Nowy numer 30/2021 Archiwum

To nadzieja dla naszych rodzin

O rodzinnym szerzeniu kultu św. Józefa, małżeństwie i ojcostwie na odległość, a także o wielkiej sile, jaka tkwi w rodzinie, opowiada Wojciech Grzegorzewski, mąż Kasi, tata Ani.

Monika Augustyniak: Wojtku, razem z żoną i córką od lat należycie do parafii pw. św. Józefa. Posługujecie w comiesięcznych uwielbieniach, które już samym tytułem – „Przystań w Domu Józefa” – nawiązują do patrona. Zorganizowaliście też rekolekcje dla mężczyzn, które wypadły w terminie wspomnienia św. Józefa i odwoływały się do jego życia. Czy ten święty od zawsze był w Twoim życiu kimś wyjątkowym?

Wojciech Grzegorzewski: Paradoksalnie nie. Odpust w naszej parafii przypada 1 maja. To święto Józefa Robotnika, ale też komunistyczne święto pracy, więc… co tu ukrywać, zawsze kojarzyło mi się z komunizmem (śmiech). To Maryja zajmowała szczególne miejsce w moim sercu. Aż do czasu, gdy papież Franciszek ogłosił Rok św. Józefa. Wtedy mnie i mojej żonie zapaliły się w głowie lampki i stwierdziliśmy, że chcemy podarowany nam czas wykorzystać na zbliżenie się do naszego patrona. Od razu ruszyliśmy z realizacją pomysłu, który zrodził się rok wcześniej – rekolekcje dla mężczyzn zainspirowane postacią św. Józefa. Chcieliśmy też, by cały rok zbliżał nas i wiernych do tego wielkiego świętego. Stąd też comiesięczne spotkania „Przystań w Domu Józefa”.

Czy po minionych kilku miesiącach widzisz różnicę w Twojej relacji z Józefem?

Zdecydowanie. Kiedyś był to dla mnie milczący opiekun Jezusa. I koniec. Bez dodatkowych treści. Dziś rozumiem, że jego postawa i czyny warte były więcej niż milion słów. Mam na myśli jego całkowite zaufanie Bogu. Dowiedział się, że żona w ciąży, nie wiadomo z kim, nie wiadomo jak… Dostał znak, że ma się opiekować i Maryją, i tym Dzieckiem… Po ludzku to przecież gość, który daje się w coś wkręcić, wmanewrować. Jakiego heroizmu musiało wymagać jego „tak”? Potem robi dokładnie to samo – dostaje znak w nocy, budzi rodzinę i ruszają do Egiptu, w nieznane. Nikt nie dał mu kontaktu do znajomego, który ma tam kwatery, czy telefonu do przyjaciela, który pomoże mu się zadomowić. On idzie w ciemno. I teraz już wiem, że nie słowa liczą się najbardziej, ale to, że św. Józef zawsze był. Był, gdy go potrzebowano. Stawał na wysokości zadania. Tak postrzegam rolę ojca – być opoką, wsparciem.

Tak właśnie wychowywałeś Anię?

Całe życie starałem się budować z nią relację. Jak najbliższą. Dbałem o to, by była bezpieczna, by mogła na mnie liczyć bez względu na to, co się stanie. Kiedy córka miała 11 lat, wyjechałem zarobkowo do Anglii i nie było mnie w Polsce przez 13 lat. Oczywiście, wracałem raz na miesiąc, dwa i zostawałem w domu przez kilka dni. Wiem, że to był prawdziwy sprawdzian dla naszej rodziny, dla naszych relacji. Kluczem było to, że wszystko było ustawione pod Anię. Każdy mój przyjazd zaplanowany był wtedy, gdy sądziliśmy, że córka tego potrzebuje. Ona od dziecka tańczyła i śpiewała. Byłem na wszystkich jej festiwalach piosenki, mistrzostwach Polski i Europy w tańcu. Wszystkich! To było bezcenne. Tkwiło we mnie jedno – ona musi wiedzieć, że jestem jej ojcem i zawsze może na mnie liczyć. Musi mieć pewność, że jej pasje są ważne także i dla mnie. I udało się – nie przegraliśmy jako rodzina, nie spapraliśmy związku.

Czy jako małżeństwo również wyszliście obronną ręką?

Tak. Wielokrotnie zadawano nam pytania, jak nam się to udało. Tyle lat na odległość. Dla mnie odpowiedź jest prosta: jeśli w związku są przyjaźń, miłość i zaufanie, wszystko się uda. A jeśli w tym wszystkim jest też wiara w Boga i zaufanie Mu, każdy trud można przejść. Lata rozłąki były trudnym doświadczeniem, ale nie zabiły nas. Po tym wszystkim wciąż jesteśmy przyjaciółmi, uwielbiamy rozmawiać ze sobą o wszystkim, spędzać wspólnie czas. Mówię o całej naszej trójce, bo Ania również się z nami przyjaźni. Kiedy wróciłem na stałe z Anglii, wpadłem w kwarantannę. Dziewczyny dobrowolnie pozostały ze mną w izolacji. I to były fantastyczne dwa tygodnie! Mamy małe mieszkanie, więc mogło być różnie, ale to był czas, kiedy mogliśmy się sobą nacieszyć, nagadać. To był bardzo bogaty czas rodzinny.

Jak czujesz się z tym, że wraz z żoną i córką posługujecie w parafii na wiele sposobów, na przykład w zespole Boża SpRawka?

Dla mnie to fantastyczne! Pokazuje mi to, że nasza rodzina wydała ważne owoce. Mamy 25-letnią córkę, która chce z nami coś robić, również w Kościele. Jesteśmy więc wspólnotą i w domu rodzinnym, i w domu Bożym. Nasze drogi się nie rozjechały, jesteśmy sobie bliscy. To jest cudowne. Rodzina ma szansę być trwała i fantastyczna. W wierze w Boga znaleźliśmy to, co jest sednem – miłość. Historia Świętej Rodziny pokazuje, jak wiele można razem przejść. Józef z Maryją poszli na spis, w międzyczasie gdzieś w stajni urodził się Jezus, potem musieli uciekać, bo Herod wyrzynał dzieci, po latach znów wracali. Ich życie nie było łatwe, ale przetrwali to. To daje wielką nadzieję dla naszych rodzin. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama