Nowy numer 9/2021 Archiwum

Morsy w czasach zarazy

Moda na morsowanie nie ustępuje. Coraz więcej ludzi decyduje się na zimowe kąpiele. Przy rzekach i zbiornikach wodnych tworzą się kolejki do wejścia.

Być może spowodowane jest to zamknięciem stoków narciarskich, brakiem możliwości "wyszalenia się" w inny sposób. Może to względy zdrowotne wpłynęły na tak dużą popularność morsowania. Trudno powiedzieć. Pewne jest jedno - dziś zimowe kąpiele przestały być już niszowym zajęciem. Ci, którzy morsują od lat, tęsknią na kameralnością tego ekstremalnego sportu. Anna i Maciej postanowili wykorzystać ten czas na zacieśnianie relacji rodzinnych.

- Wsiadamy wieczorem na rowery, jedziemy nad rzekę, kąpiemy się i wracamy. Zajmuje nam to godzinę. Nasze dzieci też morsują, więc często jedziemy całą rodziną, ale zdarza się też tak, że jedziemy we dwoje. Morsowanie zbliża nas do siebie - zapewnia Anna.

Dla jednych pierwsza kąpiel zimą była czymś w miarę łatwym do wykonania, inni zaś musieli pokonać swój ogromny opór. - Jestem zmarzluchem - tłumaczy Katarzyna Śniegula-Kruk. - Latem wchodzę do wody na 20 minut, a co dopiero zimą! Dlatego pierwsza kąpiel była dla mnie wielkim przeżyciem. Po powrocie do domu popłakałam się. Wtedy mój mąż powiedział do mnie: "Zapamiętaj ten moment. Popatrz, co zrobiłaś, jaką granicę przekroczyłaś. Gdy kiedyś będziesz czuła, że musisz zrobić coś nieosiągalnego, przypomnij sobie ten moment i zrób to samo - postaw pierwszy krok. A potem kolejne". Do dziś czuję, że tamto przekroczenie granicy dodaje mi sił w trudnych momentach - przekonuje.


Więcej o zimowych kąpielach w 4. numerze "Gościa Łowickiego".

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama