiana statusu społecznego. Dziś oczepiny, jeśli są, mają formę zabaw, w których niewielu chce uczestniczyć – opowiada.

Ciężkie życie ciężarnej

Obrzędy i obyczaje rodzinne w powiecie tomaszowskim opisane przez M. Pająka odnoszą się do każdej sfery życia człowieka – od poczęcia, narodzin, aż po śmierć i pogrzeb. Jego praca z pewnością doda otuchy tym, którzy przejmują się, że mają tak wiele obowiązków, zakazów, zaleceń do wypełnienia przed narodzinami, chrztem czy I Komunią św. dziecka. Sto lat temu obrzędów, a może przesądów było znacznie więcej. Kobieta w stanie błogosławionym także dziś nie ma lekko. Choć minęły lata, medycyna poszła do przodu, a kobiety mają coraz większą świadomość tego, jak rozwija się dziecko od chwili poczęcia, wciąż znajdą się tacy, którzy przypomną, że nie powinna farbować włosów w ciąży, bo dziecko będzie rude, nie piec ciast, bo na pewno będzie zakalec... W tradycyjnej chłopskiej rodzinie na terenie powiatu tomaszowskiego w latach 20. XX w. kobieta w ciąży miała szereg zakazów.

„Nie wolno było jej nabierać wody ze studni, gdyż mogły się tam zalęgnąć robaki i żaby, tym samym stałaby się nieprzydatna do picia. Nie wolno było jej rozpalać ognia, ponieważ mogło to skutkować pojawieniem się czerwonych plam na twarzy dziecka. Nie można było jej patrzeć na kalekę, bo dziecko urodziłoby się niepełnosprawne. Nie wolno było jej także patrzeć przez dziurkę od klucza, bo dziecko mogłoby mieć felerne oczy” – opisuje M. Pająk. Ciężarna była także izolowana od społeczeństwa w celebrowaniu zaślubin i pogrzebów. Wierzono, że przyjście ciężarnej na ślub zwiastuje ciężkie życie dla panny młodej, z kolei przyjście na pogrzeb narażało poczęte dziecko na „morzącą siłę zmarłego”.

Niemniej ciekawie wyglądał sam poród. Chyba żadna kobieta nie chciałaby dziś rodzić dziecka tak, jak odbywało się to w zeszłym wieku. W izbie, gdzie odbywał się poród, rządziła „babka”. Usuwała stamtąd niepotrzebnych gapiów, zasłaniała okna, ubierała położnicę w lnianą koszulę, wyjmowała jej wszystkie spinki, zapinki i agrafki, rozpuszczała włosy, rozwiązywała, rozplatała wszystkie splecenia. Sytuacja wymagała obrzędowego otwarcia. „Podczas rodzenia kobieta powinna odmawiać modlitwę, najlepiej Różaniec. W tym czasie, dla złagodzenia bólów, babka mogła, a niekiedy mówiono, że powinna masować lekko brzuch rodzącej, smarując go delikatnie wieprzowym tłuszczem” – czytamy w pracy etnologa.

Następne etapy w życiu dziecka to kolejne obrzędy i tradycje. Nie brakowało ich podczas przygotowania i sakramentu chrztu świętego. Ciekawostek jest wiele, choć kilka z nich zwraca szczególną uwagę na to, jak wielkie znaczenie miał ten obrzęd, wybór rodziców chrzestnych, imienia i tym samym „zabezpieczenia” dziecka na całe życie. Różnice między dzisiejszą obrzędowością a tą sprzed stu lat widać choćby w kwestii ubioru dziecka. „Chłopców ubierano w różowe kolory jak Pan Jezus, a dziewczynki na biało i niebiesko jak Matka Boża” – czytamy.

Wygoda vs. tradycja

Wiedza o obrzędowości, tradycjach i zwyczajach zanika. Wszystko idzie z „duchem czasu”, niekoniecznie dodając uroku poszczególnym wydarzeniom w życiu, często nawet je umniejszając, spłaszczając ich podniosłość. Co ciekawe, obrzędami rodzinnymi, które najdłużej odbywały się bez zmian – nie tylko w powiecie tomaszowskim – są te związane ze śmiercią i pogrzebem.

– Najwięcej uwagi poświęcam etnologii funeralnej. Najbardziej mnie ciekawi, interesuje i do tej pory, jeśli tylko mogę, nagrywam pieśni pogrzebowe, które coraz rzadziej słychać, zbieram materiały o tym, co już zanika przez wygodnictwo ludzi. Jeszcze pod koniec XX w. na wsiach ludzie żegnali zmarłego w domu, przygotowywali w jednym pokoju poczęstunek dla śpiewaków, którzy przychodzili „odprowadzić” zmarłego, w drugim pokoju zaś była wystawiona trumna z ciałem. Pilnowano tradycji, obrzędów. Z czasem zaprzestano zasłaniania luster, ustawiania siekier w progach domu, a pożegnania zaczęły odbywać się w kaplicy. Głównie z wygody, bo organizacja pogrzebu w domu wymaga zaangażowania rodziny, może znajomych, ale mam też wrażenie, że z niechęci, strachu przed zapraszaniem rodziny, sąsiadów do domu – opowiada etnolog.

W diecezji łowickiej nie brakuje nawiązań do tradycji ludowej, a w wielu parafiach podtrzymywane są poszczególne obrzędy. To od jej mieszkańców zależy, jak długo będą kultywowane tradycje i zwyczaje. Czy wzbogacą rodzinne uroczystości i wydarzenia, czy zostaną jedynie w pamięci pradziadków i na wystawie w muzeach i domach ludowych, a w codzienności będą obśmiewane jako przesądy? Na to pytanie każdy, zgodnie z własny sumieniem, może szukać odpowiedzi w muzeach, bibliotekach i rozmowach z tymi, którzy interesują się historią człowieka także w tej sferze. • Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama