Nowy numer 14/2021 Archiwum

Najważniejsi Bóg i żona

O Bożych planach na życie, wyzwaniach w byciu ojcem siedmiorga dzieci i wzrastaniu w delikatności serca opowiada Krzysztof Biegała, mąż Haliny, tata Janka, Zuzi, Franka, Justynki, Wojtka, Emilki i Marcelinki.

Magdalena Gorożankin: Jest Pan głową dużej rodziny. Czy to było Pana marzeniem, czy ta myśl rodziła się z czasem?

Krzysztof Biegała: Częściowo – jedno i drugie. Pewnie każdy ma rozmaite marzenia, ale nie patrzę na swoje życie i decyzje, jak na realizowanie projektu marzeń. Raczej od młodości starałem się rozeznać wolę Pana Boga. Od kiedy wiedziałem już, że chcę iść drogą powołania małżeńskiego, szukałem kobiety, która nie tylko mnie zachwyci, ale tak jak ja będzie żyła autentycznie życiem wiary w Boga. Będzie moją kotwicą w tej wierze i będzie otwarta na posiadanie licznego potomstwa. Jestem życiowym szczęściarzem… Ożeniłem się w wieku 33 lat. Tuż przed ślubem posiadanie licznego potomstwa nie było już tylko moim marzeniem. Halinka, wówczas moja narzeczona, podzielała moje poglądy w tej kwestii i ta świadomość ułatwiała wspólny start. Kobieta, która nas zachwyci, którą pokochamy i którą przekonamy do siebie na dalsze wspólne życie, łatwiej chyba znosi trud rodzenia i wspólnego wychowywania kolejnych dzieci, jeśli wie, że są one przez męża chciane, więcej – upragnione.

Co jest największym wyzwaniem w byciu ojcem siedmiorga dzieci? Co dla Pana jest najważniejsze w ojcostwie?

Ogarnąć taką gromadkę – wszystkich razem i każdego z osobna, tak, by czuli, że są dla taty najważniejsi i zarazem równi wobec pozostałych. No i że na pierwszym miejscu dla taty jest Pan Bóg, a w rodzinie pierwsza jest dla taty mama, i że ona nie przeszkadza, ale pomaga w tej miłości do dzieci – żeby wiedziały, czuły to od małego. By widziały, że rodzice okazują sobie nawzajem szacunek i czułość. Ojciec nie kwestionuje przy dzieciach zdania matki. I godzi to jeszcze z pracą, ucząc, by nie była tylko zarabianiem pieniędzy. By dorastające dzieci widziały, że praca buduje człowieka, a nie tylko przynosi finansowe korzyści, by dorastały przy ojcu do przekonania, że trzeba w swojej pracy zachować jakąś fundamentalną uczciwość i solidność na przekór bylejakości współczesnej. To naprawdę nie jest takie łatwe, ale jeśli nie szczędzimy czasu dla dzieci i razem zasiadamy przy stole i prowadzimy taką gromadkę do stołu eucharystycznego, to reszta łatwiej się poukłada. I da się związać koniec z końcem. Miałem szczęśliwie w dzieciństwie i młodości dobry wzór mojego taty, mama także nie szczędziła poświęceń i trudu. Dodatkowo rok po ślubie trafiliśmy do wspólnoty Domowego Kościoła i uczestnictwo w Ruchu Światło–Życie bardzo pomaga mi we wzrastaniu w ojcostwie. W ojcostwie ludzkim doświadczamy boleśnie własnych ludzkich ograniczeń. Kobiety są z natury bardziej ofiarne – widzę to, obserwując moją żonę. Jest dla mnie niedoścignionym wzorem poświęcenia. Ojcowie ziemscy muszą uczyć się tej trudnej sztuki bycia ojcem, który szanuje aspekt kobiecy w swojej żonie i we własnym sercu. Uczyć się wytrwałości w męskiej niezłomności i sile, a zarazem wzrastać w delikatności serca.

Przeżywamy Rok św. Józefa. Czy ziemski ojciec Jezusa jest dla Pana inspiracją?

Święty Józef w moim życiu to jest cała historia. Wiele mu zawdzięczam jako patronowi, a takie pieśni, jak „Szczęśliwy, kto sobie patrona”, „Józefie, święty patronie” czy „O, Józefie ukochany” znałem znacznie wcześniej, nim osiadłem w Bieganowie w międzyborowskiej parafii. Te pieśni mnie formowały, a teraz dodatkowo w kościele parafialnym śpiewamy Godzinki do św. Józefa. Mam wielki szacunek do tradycyjnych form pobożności, one mają w sobie wiele prostoty i głębi. To w słowie Bożym ukryty jest właśnie św. Józef, którego ciągle na nowo odkrywam, który mnie inspiruje swoją powagą, odwagą, zawierzeniem Bożej opatrzności i prostolinijnością: tak – tak, nie – nie. I któremu tak po ludzku zazdroszczę (w dobrym tego słowa znaczeniu), że tak potrafił słuchać swojej Żony, tyle się od Niej uczyć, a przy tym doświadczać od Niej posłuszeństwa! Jak bardzo dla mnie jest niedoścignionym wzorem św. Józef, doświadczam, praktykując właśnie regularne czytanie Biblii, a także wtedy, gdy nie potrafię przekonać żony do wspólnej zwariowanej wyprawy psującym się autem razem z gromadką naszych dzieci. A im osiołek wystarczył, i to do Egiptu!

Jak Pan siebie ocenia jako ojca? Widzi Pan zmianę w sobie, swoim ojcostwie na przestrzeni 20 lat?

Staram się ocenę zostawiać Panu Bogu, ale rachunek sumienia robię i zmiany także widzę. Mężczyzna w małżeństwie, wychowując dzieci, dojrzewa. Zmiany należy oceniać po owocach. Tymi owocami są przede wszystkim relacja do żony i miłość do dzieci. Z wiekiem nabieramy do siebie i własnej roli dystansu. Jeśli ten dystans u ojca nie przekształca się w zniechęcenie i zgorzknienie, że nie wszystko się może udało, ale owocuje większą pokorą i zaufaniem Bożej opatrzności, to myślę, że zyskuje cała rodzina. Ojciec musi stale dbać o to, by być i stawać się dla wzrastających dzieci autorytetem, ale takim bliskim, wybaczającym i kochającym. Musi szanować wolność dorastających dzieci, a zarazem być dla nich oparciem. Czy mi się to choć trochę bardziej udaje niż kiedyś, u początku małżeńskiej drogi? No cóż, proszę o to zapytać moją żonę i dzieci – nikt nie jest sędzią we własnej sprawie. I, zgodnie z antyczną maksymą, niech tak pozostanie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama