Nowy numer 44/2020 Archiwum

Nocne śpiewy ku czci Panienki

Od ponad 100 lat, a niewykluczone, że dłużej, we wrześniu przed figurą Matki Bożej Skierniewickiej gromadzą się wierni, wierząc, że Ta, która niegdyś wspierała prymasów i poradziła sobie z epidemią cholery, teraz zatrzyma pandemię i pomoże rozwiązać wiele problemów.

Od niepamiętnych czasów w parafii św. Jakuba – od święta Narodzenia NMP przez całą oktawę – obok figury Maryi przy kościele gromadzą się ludzie na tzw. nabożeństwie lampek (nie ma takiego w innych parafiach diecezji). Z przekazów najstarszych mieszkańców wiadomo, że modlitwy te są wotum za uratowanie miasta od epidemii.

Nabożeństwa odbywają się przed figurą Matki Bożej, która ma prawie 300 lat. Z opracowań przygotowanych przez Marię Anacką-Łyjak wiadomo, że ufundowana przez prymasa Teodora Potockiego statua z białego marmuru pierwotnie stała w otoczeniu lip przed pałacem prymasowskim, obecną siedzibą Instytutu Ogrodnictwa. Fakt ten potwierdza wyryty na cokole napis w języku łacińskim: „Ku czci Dziewicy, Matki Niepokalanej, Niesplamionej, Maryi, Królowej polskiej wolności, ideał duszy swojej kazał przedstawić Teodor Potocki, arcybiskup gnieźnieński w r. 1738”.

Fundator figury w testamencie zapisał także 1000 zł na jej oświetlenie „po wieczne czasy”. Ustawiona na cokole figura nazywana jest też Panią Skierniewicką i Matką Prymasów, bowiem T. Potocki ją ufundował, a potem inni przy niej się modlili i łożyli na to, by paliło się przy niej światło. W 1781 r., po zakończeniu budowy klasycystycznego kościoła św. Jakuba, prymas Ignacy Ostrowski zadecydował o przeniesieniu figury przed świątynię. Dla większego „jej poszanowania” rzeźbę pozłocono. Kolejne przeniesienie Pani Skierniewickiej (tu, gdzie obecnie stoi) nastąpiło podczas zaborów pruskich. Przywłaszczenie mienia Kościoła i budowa na placu, gdzie stał posąg, budynku mieszkalnego wymusiły kolejną zmianę jego lokalizacji. W długiej historii nie brakuje momentów, w których kult Maryi mocno się rozwijał. Tak było na początku XX w., kiedy miasto opanowała epidemia cholery, która dziesiątkowała ludność.

Skierniewiczanie, nie nadążając grzebać zmarłych, zaczęli przed figurą odprawiać nowennę. Ostatniego dnia modlitw odbył się też ostatni pogrzeb. Pamiętając zatrzymanie zarazy, wierni zaczęli spontanicznie przychodzić ze światłami pod statuę, by do późnych godzin nocnych śpiewać przy niej pieśni. Stąd nazwa nabożeństwa. Dziś gromadzący się na modlitwie odmawiają Różaniec, Litanię Loretańską, różne inne modlitwy, śpiewają pieśni maryjne i Apel Jasnogórski. Obecnie w nabożeństwie uczestniczy każdego dnia ponad 50 osób. Codziennie modlitwie przewodniczy jeden z kapłanów. Wśród czcicieli są ci, którzy pamiętają czasy, gdy ludzie nie mieścili się na placu i musieli stać na ulicy. Wspominają też śp. ks. Jerzego Wasiaka, poprzedniego proboszcza, którego nieraz widzieli klęczącego z różańcem przed figurą. I choć liczba wiernych topnieje, nie brakuje tych, którzy od lat są tu zawsze.

– Przychodzę tu od małego. Zawsze, gdy nastawał wrzesień, mama wyciągała ciepłe ubrania z szafy i codziennie przez długie lata przyprowadzała nas tu na modlitwy – wspomina Urszula Keller. – Bardzo lubię to nabożeństwo. To jest nasza tradycja rodzinna. Babcia, dziadek, a nawet wcześniejsze pokolenia tu przychodziły. Mam osobiste doświadczenie związane z tą Matką Bożą. Moja rodzina zawdzięcza Jej… otrzymanie mieszkania. Mieszkaliśmy w bardzo złych warunkach, nasz dom był w tragicznym stanie. O przydział mieszkania było bardzo trudno. O pomoc mama prosiła Maryję.

Pewnego dnia przyszła komisja, ale odmówili nam przydziału. Tego samego dnia zaczęła pękać i przesuwać się ściana. Mama spakowała nas wszystkich i zapowiedziała, żebyśmy byli gotowi uciekać z domu do babci, gdyby coś się stało. Sama poszła prosić znajomego o interwencję. Chwilę po jej wyjściu pęknięcie się powiększyło. Wybiegliśmy z mieszkania. Ja zawróciłam, bo zapomniałam zamknąć drzwi. Gdy przekręcałam klucz, zawaliło się mieszkanie. Gdybym weszła do środka, pewnie bym zginęła. Po tym wydarzeniu dostaliśmy mieszkanie zastępcze w ratuszu, a potem wymarzone w bloku. Ja wiem, Komu to zawdzięczamy – wyznaje Ula. Skierniewiczanka pamięta także nabożeństwa, które odbywały się przy pustym cokole, gdy figura była w renowacji. Trafiła tam po jednej z burz, jakie przeszły przez miasto.

– Nawałnica strasznie szalała. W innych miastach zniszczenia były ogromne. Były nawet ofiary śmiertelne. Kiedy przyszłam do kościoła, zobaczyłam roztrzaskaną figurę. Głowa Maryi była osobno, korpus też ucierpiał. Jak się później okazało, nikomu w mieście nic się nie stało. Pomyślałam wtedy, że Ona wszystko wzięła na siebie. To był jedyny rok, gdy modliliśmy się przy pustym cokole, przybranym kwiatami. Widok Maryi każdy miał przed oczami – wspomina U. Keller.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama