Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Cykliści pod koloratką

Czterech przyjaciół, doskonale znających się jeszcze z czasów seminaryjnych, pielgrzymowało na rowerach z Łukowa do Lublina. Każdy dzień podróży znaczony był modlitwą w jakimś sanktuarium. Pokonując 490 km, pamiętali o wiernych diecezji.

To był drugi taki wyjazd. W zeszłym roku jechali północną częścią ściany wschodniej. W tym wybrali się na część południową doliną Bugu, wzdłuż granicy z Białorusią. Wyznaczona trasa wiodła przez dwa województwa, cztery diecezje i dwa parki – Sobiborski Park Krajobrazowy i Roztoczański Park Narodowy. Pokonując kolejne kilometry, po drodze spotykali się z różnymi charyzmatami zakonnymi, a nawet innymi wyznaniami.

Cenne spotkania i lekcje

Księża: Tomasz Muszyński, Łukasz Antczak, Tomasz Staszewski i Sylwester Bernat rozpoczęli pielgrzymowanie w Łukowie, do którego dotarli pociągiem. Pierwszy przystanek mieli w sanktuarium Błogosławionych Męczenników Podlaskich w Pratulinie, gdzie 13 braci unickich poniosło śmierć. W kolejnych dniach dotarli m.in. do sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej, później przez Terespol do Włodawy, Chełma, Zamościa, Lublina.

Każdego dnia trasa liczyła ok. 60 km, choć zdarzył się i etap 93-kilometrowy. Podczas drogi, jak zgodnie mówią, wrażenie robiła na nich gościnność, zarówno księży diecezjalnych, jak i zakonników. – W czasie rozmów mieliśmy okazję podzielić się swoim doświadczeniem Kościoła łowickiego i poznać tamtejsze. Planując trasę, nie sądziliśmy, że tak się to ułoży, iż zawsze będziemy w sanktuarium. Dla mnie było to ważne ze względu na intencje, jakie wieźliśmy – mówi ks. Staszewski. – Modliłem się za Kościół łowicki, za wspólnoty, którym posługuję, za różne dzieła i osoby – dodaje. Cennym doświadczeniem dla kapłanów było zetknięcie się z innymi wyznaniami.

– Byliśmy w prawosławnej cerkwi w Jabłecznej i w Pratulinie z unitami. W Sławatyczach na jednej ulicy, naprzeciwko siebie, znajdowały się dwie świątynie – cerkiew i kościół katolicki. Można powiedzieć, że ksiądz od ołtarza mógł widzieć, jak w cerkwi sprawowana jest liturgia. Czuło się tam bliskość i jedność. Dowiedzieliśmy się, że oni się nawzajem szanują, odwiedzają. To była dla nas cenna lekcja jedności. Przez całą drogę czuliśmy obecność Pana Boga, nieraz byliśmy przez niego zaskakiwani – podkreśla ks. Staszewski.

Jak za czasów seminaryjnych

Chwile spędzone na wyprawie, w czasie której ważnymi elementami dnia były Eucharystia, wspólna modlitwa brewiarzowa, integracja, a także rozmowy i pewnego rodzaju rywalizacja, był cenny doświadczeniem dla wszystkich kapłanów. Rowerowy wypad pokazał, że na co dzień służąc Bogu i ludziom, można się zmęczyć, można popaść w rutynę.

– Każdy z nas potrzebuje takiego czasu, w którym może się zresetować, odpocząć, spokojnie się pomodlić i pobyć z przyjaciółmi, przy których może być do końca sobą – podkreśla ks. Antczak. Kapłan dodaje, że wyjazd jest też okazją do zadbania o swoje zdrowie i kondycję. – Patrząc na naszą wagę, stwierdziliśmy, że trzeba przesiąść się na rower, żeby się nie „zastać”. Wcześniej nieraz byliśmy razem na różnych pielgrzymkach. Fakt, że możemy odpoczywać we wspólnocie kapłańskiej, jest bardzo cenny. Każdy potrzebuje miejsca, w którym czuje się zrozumiany, ważny, potrzebny – zaznacza ks. Łukasz. W podobnym tonie wypowiada się ks. Muszyński.

– Od lat jesteśmy przyjaciółmi. Wszyscy, oprócz Sylwka, byliśmy na jednym kursie w seminarium, ale on od początku się z nami trzymał. Znamy się dobrze. Będąc razem, mogliśmy przedyskutować wiele spraw. Każdy z nas ma inną formę duchowości, każdy jest inny, była więc okazja do tego, by się ze sobą pościerać, podyskutować, obśmiać swoje przywary i starokawalerskie przyzwyczajenia. Jadąc, przypominaliśmy sobie, że zawsze możemy na siebie liczyć. Ja dwa razy miałem kłopot z rowerem. Ktoś inny z kondycją. Zawsze w takich chwilach byliśmy razem. I to było piękne – opowiada ks. Muszyński. Ksiądz Sylwek, od lat związany z Ruchem Światło–Życie, mocno akcentuje poczucie wspólnoty, która po drodze robiła wrażenie na księżach i świeckich.

– Dla mnie był to w pewnym sensie powrót do czasów seminaryjnych, kiedy wszyscy razem mieszkaliśmy. Teraz, po latach, znów mogliśmy tego doświadczyć. Uświadomiliśmy sobie na przykład, że wszystkich nas łączy żyrardowska parafia Matki Bożej Pocieszenia. Tomek Muszyński z niej pochodzi, a potem kolejno po sobie byliśmy tam wikariuszami. Najpierw Łukasz, potem Tomek Staszewski i teraz ja. Można powiedzieć, że „chodziliśmy w tych samych butach”. Wspólnych tematów nie brakowało, było o czym rozmawiać. Cenię sobie to bardzo, bo nie pamiętam, kiedy byłem na urlopie bez dzieci, młodzieży, rodzin. Ten wyjazd to niesamowity prezent. Doceniam zarówno jego wymiar duchowy, jak i ten ludzki, integracyjny – dodaje ks. Sylwek. Świadomość wspólnoty, życzliwości, ale także wspólnej modlitwy, trwania przy Panu Bogu były umocnieniem dla całej czwórki, która zapowiada, że na lipcowym wyjeździe nie zamierza poprzestać.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama