Nowy numer 19/2021 Archiwum

Z tego miejsca widać blask

– Z krzyżem jesteśmy zrośnięci. Stojąc tam z Maryją, już nieraz doświadczaliśmy miłości większej niż śmierć – wyznaje Agnieszka Kocik.

Wiele osób w biblijnych wydarzeniach bez trudności może odnaleźć siebie. Uzdrowieni widzą się w opisach cudów, jakie czynił Jezus. Grzesznicy marzą o spotkaniu z miłosiernym Ojcem. Wątpiący chcieliby w dłoniach oraz stopach Jezusa zobaczyć ślady po gwoździach i uwierzyć w Zmartwychwstanie. Są i tacy, którzy nieraz dźwigali z Nim krzyż, płakali przy Jego grobie, a potem widzieli Go znów żywym. Do nich należą Agnieszka i Radek Kocikowie, rodzice Oli, Angeliki, Zosi oraz dzieci, które spod serca mamy trafiły prosto w kochające ramiona Boga Ojca.

(Nie)modelowa rodzina

Agnieszka jest katechetką, energiczną, twórczą, radosną, empatyczną i pełną pomysłów kobietą. Radek, starszy od niej o 14 lat, to człowiek wielu talentów i pasji, oaza spokoju. Swoją wspólną drogę rozpoczęli 12 lat temu. Jak zgodnie twierdzą, nie są modelową rodziną.

– Zajmuję się dziećmi, gotuję, a Agnieszka pracuje w szkole – wyjaśnia Radek. – Bycie mężem i ojcem jest dla mnie ogromnym wyzwaniem. Trwanie przy żonie i wychowanie dzieci to poważna sprawa. Z domu wyniosłem, że rodzina jest bardzo ważna, że trzeba o nią dbać, troszczyć się o relacje. W domach zaszczepiono nam wiarę. Miałem pewne zachwianie, które było związane z wpływem kolegów, sportem. Na szczęście trafił się taki cud, jak moja żona Agnieszka. Dzięki niej powróciłem na tory wiary. Opieka nad córkami nigdy nie była dla mnie problemem. Mój brat po ślubie z żoną i synkiem mieszkał u nas w domu. Zostałem ojcem chrzestnym jego dziecka. Często zajmowałem się chrześniakiem. Spacery, karmienie, przebieranie opanowałem do perfekcji – opowiada Radek. Słowa męża potwierdza Agnieszka, przyznając, że Radek zdecydowanie lepiej wszedł w rolę rodzica.

– Gdy urodziła się Ola, położne wzdychały do niego, chwaląc, jaki jest niesamowity, jak sobie radzi. Ja byłam spanikowana. Wszystko mnie przerastało. Kiedy Radek szedł do pracy i mała płakała, a ja nie mogłam jej uspokoić, dzwoniłam do niego, prosząc, by wracał do domu. Zawsze szybko znajdował zastępstwo. Dziś wszystkie córki są tatusiowe. Najmłodsza dwulatka nie odstępuje go na krok. Są dni, że Radek chodzi od jednej do drugiej. Od kiedy zawiesił działalność i został w domu, by opiekować się dziećmi, ich więź jest jeszcze mocniejsza. On jest ich bohaterem, dlatego każda chce mieć go na wyłączność. Daje im tyle spokoju, ciepła, czułości i miłości! Widząc to, jeszcze bardziej go kocham – wyznaje Agnieszka.

Pranie, gotowanie, pomoc w odrabianiu lekcji, zabawy nie stanowią problemu dla supertaty. Taki podział ról bardzo mu odpowiada. Czasu z córkami i żoną nie zamieniłby na nic innego. Małżonkowie mimo wielu zadań nie zapominają o trosce o swoją relację. Chcąc pobyć razem, potrafią na jeden dzień wyskoczyć w góry na narty. Wiele troski wkładają też w religijne wychowanie dzieci. By córki lepiej zrozumiały Ewangelię, w niedzielne poranki przedstawiali im połów ryb, przemianę wody w wino, wjazd do Jerozolimy. Wiele wysiłku włożyli też w przygotowanie Oli do I Komunii św. W tym celu zorganizowali córce spotkania ze świadkami wiary. Wśród osób, z którymi mogła porozmawiać o wierze, byli dziadkowie, bp Wojciech Osial, s. Anna Maria Pudełko.

Jego plan jest najlepszy

Małżeńskie lata to nie tylko czas sielanki i radości. Niemal od początku przyszło im mierzyć się z ogromnym bólem, stratą. – Nasza córka Ola urodziła się z drugiej ciąży. Pierwsze dziecko straciliśmy. Bardzo starałem się być wtedy przy Agnieszce. Czułem, że ona to przeżywała o wiele bardziej niż ja, bo przecież nosiła dziecko. Potem te doświadczenia powracały. Po Oli znów było poronienie. Czwarta ciąża to Angelika. I kolejne poronienia. Zosia jest dzieckiem urodzonym z 13. ciąży. Czwórka z naszych dziesięciorga dzieci, które zmarły w łonie, ma akty urodzenia. Dwójkę z nich pozwolono nam pochować. Pozostałe z powodu procedur nie mają grobu. Trudno opowiadać o tym, przez co przeszliśmy. Na te wydarzenia staramy się patrzeć oczami wiary. Cieszymy się, że jesteśmy rodzicami świętych, a to zobowiązuje – wyznaje Radek.

Mężczyzna przyznaje, że o swoich dzieciach w niebie myśli często. Systematycznie odwiedza cmentarz. Stając nad grobem, prosi je o wstawiennictwo. – Są naszymi dziećmi, więc proszę je o pomoc. Zawsze, gdy lekarze mówili, że ciąża jest zagrożona, pędziłem do kościoła i długo się modliłem. Nie zawsze się udawało. Gdy traciliśmy kolejne dziecko, nie miałem pretensji do Boga. Nie pytałem, dlaczego my, czemu po raz kolejny nas to dotyka? Za każdym razem uznawaliśmy, że Bóg wie lepiej, że wyprowadzi z tego dobro. Podchodziliśmy do tego zadaniowo. Robiliśmy wszystko, co się da, zostawiając wszystko Jego woli, wierząc, że Jego plan jest najlepszy. Kochamy nasze dzieci z całych sił, ale wiemy, że On kocha je jeszcze mocniej i wie, co robi – opowiada ze wzruszeniem Radek. Agnieszka słucha męża w ciszy i skupieniu. Ona także nie ma pretensji do Boga. Przez cały czas doświadcza Jego obecności i bliskości. Tak było i wówczas, gdy kolejny raz dowiedziała się o zatrzymaniu serca dziecka, a dzień później o tym, że u Angeliki zdiagnozowano nowotwór. To była prawdziwa próba ognia. – Po ludzku, bez Boga byśmy tego nie znieśli – wtrąca Agnieszka.

– W pamięci mam także śmierć naszego syna Jasia. Oddano nam jego maleńkie ciało. Był dzieckiem, które mogliśmy zobaczyć, przytulić, pochować. Mimo bólu staraliśmy się sprostać zadaniom, które Bóg przed nami postawił. W tych najtrudniejszych momentach za Hiobem powtarzałam: „Bóg dał, Bóg wziął, niech imię Pańskie będzie błogosławione”. Szeptałam: „Boże, Ty nam dałeś dzieci i Ty je zabierasz”. Dla nas radością jest to, że one były, że były darem. Msze pogrzebowe były dziękczynieniem za kilka tygodni, które dane mi było nosić moje dzieci pod sercem – mówi Agnieszka. Podkreśla, że przyjmują wolę Boga, bo ich celem jest świętość i zamieszkanie w niebie ze wszystkimi dziećmi. O rodzeństwo u Boga nieraz dopytują Ola i Angelika. Dziewczynki uczestniczyły w ostatnim pogrzebie. Rodzice chcieli, by wiedziały, że to ich najbliższa rodzina. Podeszły do tego bardzo dojrzale. To zasługa rodziców, którzy wprowadzili je w tajemnicę życia i śmierci. Kocikowie podkreślają, że to, przez co przeszli, było dla nich nie tylko bardzo bolesne, ale też scalające. – Tylko raz pokłóciłam się z Bogiem. Było to dwa lata temu. Wówczas pozwoliłam sobie na stwierdzenie, że matka też ma swoje prawa. Wołałam wówczas, by odsunął od nas kolejne cierpienie. Pan mnie wysłuchał. Odsunął je na dwa lata – opowiada Agnieszka.

Kierunek: świętość

Dziś na drodze krzyżowej małżonków kolejna stacja – walka o życie Angeliki.

– Sądziliśmy, że chorobę udało się pokonać. Niestety od czterech tygodni mamy wznowę. Bóg nas doświadcza. Podnosimy się i podejmujemy walkę. Przez cały czas towarzyszę Angelice. Poświęcam jej dużo czasu. Wiem, że ona potrzebuje mojej siły, pewności, spokoju, opanowania. Przed nami długie leczenie. Córka ma przyjąć 54 chemie. Wizyty mamy co piątek. W Wielkim Poście mieliśmy swój rytuał. Żona z Olą i Zosią szły do kościoła na Drogę Krzyżową, a ja z Angeliką jechałem do kliniki. Przez te pierwsze tygodnie, kiedy trzymałem ją w ramionach, radząc sobie z jej emocjami, cierpieniem, modliłem się, by Bóg zamienił role. By pozwolił mi wziąć jej krzyż. Prosiłem też o cud i pomoc. W tym czasie na naszej drodze pojawiło się mnóstwo cyrenejczyków. Angelika kwalifikuje się do nowoczesnego leczenia, do protonoterapii i metody pośredniej, jaką jest inhibitor. Wiemy to, bo Agnieszka jest w kontakcie z najlepszymi klinikami na świecie – mówi R. Kocik. Lekarze informują rodziców, co może pomóc.

– Szukamy pomocy także poza Polską. Zbieramy pieniądze na ten cel. Potrzebny jest milion złotych. Pomoc, która płynie od wielu ludzi, bardzo nas wzrusza. Ciągle ktoś wpada na pomysł jakiejś akcji. W naszej parafii w Białej Rawskiej na leczenie córki przekazano pieniądze ze sprzedaży palemek. W Rawie podczas wieczoru uwielbienia również zbierano pieniądze. Ruszyły licytacje. Ludzie wystawiają swoje usługi, deklarują konkretne prace, oddają część swojego utargu. Jesteśmy otoczeni modlitwą. Dzięki niej nie popadamy w rozpacz, ale jeszcze mocniej przytulamy się do krzyża. Wiemy, że z tego miejsca widać blask. Nasz Bóg pokonał śmierć. Jego Zmartwychwstanie jest dla nas bardzo realne – dodaje Agnieszka. O tym, jak można pomóc Angelice, więcej na www.siepomaga.pl/angelika-kocik, a także na FB Andzia Kocik kontra glejaki.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama