Nowy numer 14/2021 Archiwum

Cieszę się z czasu z dziećmi

O św. Józefie, z którym nie zawsze było po drodze, relacji z ojcem, który się starał, i pociechach, dla których warto rezygnować z kariery, mówi Krzysztof Stasiak, mąż Basi, tata Magdy i Marcina.

Agnieszka Napiórkowska: Kiedy usłyszałeś, że papież Franciszek ogłosił 2021 Rokiem św. Józefa, jaka pierwsza myśl przyszła Ci do głowy?

Krzysztof Stasiak: Przyjąłem to do wiadomości na chłodno, bez emocji. Pomyślałem, że jestem na etapie zaprzyjaźniania się ze św. Józefem. Nie jestem z tych cichych, spokojnych, pokornych jak św. Józef. Stąd przez lata się z nim nie utożsamiałem. Zaczął mi się stawać bliższy, od kiedy mam dorosłe dzieci. Teraz wypada mi cichnąć, towarzyszyć, słuchać. W tym momencie jest dla mnie jakimś wzorcem. Odkrywam go, ale jestem na początku tej drogi. Zacząłem doceniać jego cechy, które dotąd mnie od niego odpychały.

Czy możesz zdradzić, kto był dla Ciebie wzorem ojca i jaką miałeś relację ze swoim tatą?

To jest trudne pytanie. Kilkanaście lat temu byłem na sesji o ojcostwie. Tam też padło takie pytanie. Odpowiadając na nie, odkryłem mojego tatę. Zawsze miałem i mam z nim niezły kontakt, ale wtedy, mając ponad 30 lat i dwójkę dzieci, odkryłem, jak dużo od niego wziąłem, jak dużo mi dał. Do dziś pamiętam jego wypowiedź: „Jednej kobiecie ślubowałem”. Od niego uczyłem się postaw, które wydają mi się męskie – odpowiedzialności, uczciwości, dotrzymywania słowa. To są rzeczy, które wyniosłem z domu. Wiedziałem, że mężczyzna troszczy się o coś więcej i jest gotów coś stracić, zaryzykować dla większego dobra. Dziś wiem, że dał mi tyle, ile mógł. Sam dostał dużo mniej niż ja. Nie był idealny, ale zawsze się starał.

A jakim ojcem byłeś, jakim starasz się być?

Jestem jedynakiem. Pierwszym małym dzieckiem, które trzymałem na ręku, była moja córka. Na koniec tej pierwszej kąpieli byłem cały mokry z przerażenia i przejęcia. Od początku się angażowałem. Razem z żoną wstawałem, karmiłem, przewijałem. Etapy się zmieniały w miarę tego, jak dzieci dorastały. Po pewnym czasie nie próbowałem zastępować mamy, tylko przyjmowałem typowe ojcowskie role, jak uczenie trudnych rzeczy, wprowadzanie w samodzielność. Zupełnie nowy etap przyszedł, gdy dzieci były nastolatkami, kiedy już nie wykład, a przykład był potrzebny. Wtedy podejmowałem różne zaangażowania społeczne: zostałem prezesem OSP, katechetą przygotowującym do bierzmowania, osobą zaangażowaną w Ruch Odnowy Kościoła, w Szlachetną Paczkę... Decyzja była prosta, w myśl zasady, że najlepszą profilaktyką dla nastolatków jest pokazywanie im tego, co mogą pozytywnego robić, a nie mówienie, czego robić nie mogą.

Dzieci odeszły z domu. Czy one nadal widzą to, co robisz?

Ku mojemu zdumieniu, ale i radości, mogę przyznać, że tak. Przykład: przygotowanie do sakramentu bierzmowania. Jestem w nie od 5 lat zaangażowany razem ze swoją córką. Nigdy nie zapomnę rekolekcji, które wspólnie prowadziliśmy. Nie umiem opisać tego, czym jest prowadzenie ich z własnym dzieckiem, jako równorzędnym partnerem. I pomyśleć, że robię to z tym dzieckiem, które kiedyś mi powiedziało, że nie będzie chodzić do kościoła, bo jest niewierzące, które potem na katechezie, mając za zadanie opisać chrześcijanina, opisało mnie. To był jeden z moich największych życiowych sukcesów.

Na co stawiałeś w ojcostwie, co było dla Ciebie najważniejsze?

Na początku była to ogromna odpowiedzialność, ale też możliwość kształtowania kogoś nowego, kto został nam powierzony. Pamiętam, że zanim zostaliśmy rodzicami, usłyszeliśmy porównanie rodziców do napiętego łuku, który musi kiedyś wypuścić tę strzałę. To do nas bardzo trafiało. Ja teraz jestem na etapie łuku, który obserwuje lot strzały, czyli towarzyszę. Moja córka, będąc nauczycielem wspomagającym, była na kilku moich lekcjach. A potem postawiła mnie do pionu i zmotywowała tak, że do dziś jestem nakręcony. Te uwagi motywowane miłością niosą.

Wyobrażasz sobie, że można być ojcem niezaangażowanym?

Tak, bo to przeżyłem. Na szczęście przyszło opamiętanie. Robiłem karierę w korporacji. Zarabiałem niezłe pieniądze. Żona była na urlopie wychowawczym, dwójka dzieci, a nas stać było na nowy samochód i nowe, piękne mieszkanie. Tylko że w którymś momencie zorientowałem się, że przez dwa tygodnie ani razu nie widziałem syna inaczej niż śpiącego. Wszystko motywowałem tym, że robię to dla rodziny. Usiedliśmy z żoną i podjęliśmy decyzję, że to koniec, że kończę kontrakt i wracam do szarego wyrobnika w korporacji za jedną trzecią pieniędzy, ale po to, abym był mężem i ojcem. To była ważna i świadoma decyzja, której nigdy nie żałowałem. Pomocą było to, że cały czas byłem w formacji małżeńskiej, w kontakcie z moją żoną.

Co w sobie, jako ojcu, lubisz najbardziej?

Generalnie lubię siebie, dlatego trudno coś wybrać. Najbardziej chyba lubię to, jak bardzo cieszę się z czasu z dziećmi. Bez znaczenia, co robimy. Generalnie nie mam wspomnień, które byłyby trudne. I nie chodzi o to, że dzieci były idealne. Były normalne i czasem dawały w kość, ale nawet wtedy nie miałem wątpliwości, że chcę z nimi być i że chcę je kochać. Sam mam doświadczenie takiego kochania przez Pana Boga, które raczej jest „pomimo tego, jaki jestem”, a nie „za to, jaki jestem”. Stąd nigdy nie miałem kłopotu w akceptowaniu siebie i akceptowaniu swoich dzieci.


agnieszka.napiorkowska@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama