Nowy numer 4/2021 Archiwum

Lekcje zdalne w… końskim boksie

– Z tą decyzją chodziłem kilka miesięcy. Codziennie stawałem na modlitwie z pytaniem: „tak czy nie?”. No bo przecież kupno konia to poważne przedsięwzięcie. Zwłaszcza gdy mieszka się w centrum miasta, w dodatku w bloku – opowiada Krzysztof Piwek.

lowicz@gosc.pl Mogłoby się wydawać, że właścicielem konia można zostać jedynie wtedy, gdy ma się ku temu odpowiednie warunki – stajnię i dużo przestrzeni. Okazuje się jednak, że coraz częściej marzenie takie mogą spełnić także ci, którzy mieszkają w niedużych mieszkaniach lub miejskich domach. Proceder hotelowania zwierzęcia w czyjejś stajni znany jest od lat, jednak dopiero w ostatnich czasach możliwości i sytuacja Polaków sprawiły, że miłośnicy przyrody mogą korzystać z niego na większą skalę. I, jak widać, robią to bardzo chętnie.

Dość gadania, wsiadaj na konia!

Krzysztof Piwek pierwszy kontakt z koniem miał w wieku dwudziestu kilku lat. Wspomina to jako przyjemny epizod. Dopiero nauka jazdy konnej, którą pobierały jego córki, sprawiła, że ożyła w nim pasja i do przyrody, i do tych wyjątkowych zwierząt. – Byłem przeszczęśliwy. Moje córki uczyły się jeździć, a ja w tym czasie wypieściłem wszystkie konie w stajni. Mogłem tu spędzać całe popołudnia – wspomina z uśmiechem. – Aż któregoś razu instruktorka dziewczyn powiedziała: „Dobra, Krzychu, koniec gadania, wsiadaj na konia”. I tak to się zaczęło – dodaje.

W tym samym czasie do stajni przywieziona została klacz z trudną przeszłością. Koń ciągnący bryczkę, zmuszony walczyć o jedzenie, źle traktowany. W stajni w Borowinach miał uczyć się jeździć pod siodłem. – To właśnie na Holince zacząłem lekcje. Ona się uczyła i ja się uczyłem, ona dość leniwa, niechętnie podejmująca wysiłek, i ja, potrzebujący wolnego tempa, żeby opanować jazdę. Słowem – rozwijaliśmy się oboje. I rozwijała się nasza miłość – śmieje się Krzysztof, dodając, że podczas pierwszego spotkania Holinka przywitała go z zębami. Myśl o kupnie przyszła wtedy, gdy okazało się, że ulubiony koń Krzysztofa jest na sprzedaż. – To była bardzo trudna decyzja. Już samo przełamanie przekonania, które mówiło, że nie można mieć konia, mieszkając w bloku, było niekomfortowe. Do tego dochodziła świadomość o odpowiedzialności, z jaką się to wiąże. Przez wiele miesięcy modliłem się o mądrość – tłumaczy Krzysztof.

Dodatkowo znawcy tematu odradzali zakup właśnie tej klaczy ze względu na stan jej zdrowia. Właścicielka stajni mówiła: „nie!”, serce Krzysztofa mówiło: „tak!”, jego żona twierdziła: „szaleństwo!”. – Dzień, w którym podjąłem decyzję, był dniem ogromnego przerażenia. Ale potem już wiedziałem, że to najlepsza decyzja pod słońcem – nie ma wątpliwości.

Takie przekonanie towarzyszy Krzysztofowi do dziś. O czasie spędzonym w stajni mówi jak o największym relaksie. Wspomina o wyjątkowej relacji, jaka wiąże go z Holinką. Również córki Krzysztofa bardzo chętnie jeżdżą na swoim koniu. – Dziś myślę, że nie ma nic przyjemniejszego niż spacer ze swoim koniem i psem po lesie. W ciszy, spokoju. To mój czas na odmówienie dziesiątek Różańca, którymi zobowiązałem się modlić codziennie. To też sposób na spędzenie rodzinnej niedzieli. W otoczeniu przyrody łatwiej mi spotkać się z Bogiem, uwielbić Go w Jego dziełach, stworzeniu. Cieszę się, że doświadczam tego, choć przecież moje życie w dużej mierze wiąże się z miastem – opowiada.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama