Nowy numer 3/2021 Archiwum

Porwał się na Matejkę

W liceum plastycznym od jednego z wykładowców usłyszał, że nie od razu Rzym zbudowano i że malowania nie zaczyna się od „Bitwy pod Grunwaldem”. „Czemu nie?” – pomyślał i uznał to za wyzwanie.

tekst i zdjęcia agnieszka.napiorkowska@gosc.pl W 610. rocznicę starcia sił sprzymierzonych rycerstwa polskiego z Krzyżakami skierniewiczanie będą mogli zobaczyć legendarną „Bitwę pod Grunwaldem” Jana Matejki. Twarzą w twarz będą mogli stanąć naprzeciw wielkiego księcia litewskiego Witolda. Ich oczom ukaże się także Urlich von Jungingen, a także postacie: Zyndrama z Miszkowic – dowódcy sił królewskich, umierającego Kuno von Lichtensteina, Marcina z Wrocimowic dmącego w trąbę oraz Żiżka z Trocnova, który mieczem siecze krzyżackiego dostojnika. Co wnikliwsi dostrzegą także króla Polski Władysława Jagiełłę i sylwetkę patrona Polski św. Stanisława, czuwającego nad walczącymi. Czy to znaczy, że monumentalny obraz pędzla znakomitego mistrza przybędzie do Skierniewic?

W bursie, muzeum i na ubraniach

Ireneusz Rolewski, 26-letni student Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, od dziecka lubił bitwy, nie tylko te na obrazach. W życiu stoczył ich kilka. Na przebieg niektórych nie miał wpływu. Akceptował ich wynik, starając się w każdej sytuacji znaleźć jakieś pozytywy. Tych z powodzeniem szukał także podczas pobytu w Domu Dziecka w Strobowie. To tam zauważono jego talent malarski. Do najtrudniejszych potyczek zalicza te związane z relacjami, miłością. Nie ukrywa, że go trochę poszarpały, ale paradoksalnie były też siłą do walki i tworzenia.

– Artysta potrzebuje ucisku, trudu, od którego będzie uciekał w sztukę. Czym gorzej się dzieje, tym lepiej się tworzy, bo wtedy szukamy oparcia w tym, co robimy. Można powiedzieć, że staje się to pewną formą modlitwy – uważa Irek. Gdy się go słucha, rodzi się pytanie, skąd w młodym, skromnym i obdarzonym talentem malarzu takie zamiłowanie do bitew, nie tylko tych wewnętrznych, ale także na płótnie? – Osławiona „Bitwa pod Grunwaldem” Matejki towarzyszyła mi od dziecka. Jej reprodukcja wisiała nad moim łóżkiem. Był to pierwszy obraz, który zobaczyłem i z którym obcowałem. Obok była ikona. Kiedy zdobyłem wiedzę o twórcy i o dziele, zmieniło się z automatu moje patrzenie na niego i jego wartość – opowiada artysta.

Później na różnych etapach życia obraz Matejki był dla Irka nie lada wyzwaniem. Sięgał po niego kilkakrotnie. Pierwszy raz w bursie Liceum Plastycznego w Łodzi. Do dziś jest tam jego mural z tym motywem. Do tematu powrócił w pracy dyplomowej. Przygotował kolekcję ubrań „prêt-à-porter”, będącą luźną interpretacją, mieszanką zbroi z fotografiami obrazu. W swoim dorobku ma także aranżację wnętrza w Muzeum Narodowym w Warszawie do pokazu dzieł Pabla Picassa. Podejmując wyzwanie, językiem hiszpańskiego malarza opowiedział... bitwę pod Grunwaldem. – Namalowałem tam mural, który bardzo dobrze się przyjął. Na ścianie, na której go wykonałem, powieszono plakietkę z moim imieniem i nazwiskiem. Bardzo się cieszyłem. Bądź co bądź moje nazwisko zawisło raz w muzeum – uśmiecha się Irek.

35 tysięcy supełków

Przez 5 lat życie młodego artysty zdominowane było przez tworzenie kopii obrazu J. Matejki. Chęć odtworzenia fragmentu dzieła na podstawie oryginału zrodziła się w jego głowie na I roku studiów. Pomysł poparli wykładowca od technologii malarstwa i dziekan. – Wszyscy trzej napisaliśmy pisma do Muzeum Narodowego, gdzie obraz jest wystawiony. I, o dziwo, placówka zgodziła się udostępnić mi dzieło. W trakcie prac dowiedziałem się, że ze względu na swój stan oryginał nie opuści już muzeum. Uznałem, że jest to okazja, by skopiować całość. Przy kolejnych elementach nie robiono mi problemu, a wręcz przeciwnie – pracownicy bardzo mnie wspierali i dzielili się swoją wiedzą – opowiada Irek.

Kopia malowana przez I. Rolewskiego jest większa od oryginału o 13,5 cm. Zasadnicza różnica tkwi nie w rozmiarze, ale w tym, że składa się ona z 11 elementów, które – co ciekawe – nie były zszywane, a wiązane. – By połączyć wszystkie części, wykonaliśmy 35 tys. supełków, włókno po włóknie. Chodziło o to, by nie wprowadzać innego materiału, bo każdy inaczej pracuje. Wszystkie supełki znajdują się na odwrocie. Obok mnie wiązali je studenci ASP i pracownicy uczelni. Pokonaliśmy znużenie cierpliwością – opowiada kopista. Wiązanie to niejedyna żmudna praca, jaką trzeba było wykonać. Nie mniej pracochłonne były gruntowanie i przygotowywanie płótna, wykonanie i obrobienie fotografii poszczególnych elementów czy zaprojektowanie i wykonanie krosna.

– Jan Matejko pracował na gotowych podobraziach, które sprowadzał z Francji. Ja sam przygotowywałem wszystko. Do gruntu użyłem bieli cynkowej i bieli tytanowej oraz kredy bolińskiej i szampańskiej. Każdy pigment ma inne właściwości i ma wpływ na ochronę obrazu. Na każdy kawałek ręcznie nakładałem grunt. Oczywiście najwięcej czasu zajęło samo malowanie. Gdy idzie o farby, poszedłem w ślady mistrza i, tak jak on, malowałem farbami niemieckiej produkcji. Do wykonania kopii zużyłem kilkanaście litrów różnych kolorów farb. Proces odtwarzania rozdzieliłem sobie na kilkanaście warstw. Pracowałem od ogółu do szczegółu. Na sam koniec odkładam krótkie gesty. Mam świadomość, że aby dokładnie wszystko odtworzyć, musiałbym malować jeszcze kilka lat. Na szczęście z kopiami jest tak, że to kopista decyduje, w którym momencie uznaje swoje dzieło za skończone. Ja chcę się jeszcze zbliżyć do oryginału – opowiada I. Rolewski.

Artysta nie ukrywa, że po drodze zdarzały się elementy trudne do powtórzenia. By je skopiować, potrzebne były świeża głowa, pewna, wypoczęta ręka, dobra muzyka (ze słuchawek) i spore skupienie, o które czasem było trudno. Bo trzeba wiedzieć, że kopia powstawała w czterech miejscach: w sali matejkowskiej Muzeum Narodowego w Warszawie, gdzie artysta spędził 620 dni roboczych (z czego większość w czasie, gdy muzeum było otwarte dla zwiedzających), na Stadionie Narodowym, na którym powstały trzy górne elementy, w Konstancinie i Skierniewicach. – Pracowałem na siatkach. Miałem zdjęcia całego obrazu. Fragmenty przewoziłem na rurach kanalizacyjnych. Podróżowałem z tubami tramwajem, pociągami ponad 4 lata. Były zabezpieczone, więc nikt nie wiedział, co przewożę. Wyglądały jak dywan, nie sądzę, że ktoś przypuszczał, iż tam są kopie wielkiego mistrza. Na obrazie widać mój rozwój, widać człowieka, teraz muszę to wszystko zniwelować – wyjaśnia.

Kaci i problematyczny święty

– Kopiowanie to żmudna praca. Wykonując kopię, trzeba przenieść coś, co już ktoś zrobił, czyli przetworzoną wizję. Właściwie ta kopia jest protezą oryginału. W najlepszym przypadku będącą do złudzenia podobną do Matejkowskiej. Nie da się wyjść poza ramę – uważa Irek. Kilkuletnie wpatrywanie się raz w oryginał, raz w kopię uwiodło malarza. Jak mówi, wszystkie postacie z obrazu są mu bliskie. Kto najbardziej? Po zachwycie księciem Witoldem teraz uwagę skradł... kat, a dokładniej dwóch katów.

– Oni są ważnymi postaciami. Nie widać ich twarzy, ale zbierają bardzo dużo światła. Ciekawa jest ich kompozycja. Kat w kapturze, nieraz przez dzieci odwiedzające muzeum nazywany Czerwonym Kapturkiem, a mówi tak wiele... Lubię też niewielką postać św. Stanisława. Jego twarz jest szkicowa. Ludzie, patrząc na niego, myślą, że to Matka Boska. Mają wątpliwości, zastanawiają się, kto tak świeci. A to patron Polski – mówi. Student ASP nie ukrywa, że lubi Matejkę. – Kiedy pracowałem w muzeum i nie miałem się do kogo odezwać, on zawsze patrzył na mnie ze swojego autoportretu. Czasem sobie pogadaliśmy. Do mnie należało ostatnie zdanie. On milcząco się z nim zgadzał. Dużo mu zawdzięczam. Dzięki niemu nauczyłem się komponować obraz. Widzę, jak on to robił. Ale chcę być artystą, tak długie kopiowanie już mnie ogranicza. Owszem, robię jakieś chałtury, ale marzę, by odetchnąć już w czymś swoim. Mam w głowie kilka pomysłów szkiców, ale o szczegółach jeszcze nie chcę mówić – wyznaje.

Pokazanie dzieła skierniewiczanom nie będzie końcem, ale pewnym etapem. Na finalny efekt trzeba jeszcze chwilę poczekać. Skończone dzieło zostanie zaprezentowane w ramie, w której przez lata wisiał oryginał. Nieprzesądzony jest jeszcze los kopii po jej ukończeniu. Pomysłów jest kilka. – Ten obraz to świętość narodowa. Ja trochę tę świętość naruszyłem, ale mam nadzieję, że w dobrym tego słowa znaczeniu. Ściągnąłem na siebie uwagę przez to, że obraz ma tak dużą siłę. On oddziałuje nie tylko na Polaków. Matejkę uwielbiają także Azjaci. Potrafią odwiedzać wszystkie miejsca w Polsce i na świecie, gdzie znajdują się jego obrazy. Myślę, że gdyby udało się ten obraz pokazać w Azji i w innych częściach świata, byłoby super. Podróżując, mógłby stać się ambasadorem Polski, opowiadającym o naszej historii i waleczności – marzy artysta.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama